Choroba

Jest to pewien proces powodujący zaburzenia czynności organizmu. Może być fizyczna lub psychiczna, długotrwała, nieuleczalna, a nawet śmiertelna, dziedziczna lub zakaźna. W przenośni oznacza stan odbiegający od normy, nienormalny. Inaczej: niedomaganie, niedyspozycja, schorzenie.

Mitologia

Bogowie greccy przedstawiani w mitologii byli nieśmiertelni, więc i choroby się ich nie imały. Kiedy jednak chcieli ukarać za przewinienia albo z nienawiści jakiegoś człowieka, zsyłali na niego chorobę. Pojawiły się one wśród ludzkości z powodu ciekawości Pandory, która zmusiła męża Epimeteusza do otwarcia beczki otrzymanej od bogów w posagu. Kiedy unieśli wieko, „wyleciały na świat wszystkie smutki, troski, nędze i choroby i jak kruki obsiadły biedną ludzkość”. Na Heraklesa szaleństwo zesłała najprawdopodobniej zawistna Hera. Bohater był szczęśliwym małżonkiem Megary i ojcem dwójki dzieci, pewnego dnia jednak, kiedy przy ołtarzu składał ofiarę, ogarnęło go szaleństwo. „Nie wiedząc, co czyni, porwał się z nożem ku żonie, zabił ją, a dzieci udusił”. Za karę musiał potem odpokutować u króla Eurysteusa i wykonać dla niego dwanaście prac. Na ślepotę chorował wieszcz Tejrezjasz. Mity twierdziły, że stracił wzrok w młodości, ponieważ podglądał kąpiącą się boginię Atenę. Śmiertelnie i niespodziewanie rozchorował się Meleager. Kiedy jego matka dowiedziała się, że pozabijał stryjów, wzięła do ręki głownię przeznaczenia, wrzuciła ją w ogień i nagle „młody Meleager zaczął się słaniać i poczuł gorący, straszliwy ból we wnętrznościach. Upadł, zbladł, jakby wszystka krew z niego uciekła, źrenice przygasły, umarł”. Złożony ciężką niemocą był także Ajzon, ojciec Jazona. Był tak chory, że nie rozpoznał własnego syna „mając już oczy zwrócone w zaświaty”. Gdyby nie czarodziejka Medea, pewnie umarłby. Sporządziła tajemniczy wywar, trzykrotnie oczyściła ciało starca ogniem, wodą i siarką, potem wyciąg z ziół wlała w ranę chorego. „Wstał Ajzon jako rześki czterdziestoletni mężczyzna”.

Biblia

W Biblii także wspominano o ludziach chorych i uzdrawianych. Kiedy król izraelski Saul popełnił grzech nieposłuszeństwa wobec Pana, za karę „opętał go duch zły”. Jego szaleństwo koiła tylko muzyka Dawida, ale i to nie na długo. W chorym umyśle króla zrodziła się obsesja na punkcie młodzieńca i zaczął go prześladować. Zaczął nastawać nawet na życie Dawida. Dowiedziawszy się od ducha zmarłego proroka, że z powodu jego postępowania Bóg oddał Izraelitów w ręce Filistynów, Saul popełnił samobójstwo. Prorok Eliasz uzdrowił syna pewnej wdowy, kiedy ten ciężko zachorował. Po kilku dniach nie mógł nawet oddychać. Zrozpaczona matka wypominała, że to z jego powodu jej dziecko umiera.Prorok zabrał chłopca do swego pokoju i położył na łóżku. Potem wezwał Pana, prosząc o pomoc i „dusza dziecka powróciła do niego”.

Pewien człowiek imieniem Hiob został wystawiony przez Boga na próbę – „jego ciało pokryły wrzody bolesną, swędzącą skorupą” – zachorował na trąd. „Przez zaropiałe powieki nie widział dnia. Ciemność nie różniła się dla niego od światła”. Przyjaciele obwiniali go o grzechy, z powodu których cierpiał na tak straszliwą chorobę. „Hiob cierpi, (...) całe jego ciało płonie”, tłumaczył jednak przyjaciołom, że „Bóg położył na mnie rękę. Nie znam jego zamysłów i znać nie mogę”. Niespodziewanie „Odrzucił Hiob płachtę (...) i wstał z jaśniejącą twarzą. (...) Uczynił krok jeden i drugi. Za każdym krokiem wracały mu siła i zdrowie”. Bóg przywrócił mu wszystko, co utracił.

Literatura średniowiecza

Z powodu odniesionych ran dwukrotnie cierpiał też Tristan, bohater Dziejów Tristana i Izoldy. Zgłosił się na ochotnika do pojedynku z Morhołtem, który przybył do króla Marka po haracz. Zabił mocarza, ale sam został zraniony zatrutą bronią. Ciało rycerza jednak wydzielało tak straszliwy odór, że nikt nie mógł w jego pobliżu wytrzymać. Tristan ubłagał króla Marka, by pozwolił mu odpłynąć i zdać się na łaskę fal. Po siedmiu dniach dryfowania wyłowili go irlandzcy rybacy. Zaopiekowała się nim Izolda Złotowłosa. Nie został przez nikogo na wrogim dworze rozpoznany, ponieważ z powodu jadu miał zniekształconą twarz. Po czterdziestu dniach, kiedy zaczął odzyskiwać siły, uciekł z powrotem do Kornwalii. Po raz drugi został zraniony zatrutą włócznią podczas walki z baronem Bedalisem. Tym razem rana była śmiertelna. Przeczuwając rychły zgon poprosił o przywiezienie ukochanej. Nie doczekał się jednak i zmarł.

Odrodzenie

Klemens Janicki

O swej chorobie opowiadał też Janicki w Elegii: O sobie samym do potomności. Od urodzenia był dzieckiem słabym i delikatnym, „Byłem chorowity, / najmniejsze trudy mnie wyczerpywały”. Od dzieciństwa aż do dwudziestego roku życia pił jedynie wodę, „stąd, jak myślę, / zaczęła chorzeć wątroba; ta woda, / niegdyś wypita, dławi moje życie”. Uważał, że „Z niej moje płuca puchną boleśnie”. Obiecywał też po śmierci wspomnieć w niebie o lekarzu, Janie Antoninusie, który „sztuką wspierał me słabe siły, / On mię z pościeli dźwignął śmiertelnej / I co dzień prawie wskrzeszał z mogiły”. Podmiot liryczny zdawał sobie sprawę, że „Ciało schorzałe, zbrzękłe, wodniste, / Chrystus by jeno wyleczyć zdołał!”. Wiedział, że musi umrzeć, ponieważ „ze mnie jadu nic nie wywierci, / Ni ziemskie środki, ni ludzkie czyny; / We krwi nosiłem zaród mej śmierci, / Bo i mój rodzic zmarł od puchliny”. Janicki zmarł w wieku dwudziestu siedmiu lat.

William Szekspir Makbet

W obłęd popadła Lady Makbet, bohaterka dramatu Szekspira pt. Makbet. Po licznych, obciążających również jej sumienie, zbrodniach, zaczęła dziwnie się zachowywać: „wstała z łóżka, zarzuciła na siebie nocny ubiór, otworzyła szkatułę, wyjęła papier, złożyła go, napisała coś na wierzchu, przeczytała potem i zapieczętowawszy położyła się znowu: wszystko to we śnie jak najgłębszym”. Mówiła też coś od rzeczy. Lekarz i służąca spostrzegli, że właśnie chora zbliża się ze świecą w ręku, ponieważ zażyczyła mieć zawsze przy sobie światło. Lady Makbet miała otwarte oczy i nieustannie obcierała dłonie, mrucząc przy tym: „Precz, przeklęta plamo! precz! mówię. (...) Jednakże kto by się był spodziewał tyle krwi w tym starcu! (...) Ciągle ten zapach krwi! Wszystkie wonie Arabii nie odejmą tego zapachu z tej małej ręki”. Lekarz stwierdził, że wyleczenie chorej przekracza jego możliwości, ponieważ to „Czyny przeciwne naturze / Rodzą przeciwny naturze niepokój; / Skrycie dręczone sumienie powierza / Nieraz poduszce tajemnice duszy. / Jej potrzebniejszy ksiądz niż lekarz”.

Zobacz też : William Szekspir - Makbet

Barok

Jan Andrzej Morsztyn

Przeżycia chorego opisał Morsztyn w sonecie W kwartanie. Podmiot liryczny analizował cierpienia chorego na malarię człowieka, której ataki przeżywał co czwarty dzień. „Coraz większy wstaje / ogień palący wnętrzności w perz suchy”. Skarżył się, że cierpi od ośmiu miesięcy i na chorobę nie pomagają żadne lekarstwa. Raz jest mu zimno, to znów bardzo gorąco. Podmiot liryczny prosi więc Boga tylko o to, że „jeśli już w tym piecu skończyć muszę / i śmiercią sama przygasić płomienia, / Ty od wiecznego ognia wybaw duszę”.

Literatura romantyczna

Literatura romantyczna „gloryfikowała” w pewnym sensie szaleńców, widząc w nich jednostki nieprzeciętne, zdolne widzieć świat „oczyma duszy”.

Juliusz Słowacki Kordian

Słowacki w Kordianie ukazał szpital wariatów po to, by udowodnić, że główny bohater, Kordian, też był człowiekiem obłąkanym. Doktor-Szatan, który odwiedził szpital, stosował w diagnostyce „Macanie głów”, a stopień szaleństwa oceniał na podstawie rysów twarzy. Po rozmowie z Kordianem przywołał dwóch wariatów, z których jeden trzymał ręce rozkrzyżowane, a drugi jedną miał wzniesioną do góry. Pierwszy wariat twierdził, że był „krzyżem w Chrystusa męce”, drugi, że podtrzymuje niebo, ponieważ słońce i księżyc mogą ludziom spaść na głowy. Doktor powiedział Kordianowi, że obaj poświęcili się za lud. Udowodnił tym samym, że Kordian jest także obłąkany, ponieważ „Ty chciałeś zabić widmo, poświęcić się za nic”. Na zarzut Kordiana, że Szatan przybył, by „zabijać duszy mojej duszę”, ten odpowiedział: „Glinę boską kruszę”. Kordian nie miał żadnych argumentów na udowodnienie, że jest człowiekiem normalnym.

Zobacz też : Juliusz Słowacki - biografia

Zygmunt Krasiński Nie-Boska komedia

Krasiński w Nie-Boskiej komedii opisał obłąkanie Marii i ślepotę Orcia. Hrabia Henryk, dowiedziawszy się, iż żonę odwieziono do szpitala wariatów, zrozpaczony zastanawiał się: „Na jakiejże poduszce ona dziś głowę położy? – Jakież dźwięki otoczą ją w nocy? – Skowyczenia i śpiewy obłąkanych. (...) a myśl dobrą swoją posłała w nieznane obszary”. Kiedy odwiedził żonę w szpitalu, Maria zwierzyła się, że „Od kiedym cię straciła, zaszła odmiana we mnie (...) i trzeciego dnia stałam się poetą”. Nieszczęśliwa uwierzyła, że dzięki temu „zrównałam się z tobą”. Przepowiedziała, iż także Orcio będzie poetą i „Jam to sprawiła – błogosławiłam, dodałam przeklęstwo (...) Jam mu skrzydła przypięła”. Umierając stwierdziła, że „Kto jest poetą, ten nie żyje długo”. Także Orcio, „naznaczony piętnem poezji” do czasy utraty wzroku, zachowywał się odmiennie, niż inne dzieci, nie bawił się, nie śmiał, ale „wzroczkiem sięgasz nieba (...) bo w oczach twoich jaśnieje iskra, której nikt nie rozumie”. Orcio zapowiadał się na wyjątkowego człowieka, a „Tymczasem wzrastasz i piękniejesz (...) ale pięknością dziwnych, niepojętych myśli”. Chłopiec potrafił nieświadomie odmieniać nawet słowa modlitwy, ponieważ, jak twierdził, „te słowa nawijają i bolą w głowie tak, że (...) muszę je powiedzieć”. Orcio w wieku czternastu lat stracił wzrok, choć lekarz nie dopatrzył się żadnych przyczyn fizycznych, które mogłyby być powodem choroby. Stwierdził jednak „osłabienie zupełne nerwu optycznego”. Ociemniały, zaczął zachowywać się niezrozumiale dla otoczenia – chodził powoli, z rękami złożonymi na piersiach, „Nie mrugnie powieką – ledwo że usta otwiera, a przecię głos ostry, przeciągły z nich się dobywa” i słowa: „Precz ode mnie, ciemności – jam się urodził synem światła i pieśni (...) Nie poddam się wam, choć wzrok mój uleciał z wiatrami i goni gdzieś po przestrzeniach – ale on wróci kiedyś, bogaty w promienie gwiazd, i oczy moje rozogni płomieniem”. Przeczuł swoją śmierć, ponieważ usłyszał głos zmarłej matki przepowiadający, że dziś wieczorem usiądzie obok niej. Został trafiony kulą. Orcio był ślepym kaleką, stworzeniem niezdolnym do samodzielnego życia, o chorej duszy.

Zobacz też : Nie-Boska komedia

Jak pomagać dziecku w nauce?

Pozytywizm

Bolesław Prus Lalka

Prus w Lalce opisał problemy zdrowotne starzejącego się Ignacego Rzeckiego. W pamiętniku zanotował: „Moje zdrowie jakoś nietęgie. Męczę się tak łatwo, że już bez laski nie wychodzę na ulicę. W ogóle nic mi nie jest, tylko czasem napada mnie dziwny ból w ramionach i duszność”. Doktor Szuman, po zbadaniu starego subiekta, zabronił mu picia kawy, piwa i wina, „prędkiego chodzenia i irytacji”. Zdaniem lekarza Rzecki niedomagał z powodu choroby serca, „która nagle rozwinęła się w nim i szła dosyć szybko pod wpływem jakichś zmartwień”. Po chwilowym polepszeniu, jesienią, w końcu października, zdenerwowany posądzeniem nowego właściciela sklepu o usiłowanie kradzieży, pan Ignacy niespodziewanie „uczuł dziwny ból w piersiach, jakby mu kto przebił płuca wąskim nożykiem. Na chwilę zaćmiło mu się w oczach i doznał lekkich mdłości”. Położył się na szezlongu, przymknął oczy i zaczął przypominać swoje przeszłe życie. „Jednocześnie ze wszystkich stron ogarnęła go niepamięć i ciemność” i zmarł.

Obłąkany był stary Jakub Domunt, jedna z postaci w Nad Niemnem ELIZY ORZESZKOWEJ. Staruszek był mały i przygarbiony, „a twarz jego (...) była w tej chwili wyrazem nieprzytomnego przerażenia, które objawiało się także w widocznym drżeniu jego rąk i całej szczuplej, zwiędłej postaci”. Jakub oszalał, kiedy uciekła od niego żona i odtąd „żyjących ludzi nie rozpoznaje, tylko ich wszystkich za pomarłych ojców i dziadów przyjmuje”.

Zobacz tez : Eliza Orzeszkowa - Nad Niemnem

Henryk Sienkiewicz Potop

Ciężko ranny został w końcowej fazie wojny, podczas bitwy z Węgrami, Andrzej Kmicic, główny bohater Potopu Sienkiewicza. Wcześniej wielokrotnie bywał bliski śmierci, tym razem wydawało się, że nic nie jest w stanie go uratować. Wierny wachmistrz Soroka wiózł go do Lubicza, ponieważ tam pan Andrzej pragnął umrzeć. Leżał na wozie, „głowę miał owiniętą w chusty, ale przy czerwonym blasku miesiąca widać było doskonale jego twarz białą i spokojną, jakby z marmuru wykutą lub zlodowaciałą pod tchnieniem śmierci. Oczy miał głęboko zapadłe i zamknięte, życie nie zdradzało się w nim w najlżejszym ruchu”. Po miesiącu jednak rany zaczęły się goić, ponieważ „Rogata junacka dusza nie chciała istotnie wychodzić z cielesnej powłoki”. Kmicic ozdrowiał.

Fiodor Dostojewski Zbrodnia i kara

Ciężko zaniemógł także, ze strachu prawdopodobnie przed zdemaskowaniem, Rodion Raskolnikow, główny bohater Zbrodni i kary Dostojewskiego. Przyjaciele bardzo niepokoili się jego stanem, ale nie znali prawdziwej przyczyny choroby. Po dokonaniu podwójnego morderstwa powrócił do swej izdebki i półprzytomny padł na kanapę. Kiedy się ocknął, „W pierwszej chwili sądził, że zwariuje. Zrobiło mu się okropnie zimno, wprawdzie to zimno pochodziło i od gorączki, która zaczęła go trapić dawno, we śnie. Teraz zdjęły go nagle takie dreszcze, że mu ząb na ząb trafiał i aż podrzucało go całego”. Po powrocie z policji i złożeniu zeznań poczuł się jeszcze gorzej. „Nie można jednak powiedzieć, by przez cały czas choroby był zupełnie nieprzytomny: był to stan gorączkowy, połączony z majaczeniem i półprzytomnością”. Przez cztery dni był pojony herbatą, ale tego nie pamiętał. Zaniepokojone stanem jego zdrowia matka i siostra od Razumichina dowiedziały się, że najprawdopodobniej Rodion cierpiał na pewien rodzaj „zaburzeń umysłowych” wywołanych, zdaniem przyjaciela, fatalnymi warunkami materialnymi i przyczynami natury moralnej. Po raz drugi rozchorował się poważnie już na katordze. W więziennym szpitalu przeleżał cały koniec postu i Wielki Tydzień. Gorączkował i majaczył. „Zdawało mu się w chorobie, w majaczeniu, że cały świat skazany jest na pastwę jakiejś straszliwej, niesłychanej i niewidzialnej morowej zarazy. (...) Całe osiedla, całe miasta i ludy uległy zarazie i wariowały. (...) Choroba potęgowała się i zagarniała coraz to nowe obszary. Na całym świecie mogło ocaleć zaledwie kilku ludzi; ci byli czyści, wybrani, przeznaczeni do tego, by zapoczątkować nowy rodzaj ludzki”. W dwa tygodnie po Wielkanocy wreszcie go wypisano.

Literatura Młodej Polski

Stefan Żeromski Ludzie bezdomni

W literaturze Młodej Polski opisy chorych ludzi występują m.in. w Ludziach bezdomnych Żeromskiego. Doktor Tomasz Judym, zatrudniony w uzdrowisku w Cisach, leczył nie tylko bogate hipochondryczki, ale zajmował się także rodzinami robotników folwarcznych. Kiedy urządził prowizoryczny szpitalik, „od razu zwaliła się mu na kark lawina Żydów, dziadów, obieżyświatów, biedaków, suchotników, rakowatych – wszystka, słowem, płacząca krwawymi łzami bieda polskiego cuchnącego miasteczka i nie inaczej cuchnących wiosek”. Lekarz zajęty był przy chorych nieustannie: „Wycinał kaszaki, bolączki, wiercił, przekłuwał, ekstyrpował, urzynał, przylepiał”. Z pobliskich czworaków przyprowadzano do niego dzieci „wyschnięte, zielone, z wargami tak sinymi, jakby je miały poczernione węglem, z oczyma, które nie patrzały. Periodyczne ataki gorączki, ciągłe bóle głowy i owa jakby śmierć w duszy w żywych jeszcze ciałach” pozwoliły mu postawić diagnozę, że ma do czynienia z malarią. Leczył je chininą, ale na niewiele się to zdało, ponieważ wracały potem do swego środowiska i choroba odnawiała się. Po przenosinach do Zagłębia wstrząsające wrażenie wywarło na Judymie spotkanie z chorą na płuca znajomą Korzeckiego, panią Daszkowską. Chora od dawna kasłała, a ostatnio w ogóle nie wstawała z łóżka. Miała około czterdziestu lat. „Ceglasty wypiek jak równa elipsa płonął na jej lewym policzku. Pierwsze zbadanie wykazało od razu suchoty w ostatnim stadium”. Judym wiedział, że nie jest w stanie pomóc. Zalecił więc jak najczęstsze przebywanie na świeżym powietrzu, pić koniak i mleko.

Zobacz też : Stefan Żeromski - Ludzie bezdomni

Jan Kasprowicz

Kasprowicz w jednym z sonetów z cyklu Z chałupy opisał ostatnie chwile chorego, leżącego od dwóch miesięcy. Cierpiał na „Rwanie w krzyżach, ból piersi, ograszka”. Nie pomagały mu ani okłady z gorącego piasku, ani dieta, ani owijanie w mokre prześcieradła. Kiedyś był silnym i pracowitym mężczyzną. „Teraz blady jak ściana i słaby... / Darmo leki przynoszą mu baby, / Śmierć zagląda z każdego otwora”.

Henryk Ibsen

Zagrożona dziedziczną ślepotą była też Jadwinia, jedna z bohaterek Dzikiej kaczki Ibsena. Ukrywano przed nią prawdę o grożącej ślepocie. Hjalmar tłumaczył, że „nie mamy serca wtajemniczyć ją w to, co jej grozi. Nie przeczuwa żadnego niebezpieczeństwa, radosna, beztroska, świergocąca jak ptaszek, leci w objęcia wiecznego mroku”. Była to choroba dziedziczna, bez nadziei na wyleczenie. Jadwinia nie chodziła do szkoły, ojciec obiecał ją uczyć w domu, ale jakoś nie znalazł nigdy na to czasu. Kazał oszczędzać wzrok, nie czytać po zmroku, a wieczorami chodzić na spacer. Oglądała więc znalezione na strychu stare książki z obrazkami. Dziewczynka marzyła o ciągłym mieszkaniu z rodzicami i rysowaniu rycin, choć ojciec wolał, by nauczyła się wyplatać koszyki i inne rzeczy ze słomy. Kiedy dowiedział się, że Jadwinia prawdopodobnie była córką Werlego, któremu także groziła ślepota, zrozumiał, skąd się wzięła dziedziczność. Odtrącił dziewczynkę, a ta z rozpaczy popełniła samobójstwo.

Literatura XX-lecia międzywojennego

Zofia Nałkowska Granica

W literaturze XX-lecia międzywojennego opisy ludzi chorych zawiera Granica Nałkowskiej. Rozchorowała się pani Cecylia Kolichowska. Cierpiała od lat na katar płuc, powiększenie wątroby i sercowe palpitacje. Kiedy się postarzała, doszły nowe dolegliwości: „bezsenność, ataki duszności, bóle we wszystkich stawach. Na wąskich, normalnych dotąd palcach porobiły się guzy i skrzywienia, nogi były bezwładne prawie do kolan i każdy paznokieć rwał i bolał na swój własny sposób”. Pani Cecylia zaczęła podpierać się laską. Potem w ogóle nie była w stanie podnieść się z łóżka. Elżbieta Biecka myła ją, karmiła i poiła. Po okresie niejakiego polepszenia pani Kolichowska od wiosny więcej już się z łóżka nie podniosła. Lekarz powtarzał, że potrzebny jest chorej przede wszystkim spokój i odpowiednia dieta. Pewnego dnia nagle straciła przytomność. Wezwano dwóch lekarzy, ale tego wieczora pani Cecylia umarła. Chory i kaleki był także jej syn, Karol Wąbrowski. Wiele lat temu został odwieziony przez panią Kolichowską do sanatorium za granicę. „Myślała wówczas, że go utraci, przez wiele lat bała się o jego życie. Ale nie umarł. Tylko nie chciał jej więcej widzieć”. Powrócił do kraju późną jesienią. „Karolowi ciężko było schylać się w ortopedycznym gorsecie”, chodził na sztywnych nogach. Codziennie przez kilka godzin musiał nieruchomo leżeć, aby móc potem w miarę normalnie funkcjonować.

Chorobę psychiczną wywołały u Justyny Bogutówny wyrzuty sumienia. Po zabiegu aborcji i zamieszkaniu w samotności, w sublokatorskim pokoju stopniowo zaczęła się zmieniać. „Coś wyraźnie zmieniło się w jej usposobieniu, zaczęła mieć wymagania i grymasić”. Po śmierci swej przyjaciółki Joasi przestała w ogóle wychodzić z domu, rzuciła nawet pracę. Zenon uznał początkowo, że „To jest taki stan nerwowy – płacz, apatia, depresja”. Lekarz, po zbadaniu Justyny, stwierdził, że „Pojawiają się zaburzenia usposobienia i charakteru, zakłócenia poczucia moralnego, zmniejszona uczuciowość wobec bliskich – wyliczał – Dementia praecox – teraz zwana schozofrenią”. Bogutówna spędzała noce „pełna snów i przebudzeń, wilgotna i lepka od potu”, wiedziała, że coś jej dolega, ale nie potrafiła tego określić. Pewnej nocy, kiedy przyśniło się jej nienarodzone dziecko, długo płakała. Od tamtej pory „nie chciało się jej ani wstać, ani jeść, ani wyjść, tylko dobrze jej tak było leżeć i płakać, i o jednym myśleć”. Przestało ją nawet obchodzić, czy Zenon odwiedza ją, czy nie. Kiedy jednak pojawiał się, bez zażenowania wyznawała, że „Żebyś ty wiedział, co ja czasami myślę – to byś się zląkł, jaka ja jestem... Gorsza jestem, niż nie wiem co, niż pies wściekły. Takie to we mnie siedzi złe i tak mnie dusi. (...) Często myślę, żeby tobie albo jej zrobić co złego”. Dziwiła się nawet, że Ziembiewicz się jej nie boi. Ostrzegła nawet dawnego kochanka, że gdy zaśnie, „to mi się zaraz różne twarze pokazują, miny robią, wykrzywiają się, straszą mnie i straszą... Głosy słyszę, do tego stopnia już przyszło, że głosy ludzi słyszę, a ludzi tu nie ma. To są głosy umarłych. (...) Jeszcze wczoraj słyszałam, jak tu mówiło”. Pewnego dnia przyszła do jego biura i wypaliła oczy kwasem, głośno krzycząc. „Po aresztowaniu uspokoiła się natychmiast i przyznała do winy, nie chciała jednak wyjawić jej motywów. Mówiła tylko, jeszcze widocznie pod działaniem wstrząsu, że jest <>”. Bez protestu dała się odwieźć do więzienia.

Zobacz też : Zofia Nałkowska - Granica

Literatura współczesna

Albert Camus Dżuma

W literaturze współczesnej przebieg walki z zarazą w Oranie opisał Camus w Dżumie. Kiedy w mieście pojawiały się w coraz większej ilości zdychające na ulicach szczury, fakt ten początkowo budził irytację. Z czasem jednak władze zmuszone były ogłosić stan epidemii. Mieszkańcy stali się nagle „więźniami dżumy”. Można było nawet stwierdzić, iż „pierwszym skutkiem najazdu choroby było zmuszenie naszych współobywateli do takiego postępowania, jak gdyby nie mieli uczuć indywidualnych”. Z dnia na dzień epidemia zaczęła się nasilać – zaczęło brakować wody i żywności. Zwiększająca się liczba zmarłych lub umierających spowodowały zobojętnienie tych jeszcze zdrowych, „wszyscy przechodzili lub żyli obok skarg, jak gdyby były one naturalnym językiem człowieka”. Wszystko wskazywało na to, że „dżuma jak gdyby rozsiadła się wygodnie, wnosząc do swych codziennych morderstw precyzję i regularność dobrego urzędnika”. Obywatele żyli w nieustannej obawie przed zarażeniem, ponieważ „dżuma nie zapominała o nikim zbyt długo. Przez grudzień płonęła w piersiach naszych współobywateli, rozświetlała piec, zaludniała obozy cieniami o pustych rękach, nie przestawała wreszcie iść naprzód swym cierpliwym i urywanym krokiem”. Wiosną niespodziewanie choroba się cofnęła i „tylko od czasu nabierała hartu i w ślepym jakby skoku porywała kilku chorych (...) Byli to pechowcy dżumy, zabijała ich w pełni nadziei”. Latem niespodziewanie pojawiła się nowa odmiana choroby – dżuma płucna, objawiająca się straszliwymi bólami i pęcherzami wydzielającymi straszliwy odór. Gdy zaś epidemia niespodziewanie zaczęła wygasać i coraz mniej ludzi umierało, przyjęto to z niedowierzaniem. Ostatnią z jej ofiar był Jean Tarrou. Leżał w mieszkaniu doktora Rieux, pielęgnowany przez jego matkę. „Nie mam ochoty umrzeć i będę walczył. Ale jeśli partia przegrana, chcę przyzwoicie skończyć”. Nie wygrał ze śmiercią.

Gustaw Herling-Grudziński Inny świat

O chorobach i znaczeniu dla więźniów łagrowego szpitala pisał Grudziński w Innym świecie. Wyczerpani ciężką pracą i niedożywieni więźniowie często zapadali na różne choroby. Najczęstszymi schorzeniami były: tzw. kurza ślepota (przestawali widzieć o zmroku, spowodowane to było niedoborem tłuszczu), gruźlica, wrzody i czyraki oraz „pyłagra”, czyli napady melancholii połączonej z wypadaniem zębów i włosów. Leczono ich wyłącznie kostkami margaryny wielkości pudełka od zapałek. Na „kurzą ślepotę” prędzej czy później zapadała większość więźniów. Człowiek nią dotknięty musiał codziennie na nowo oswajać się ze swoim kalectwem. „Stąd pewnie jego stałe rozjątrzenie i coś w rodzaju zdenerwowania, graniczącego z panicznym lękiem przed nocą. (...) Widok kurzych ślepców, stąpających wolno rano i wieczorem z wyciągniętymi przed siebie rękami” był zjawiskiem w obozie normalnym. Kiedy więzień osiągał temperaturę 39 stopni, mógł starać się o miejsce w szpitalu. Stwarzał on szansę „ucieczki od łagru, ale też odwracał normalne znaczenie choroby. Choroba to wszak dla organizmu katastrofa, załamanie, zagrożenie”. Nieuleczalnie chorych kierowano natomiast do „trupiarni”, co równało się skazaniu na śmierć. Jednak i tam istniała „hierarchia” chorych. Grupa „słabosiłków” miała jeszcze szansę na wyzdrowienie, ale „aktirowki” – byli to chorzy nieuleczalnie lub starzy, którym dawano głodowe racje żywności.

Gustaw Herling-Grudziński Wieża

Na trąd był chory bohater utworu Grudzińskiego Wieża. Trędowaty, Lebbroso, od piętnastu lat zamieszkiwał Wieżę Strachu. Unikał ludzi, ponieważ miał twarz straszliwie zniekształconą przez leprę. Przyglądał się im tylko z daleka. Kiedyś miał rodziców, siostrę, ale wszyscy zmarli na tę straszliwą chorobę. Cierpienia Lebbroso „Co miesiąc stawały się wprawdzie coraz dotkliwsze, lecz potem stopniowo słabły”. Gdy księżyc był w nowiu, „choroba odzywała się ze wzmożoną siłą”, potem „łagodniała i zdawała się zmieniać swoją naturę: skóra na jego ciele wysychała i bielała, i nie czuł już prawie bólów. Nie same bóle zresztą były najgorsze, ale ich wierne echo – bezsenność”. Nocą mąciły mu się myśli, „nie wiedział już, co się z nim dzieje i stawał się ofiarą niezwykłych halucynacji”. Po śmierci siostry załamał się, chciał nawet popełnić samobójstwo, ale w końcu doszedł do wniosku, że musi nadal z tą nieuleczalną chorobą egzystować do śmierci, którą ześle Bóg.

Georg Orwell Folwark zwierzęcy

Nie uchronił się też przed wywołanymi chorobą cierpieniami Boxer, jeden z bohaterów Folwarku Zwierzęcego GEORGE’A ORWELLA. Zbliżały się właśnie dwunaste urodziny konia. Pracował ponad siły przy budowie wiatraka, ale nikomu o swym zmęczeniu nie mówił. „Zmienił się tylko nieco jego wygląd – skóra straciła na blasku, a potężne boki były teraz zapadnięte”. Pewnego dnia, kiedy przywlókł na budowę ładunek kamieni, upadł na bok i nie miał siły się podnieść, „leżał nieruchomo między dyszlami wózka z wyciągniętą szyją; nie mógł nawet podnieść łba. Oczy mu się szkliły, boki świeciły od potu. Z pyska ciekła strużka krwi”. Okazało się, że Boxer jest od dawna chory na płuca. Z pomocą zwierząt jakoś dowlókł się do stajni. Przez dwa dni leżał, leczony przysłanym przez świnie lekarstwem. Pewnego dnia, bardzo osłabionego, wywieziono go do rzeźni i przerobiono na kostną mączkę.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)