Bitwa / walka

Jest to zbrojne starcie na lądzie, morzu lub w powietrzu, element wojny. Bitwa może się toczyć między wrogimi sobie wojskami. Walka najczęściej kojarzy się z pojedynkiem. W znaczeniu przenośnym bitwa (batalia) jest to zorganizowana akcja mająca na celu osiągnięcie czegoś. Bitwa nie musi jednak dotyczyć wyłącznie krwawych starć, ale może być także ukazana w sposób satyryczny.

Mitologia grecka

Mitologia grecka zawiera opisy bitew bogów przeciw bogom, ludzi przeciw ludziom, ale także z pomocą bogów. Jedną z najsłynniejszych była tzw. tytanomachia, czyli walka Olimpijczyków przeciwko Tytanom, którym przewodził Kronos. Dziesięć lat trwały zmagania, a nie zanosiło się na zwycięstwo żadnej ze stron. W końcu Dzeus postanowił uwolnić z Tartaru cyklopów i sturękich, by mu w zmaganiach pomogli. „Zawrzał teraz bój ostateczny, straszliwe zapasy nieśmiertelnych”. Dzeus ciskał prawą ręką gromy, które nieustannie wykuwali mu cyklopi. Tytani, oślepiani piorunami, „osmaleni ogniem niebieskim (...) ogłuszeni przeraźliwym łoskotem skał” ciskanych przez sturękich, zaczęli słabnąć. Ich zastępy zaczęły rzednąć. Na samym końcu padł Kronos, a jego ciało zepchnięte zostało na samo dno piekieł. Dzeus musiał pokonać także Gigantów, którym dała życie Gaja. Ruszyli oni do szturmu na Olimp. Aby dostać się na wysoką górę, piętrzyli skały i wdzierali się coraz wyżej. Bogowie przerazili się.

Dzeus jednak rozkazał wezwać na Olimp śmiertelnika, czyli Heraklesa, ponieważ przepowiednia głosiła, że bez pomocy człowieka Olimpijczycy nie zwyciężą. Bohater bez wahania stanął u boku nieśmiertelnych. Wrogów przeszywał strzałami lub ranił swą olbrzymią maczugą. Bogowie widząc męstwo człowieka ze zdwojoną siłą rzucili się do walki. Dzeus nieustannie ciskał pioruny, Atena, uzbrojona w tarczę i dzidę, „siała postrach”, Hefajstos walczył rozgrzanymi odłamkami metalu, a Hekate dzierżyła potężną płonącą pochodnię, którą raziła wrogów, Apollo przeszywał ich srebrnymi strzałami i oślepiał, a jego siostra Artemida, zamieniona w jelenia przeszywała Gigantów rogami. W końcu ogarnięci trwogą Giganci zaczęli uciekać z placu boju i umierać pod razami Olimpijczyków. Bitwa zakończyła się zwycięstwem niebian.

Biblia

W Biblii opisanych zostało wiele bitew, jakie musieli stoczyć Izraelici w czasie wędrówki do Ziemi Obiecanej. Jozue musiał stoczyć bitwę z Amorytami w obronie nie tylko swego ludu, ale i Gibeonitów, którzy przedtem, w obawie o swe życie, oddali mu we władanie własne ziemie. Jozue wraz z wojskiem wyruszył na pole bitwy i natarł na wrogów niespodziewanie, pod osłoną nocy. Z pomocą Boga zadano Amonitom wielką klęskę. Na rozkaz wodza Izrealitów wstrzymało się słońce i stanął księżyc, dopóki nie pokonano napastników. Niedobitki ścigano aż do Makkedy. Wiele zwycięskich bitew przeprowadził też Dawid – m.in. z Edomitami, Ammonitami, Filistynami i wkrótce potem zapanował nad całym Izraelem.

Średniowiecze

Pieśń o Rolandzie

W literaturze średniowiecza opis bitwy występuje w Pieśni o Rolandzie. Do decydującego starcia doszło w górskim, ciasnym wąwozie. Dowodzący tylną strażą wojsk króla Karola Wielkiego hrabia Roland zauważył wielką przewagę sił wroga, ale postanowił walczyć. „Bitwa jest wspaniała. Wszystko zaczyna się kłębić”. Roland „wśród Saracenów czyni srogą rzeź. (...) I Oliwier nie został w tyle, i dwunastu parów, i Francuzi, którzy walą co wlezie. Poganie giną, inni podają tył”. Walka staje się coraz gorętsza. „Frankowie i poganie zadają cudowne ciosy.

Jeden naciera, drugi się broni. Tyle kopij strzaskanych i krwawych! (...) Tylu młodych Francuzów stradało młode życie!”. Marsyl tymczasem rzucił do boju nowe oddziały. „Bitwa jest cudowna; staje się coraz zażartsza.

Francuzi walą krzepko i wściekle. Przecinają pięści, boki, krzyże, przeszywają odzież do żywego ciała. (...) Przy pierwszych czterech atakach pięknie dotrzymali placu: piąty zaważył im ciężko”.

Szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę Saracenów. Kiedy Roland spostrzegł, że zginęło tak wielu jego rodaków, zdecydował się zadąć w róg, by wezwać pomoc. Za późno jednak. Przybyły z odsieczą Karol Wielki zobaczył już tylko ogromne pobojowisko i pozabijanych rycerzy.

Barok

Jan Chryzostom Pasek"Pamiętniki"

Opisy bitew w literaturze baroku zawierają przede wszystkim Pamiętniki Paska. Wspominając o wojnach, w których brał udział, Pasek zrelacjonował m.in. bitwę pod Połonką między Polakami a Moskalami. Początkowo siły były wyrównane, ale w pewnym momencie narrator zauważył, że po Moskalach widać już trwogę i „biją się już nie z ochotą”.

Skoczyły na nich husarskie chorągwie, „my też z tyłu uderzymy na nich”. Niedobitki wrogów zaczęły uciekać w stronę, gdzie stał jego oddział; „bijże teraz, który się podoba, wybieraj”. Natarł na Paska jakiś wielki, starszy chłop, napastnik chciał już do niego strzelić, kiedy on ciął go szablą w ramię, potem w głowę. Potem zmierzył się z jakimś młodziutkim żołnierzem, któremu z litości darował życie.

Pasek zdobył w czasie tej bitwy wielkie łupy, w tym pięknego konia. Jak stwierdził, bitwa zakończyła się pogromem Moskali, sam Chowański, dwukrotnie raniony, uciekł. Zginęło mnóstwo wojewodów, kniaziów, bojarów – około czterdziestu tysięcy. W innej bitwie z wojskami Chowańskiego Polaków było tylko około piętnastu tysięcy na czterdzieści tysięcy wroga. Do decydującego starcia doszło pod Lachowicami. „Potężnie się tedy uderzą chcąc nas pierwszym swoim skonfundować impetem, aleśmy wytrzymali”. Drugie natarcie Polacy także odparli z niewielkimi stratami. Wtedy „Nuż na nich; złamaliśmy ich zaraz, dopiero wziąwszy szable już rzadko kto i strzelił, jeno tak cięto.

Ostatek ich skoczyło w ucieczkę”. Polacy rzucili się w pogoń, „dojeżdżano, a bito”. Po nieprzespanej, w pogotowiu spędzonej nocy, zatrąbiono „wsiadanego”. Moskale rozpoczęli armatni ostrzał, „padło naszych dużo, drudzy postrzelani”.

To nie osłabiło jednak bojowego ducha szlachty. Polacy wiedzieli, że muszą iść naprzód, w przeciwnym wypadku czeka ich klęska. „Okrutna tedy stała się rzeźba w owej gęstwinie (...) wycięliśmy ich, że i jeden nie uszedł, bo w szczerym polu”.

Resztki oddziałów Chowańskiego zostały otoczone i uderzono na nich ze wszystkich stron. Żołnierz Chowańskiego „bardzo gęsto stał i tak ginął, że trup na trupie padł, a do tego owa brzezina na pagórku była, to tak krew lała się strumieniem, właśnie jak owo po walnym deszczu woda”.

Wacław Potocki "Transakcja wojny chocimskiej"

Potocki w Transakcji wojny chocimskiej ukazał walkę Polaków pod wodzą Chodkiewicza z Turkami dowodzonymi przez Osmana. Kiedy doszło do bitwy, „Wprzód chrzęst tylko i szelest słychać było cichy, / gdy naszy ławą brali pogaństwo na sztychy” potem rozległ się trzask i ostry zgrzyt, gdy szlachcice kruszyli swe kopie na przeciwnikach, więc wszędzie „pełno śmierci” i tureckich trupów.

Najeźdźcy bowiem ustępują w waleczności i uzbrojeniu Polakom: „Turczyn tylko dzwoni / po zbrojach hartowanych (...) a nasz, gdzie tnie, tam rana; gdzie pchnie, dziura w ciele”. Przykład dawał sam Chodkiewicz, który, choć stary i już nie tak silny, „nieprzyjaciół bije; / gdzie się tylko obróci, lecą głowy z szyje”. Zwyciężyli Polacy.

Oświecenie

Ignacy Krasicki "Monachomachia"

Literatura oświecenia zawiera natomiast satyryczny obraz bitwy. Ukazał ją Krasicki w Monachomachii. Walka między zakonami dominikanów a karmelitów bosych wywołana została „uczonym sporem”. Miejsce dyskusji przeistoczyło się w pole bitwy: „Jeden drugiego rani i kaleczy”. Mnich Hiacynt, „dzielny w męstwie, w oddawaniu hojny, / Jak się zawinął i z boku, i z góry, / Za jednym razem urwał dwa kaptury”.

Wkrótce bitwa rozgorzała na dobre: „Lecą sandały i trepki, i pasy, / Wrzawa powszechna przeraża i głuszy”. Waleczny Hiacynt, raniony kuflem, „Legł z sławnej ręki ojca Zefiryna”. Kiedy Gaudenty zobaczył, że Hijacynt „poległ”, „wyciskał talerze i szklanki, / Pękły i kufle na łbach hartowanych”.

Nie przebaczył żadnemu z mnichów z wrogiego klasztoru. Przewrócił mecenasa, „Definitora za kaptur zahaczył”, Łukasz zaczął zwijać się z bólu, a Kleofas stracił ostatnie dwa zęby. „Coraz się mnożą i krzyki, i wrzaski, / Hałas powstaje i wrzawa aż zgroza!”. Z braku „amunicji” pochwycił księgę Wojsko afektów zarekrutowanych i „Nią się zakłada, pędzi poza szranki”. Natknął się jednak na godnego siebie przeciwnika. Ojciec Rafał uderzył na niego z mokrym kropidłem, „Oczy mu zalał, trzonkiem w łeb uderzył”. Nie spodziewając się takiego ataku, „Stanął Gaudenty i mokry, i ranny”. Zwaśnione strony pogodził wielki puchar wina.

Romantyzm

Adam Mickiewicz "Pan Tadeusz"

W Panu Tadeuszu Mickiewicza występują trzy opisy bitew. O walce sprzed lat (retrospekcja) Stolnika Horeszki z Moskalami opowiadali Klucznik Gerwazy i Jacek Soplica, każdy reprezentując inny punkt widzenia. W relacji Gerwazego Moskale napadli na zamek Stolnika nocą, mszcząc się w ten sposób za zwoływanie szlachty przez magnata do obrony kraju. W pałacu było niewielu ludzi. „Ledwie był czas z moździerza na trwogę wypalić” i zamknąć wrota. Dziesięciu obrońców zaczęło strzelać, „a szedł ogień nieustanny; / Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury, / My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry”. Moskale trzykrotnie podchodzili już pod drzwi, „Ale za każdym razem trzech nogi zadarło”.

Stolnik strzelał z ganku, za każdym razem celnie. Postanowił nawet zrobić wypad na wroga, kiedy śmiertelnie został postrzelony przez Soplicę. Z odsieczą obrońcom zamku przybyli szlachcice z sąsiedztwa, ale i tak Moskale w końcu zamek zajęli. Jacek Soplica obserwował napaść Moskali z ukrycia. „Broniliście się, ty wiesz, dzielnie i przytomnie, / Zdziwiłem się; Moskale padali wkoło mnie, / Bydlęta, źle strzelają!”. Na ten widok porwała go złość, ponieważ Stolnik zwyciężał. Porwał więc broń zabitego Rosjanina i bez namysłu wypalił w jego kierunku – z zemsty. Drugą „bitwę” wywołał Gerwazy, kiedy Sędzia Soplica i jego goście wieczerzali w ruinach zamku Horeszków. 

Zobacz też : Adam Mickiewicz - Pan Tadeusz

Wtargnął niespodziewanie na salę i zaczął z hałasem nakręcać stare zegary. Wpierw zwracano mu uwagę, potem usiłowano wyrzucić za drzwi. W końcu Woźny Protazy zagroził mu procesem sądowym. Rozgniewany Gerwazy chwycił pęk kluczy, który miał zawieszony u pasa, „puścił z całej mocy” w stronę Protazego i „Pewnie łeb Protazemu rozbiłby na ćwierci”, gdyby ten się nie uchylił. Sędzia rozkazał czeladnikom obezwładnić napastnika, „czeladź rzuciła się żwawo”, ale drogę zagrodził jej Hrabia. Zabronił karać swego sługę i obraził obecnych. Podkomorzy zażądał szabli, potem do walki rzucili się wszyscy. W powietrzu zaczęły latać butelki i stołki.

Gerwazy zaczynał już ulegać przeważającej sile, „Już się zachwiał, już czeladź zakasawszy pięście / Rzucała się nań zewsząd hurmem”. Obroniła go Zosia. Szukano go, gdy niespodziewanie pojawił się z drugiej strony, jakby spod ziemi i „Podniósłszy w górę ławę ramiony silnemi, / Okręcił się jak wiatrak, oczyścił pół sieni”. Potem zasłonił sobą Hrabiego i obaj zaczęli się cofać ku drzwiom. Gerwazy jednak postanowił walczyć do ostatka. Dźwignął ławę i już miał się z nią rzucić na wrogów, kiedy ujrzał przed sobą Wojskiego. Ten dotychczas przyglądał się walce z daleka. Potem wyciągnął nóż i bawiąc się nim jak gdyby od niechcenia, przypatrywał się Hrabiemu.

Klucznik, wiedząc, że Wojski był mistrzem w rzucaniu nożem, więc zaciągnął Hrabiego aż na chór. Tam „z trzaskiem jął wyrywać ołowiane rury”, ale nie miał już w kogo nimi rzucać, ponieważ wszyscy powychodzili. Protazy ostatni „zszedł z pobojowiska, / Kędy zostały trupy, ranni i zwaliska”. Nie były to jednak straty w ludziach; „wszystkie ławy / Miały zwichnione nogi, stół także kulawy, / Obnażony z obrusa, poległ na talerzach / Zlanych winem, jak rycerz na krwawych puklerzach, / Między licznymi kurcząt i indyków ciały, / W których piersi widelce świeżo wbite tkwiały”.

Trzecia bitwa wywołana została zajazdem szlachty na Soplicowo. Atak zapoczątkował Hrabia, pochwyciwszy przedtem Tadeusza i związanego odwożąc do dworku. Nie zdążyli jednak jego dżokeje rozpocząć bitwy, ponieważ „nowy wróg nadchodził” – zaściankowa szlachta, której przewodził Gerwazy. Na szczęście Hrabia wyprzedził zajazd, miał czas ochłonąć z gniewu, kazał więc czym prędzej zamknąć domowników we wnętrzu, ponieważ „szlachta była, zwyczajem powstania, / Burzliwa i niezmiernie skora do wieszania”. Szlachta wpadła na podwórze, „Obstępuje dwór w koło i bierze go szturmem”.

Nie widząc jednak wrogów i mając do nich zamknięte dojście, rozbiegła się po folwarku. Zapachy dochodzące z kuchni powodują, że „myśl wszystkich się odmienia, / Studzi gniewy, zapala potrzebę jedzenia”. Zamiast więc walczyć z ludźmi „Szlachta głodna plądruje, zabiera co może”. Ofiarą „rzezi” pada ptactwo, jedzone potem i popijane winem. Najedzeni, zaczynają drzemać i „Tak zwycięzców zwyciężył w końcu sen, brat śmierci”. Spali tak twardo, „że ich nie budzi / Blask latarek i wniście kilkudziesiąt ludzi”. Kiedy ocknęli się, nie mogli się poruszyć, ponieważ zostali powiązani. W Soplicowie znaleźli się Moskale. Nie wiadomo, kto ich zawiadomił.

Sędzia i domownicy zostali uwolnieni, Hrabia z dżokejami uwięziony, szlachta powiązana – sytuacja odwróciła się, ale nie na długo. Kiedy Sędzia na próżno starał się sytuację załagodzić, niespodziewanie nadjechał na czterech wozach kwestarz – ksiądz Robak. Rozkazał gospodarzowi ugościć dowódców Rosjan. Jeden z nich, podchmielony major Rykow, zbyt natrętny w stosunku do dam, został przez Tadeusza spoliczkowany. Uznał to za bunt i zaczął wołać żołnierzy, cofając się jednocześnie do wyjścia. Wtem drugimi drzwiami wpadł tłum szlachty.

Moskale uciekli na dziedziniec. Uwolniona szlachta dobyła z wozów broń i runęła na Rosjan. Z powodu dużego ścisku na dziedzińcu, doszło do walki wręcz. „Szlachta w zgiełku nie może ciąć krzyżową sztuką, / Jegry nie mogą strzelać, już walczą wręcz, z bliska - / Już stal, ząb za ząb o stal porwawszy się, pryska, / Bagnet o szablę, kosa o gifes się łamie, / Pięść spotyka się z pięścią i z ramieniem ramię”. Rykow zwołuje żołnierzy, by formowali pod stodołą bojowy szyk, ale wśród krzyku nie było słychać jego komendy. Tymczasem na starego Maćka nacierał Gifrejter. Ten, pozorując ucieczkę, obrócił się ku przeciwnikowi. Rosjanin chciał wystrzelić, ale Maciek podbił mu karabin i „puszczając Rózgę, tnie Moskala w rękę / Raz, i znowu na odlew przecina mu szczękę”.

Na lewym skrzydle tymczasem najdzielniejsi byli Brzytwa i Kropidlo, „Ten ich w pół ciała rzeza, tamten w głowy wali”. Ujrzawszy Maćka w niebezpieczeństwie, Kropidło rzucił mu się na pomoc, ale przypłacił to utratą oręża i koniecznością obrony przed dwoma nacierającymi nań wrogami. Zaczęli ciągnąć go za włosy. Klucznik, widząc Kropidłę w niebezpieczeństwie, zamachnął się i uciął ręce napastnikom.

Jak przewidział Rykow, „Jegry w tłumie ulegli mocy przeciwników. / Dwudziestu trzech na ziemi wala się zabitych, / Trzydziestu kilku jęczy ranami okrytych, / Wielu pierzchło, skryło się w sad, w chmiele, nad rzekę, / Kilku wpadło do domu pod kobiet opiekę”. Nie było to jednak ostateczne zwycięstwo, choć szlachta z okrzykami radości rzuciła się do beczek wina i szukania łupów.

Ksiądz jednak wolał, by nieprzyjaciela ostatecznie rozgromić. Kapitan Rykow bowiem wcale nie myślał złożyć broni. Zebrał wokół siebie pół batalionu i dał rozkaz ataku. „Chrząsnęła broń, a była już dawno nabita” i „Słychać świsty kul, zamków chrzęsty, sztenflów dźwięki”. Rosjanie byli jednak mocno pijani, więc źle mierzyli. Szlachta odpowiedziała ogniem, ale „Chce szablami uderzyć na nieprzyjaciela, / Ale starsi wstrzymują; kule gęsto świszczą, / Rażą, spędzają, wkrótce dziedziniec oczyszczą, / Już aż po szybach dworu zaczynają dzwonić”.

Przewaga przechylała się jednak na stronę Rosjan. Kapitan Rykow postanowił zadać ostatni cios i zawładnąć dworem. Wydał rozkaz ataku, „Darmo szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku”. Moskale zajmują już pół dziedzińca. Kapitan wzywał Sędziego do poddania się. Niespodziewanie Konewka wraz z Sakiem uderzyli na nich z boku, z zasadzki. To powstrzymało szturm. Rykow skrzyknął uciekających żołnierzy i rozkazał ponownie uformować bojowy szyk, w kształcie klina.

Wtem nadciągnęła jazda prowadzona przez Hrabiego. Z karabinów Moskali „świsnęło kul trzysta” w ich stronę. Padło rannych trzech jeźdźców i koń pod Hrabią. Upadającego osłonił Robak i „Dostał za niego postrzał”. Potem ksiądz kazał szlachcie odstąpić i celniej strzelać z ukrycia. Tadeusz zza węgła zastrzelił trzech Moskali. Kiedy major Płut nazwał go tchórzem i wezwał do honorowego pojedynku z kapitanem, do konfrontacji nie doszło. Bitwa, z powodu zdrady Moskali, zawrzała na nowo. Uderzono na Moskali, choć Robak i Maciek starali się szlachtę wstrzymać.

Tymczasem Wojski z Protazym przekradli się do wielkiej starej sernicy, podważyli drągi ją podtrzymujące i sernica spadła całym swym ciężarem na Rosjan, „Gniecie, rani, zabija; gdzie stały szeregi, / Leżą drwa, trupy, sery białe jako śniegi”. Walczyło już tylko ośmiu Moskali z sierżantem na czele. Usiłowali zabić Gerwazego, ten zaczął ich gonić aż do gumna. Po chwili wyszedł z wnętrza – sam, „Z mieczem krwawym”. Na ten widok szlachta ponownie rzuciła się do ataku, „Porozpędzanych jegrów ściga, rąbie, kole”. Rykow po chwili pozostał sam na placu boju, krzycząc, że broni nie złoży. Podkomorzy zaproponował mu jednak, by poddał się, a wtedy „Zachowasz życie i cześć”. Bitwa skończyła się ostatecznie. „Taki miał koniec ostatni zajazd na Litwie”.

Pozytywizm

Eliza Orzeszkowa

W literaturze okresu pozytywizmu największe utwory epickie zawierały opisy bitew. W opowiadaniu Orzeszkowej pt. Gloria victis obserwatorem starć powstańców z Moskalami był las. Po jednej z bitew, kiedy rozłożyli się obozem na leśnej polanie, dowódca podziękował Marcysiowi Tarłowskiemu, głównemu bohaterowi, za uratowanie życia w poprzedniej potyczce z wrogiem. Pewnego dnia do obozu przybył posłaniec z wieścią o nadciągającym ogromnym wojsku nieprzyjaciela, okrążającym powstańców. Dano hasło do gotowości bojowej. Powstańcy zaczaili się w zasadzce i wkrótce usłyszeli nadciągające wojsko. Strzały partyzantów ledwie było słychać w kanonadzie Moskali. Upływały godziny, Rosjanie podchodzili coraz bliżej – ze wszystkich stron. Zabitych powstańców było coraz więcej, choć po obu stronach ginęli ludzie. Marcyś, postrzelony w rękę, upadł w paprocie. Przeniesiono go do polowego szpitalika, pełnego rannych. Stamtąd słyszał coraz słabszą obronę. Cała polana wypełniona została tak gęstym dymem, że nie widać było ani atakujących, ani broniących się. Niespodziewanie z gęstwiny wyłonił się konny oddział Rosjan. Okrążył namiot z rannymi. Bezbronnych Rosjanie wymordowali. Małego Tarłowskiego nabito na dzidy. Wszystkich zabitych pochowano we wspólnej mogile. Oddział przestał istnieć.

Zobacz też : Nowelistyka Elizy Orzeszkowej

Komu przysługuje urlop macierzyński?

W Nad Niemnem o potyczce z czasów powstania listopadowego opowiadał Justynie Janek Bohatyrowicz. Zaprowadził dziewczynę na Mogiłę, w której pochowano powstańców. Powiedział, że to miejsce jest dla niego ważne, ponieważ z tego pagórka po raz ostatni patrzył na ojca. Wskazał na trzecie z kolei wzniesienie, mówiąc, że ta pustynia kiedyś zdeptana była przez ludzkie i końskie nogi. O ojcu usłyszał latem. We wsi wszyscy codziennie „stuków i grzmotów słuchali, co tam toczyły się i turkotały, to krócej, to prędko, to pomaleńku, jakby z całego nieba pioruny zebrały się i w te miejsce biły”. Dopiero wieczorem grzmoty te powoli ustały, „a za to po całym borze poniosły się wielkie ludzkie krzyki i zgiełk”. Potem i to zamilkło. W ciemnościach i przejmującej ciszy jednak usłyszano plusk i po chwili przed nimi stanął Anzelm. Powstaniec powiedział, „że pan Andrzej tu... i na czoło sobie pokazał..., a twój ojciec tu... i na piersi sobie pokazał”. Janek zapamiętał te słowa po dziś dzień.

Bolesław Prus "Lalka"

W Lalce Prus opisał jedną z bitew, w której brał udział Ignacy Rzecki i jego przyjaciel August Katz. Razem brali udział w walkach na Węgrzech. Generalna bitwa rozegrała się pod jakąś węgierską wsią. Ostrzał austriacki rozpoczął się o siódmej rano. Wkrótce potem odpowiedziały im armaty powstańcze. „Od tej pory szedł z naszej strony strzał za strzałem, aż ziemia drgała, ale biała plama tam, na gościńcu, rosła wciąż. Jednocześnie na przeciwległym wzgórzu błysnął dym i w stronę naszej baterii poleciał warczący granat. Drugi dym... trzeci dym... czwarty...”. Zbliżali się Austriacy. Rzecki zastanawiał się, „Czy bitwy nie są hałaśliwymi komediami, które wojska urządzają dla narodów, nie robiąc sobie zresztą krzywdy”. Wtedy jeszcze się nie bał.

Zobacz też : Bolesław Prus - "Lalka"

Szeregi powstańcze zaczęły się przerzedzać, żołnierze ginęli wokół pana Ignacego, co ledwie widział poprzez gęsty dym. Niespodziewanie jego towarzysze zaczęli uciekać. Batalion zatrzymał się na szczycie wzgórza. Oficerowie bili, kogo popadło, rozkazując powrót na stanowisko bojowe. „Grzmot armat i łoskot karabinów zlały się w jedno ogromne warczenie, już nie ogłuszające, ale wprost ogłupiające”. Batalion zaczął maszerować naprzód pod gradem kul. Wkrótce doszło do walki wręcz. Powstańcy zdobyli dwie armaty i wciąż posuwali się naprzód. „Daleko przed nami stali nasi pojedynczo i w gromadach, strzelając do cofających się Austriaków. Kiedy niekiedy jakaś zbłąkana kula nieprzyjacielska świsnęła nad nami albo zaryła się w ziemię wydmuchując obłoczek kurzu”. Trębacze zaczęli zwoływać szeregi. O czwartej po południu było już po bitwie.

Henryk Sienkiewicz "Potop"

W Potopie wiele jest opisów bitew z czasów wojny polsko – szwedzkiej. Najbardziej znaczący bój stoczono o Jasną Górę. Nocą dosłyszano z murów nadciągające wojsko. Kiedy żądania poddania się nie dały rezultatów, rozpoczął się ostrzał. Obrońcy odpowiedzieli wystrzałami z armat. Wkrótce zapadła ciemność, napastnicy chwilowo odstąpili. Następnego dnia pod murami panował spokój, więc obrońcy mogli zająć się naprawianiem szkód. Znowu zaczęło się ostrzeliwanie. Osiemnastego listopada pod murami klasztoru stanęło dziewięć tysięcy Szwedów, którzy przyciągnęli dziewiętnaście dział. Miller liczył, że oblężenie skończy się przed nadejściem zimy. „Szańce pokryły się sinawymi chmurami, klasztor odpowiedział wnet z całą energią.

Tym razem jednak działa szwedzkie, lepiej ustawione,, większą poczęły czynić szkodę. Sypały się bomby ładowane prochem (...) Rzucano także rozpalone pochodnie i kłęby konopi przesiąkniętych żywicą”. Ich armaty jednak dokonały znacznych spustoszeń, w obrębie klasztoru zaczęły wybuchać pożary. Miller, mimo nieustannego wzajemnego ostrzału, nie zaprzestał układów. Kiedy kolejny nie dal żadnych rezultatów, generałowi nie pozostało nic innego, jak kontynuować oblężenie.

Wzmogło się ostrzeliwanie. Ale Szwedzi z każdym dniem zdumiewali się coraz bardziej postawą obrońców. Każdego dnia bowiem na murach rozlegały się śpiewy i chodziły procesje, jakby nic sobie nie robiąc z kul. Ogarnięci zabobonnym strachem napastnicy źle ustawiali armaty, więc pociski przelatywały nad klasztorem, nie czyniąc większych szkód. Na dodatek rozbito największe działo atakujących. Rozgniewany Miller nawet nie wydał rozkazów, by walkę wstrzymać. Postanowił, że tych dwustu obrońców weźmie zmęczeniem.

Nawet więc nocą trwało ostrzeliwanie. Z klasztoru także odpowiadano ogniem. Chwilami wyłaniał się z ciemności, „zmieniał się w oczach, raz zdawał się wyższym niż zwykle, to znów jakoby zapadał w otchłań”. Szwedzi widzieli w tym jakiś cud i nieludzką moc. Szwedzi ponieśli znaczne straty. Miller jednak nie zrezygnował. Postanowił ściągnąć większe działa. O świcie nawet obrońcy nie przerwali strzelania. Kmicicowi było jednak tego za mało. Namówił Czarnieckiego na „wycieczkę” na wroga. Następnej więc nocy mały oddziałek wymknął się za mury.

Nawet nie kryli się zbytnio. Kmicic niespodziewanie pojawił się w namiocie oficerów. Zabił De Fossisa, potem jeszcze dwóch. „Noc zmieniła się w sądny dzień”. Szwedzi byli przekonani, że atak nastąpił z tyłu, że napadły na nich polskie chorągwie. Dokonawszy masakry, Czarniecki, Kmicic i ich ludzie powrócili do klasztoru.

Szwedzkie pułki tymczasem błąkały się w nieładzie do rana. Miller zaczął oglądać szkody – pozabijanych żołnierzy, zniszczone działa. To była już nie klęska, ale hańba. Na dodatek klasztor znowu zaczął się zmieniać, tym razem owity był białą mgłą. Zdumieni Szwedzi z przerażeniem obserwowali, jak niknął w ich oczach, a potem wzbijał się w niebo. Książę heski zaproponował generałowi, by ponownie spróbować układów. Miller zapowiedział jednak, że nie odstąpi, dopóki z twierdzy nie zostanie kupa gruzów.

Do twierdzy nadszedł list od Arfuida Wittenberga z rozkazem poddania klasztoru. Mnisi znowu zaczęli zwlekać z odpowiedzią, na ostrzały odpowiadając tym samym. Ojcowie nieustannie także prosili o uszanowanie świętego miejsca. W końcu cierpliwość Millera wyczerpała się. W połowie grudnia nadciągnęły ogromne działa burzące, które zaczęły czynić coraz większe szkody. „Rozpoczął się straszliwy ogień, jakiego jeszcze nie doczekali oblężeni. (...) Leciały olbrzymie faskule, granaty, pęki szmat przesyconych smołą, pochodnie, sznury ogniste”. Kolubryna poczyniła tak znaczne szkody, iż wiadomo było, że jeżeli ostrzał potrwa jeszcze kilka dni, osunie się znaczna część muru. Kmicic postanowił zniszczyć działo. Pod osłoną nocy przedarł się na szwedzki szaniec. Stojący na murach ujrzeli wkrótce potem olbrzymi słup ognia i usłyszeli huk, który wstrząsnął zabudowaniami. Następnego dnia Szwedzi zaatakowali.

Miller doszedł jednak do wniosku, że klasztoru nie zdobędzie, „Ten klasztor na wieki stać będzie”. Następnej nocy odeszli spod Jasnej Góry. Bitew ze Szwedami unikał też w dalszej fazie wojny polsko-szwedzkiej dowódca Stefan Czarniecki. Jedna z bitew rozegrała się w widłach Wisły i Sanu. Kiedy najeźdźcy opanowali Jarosław, Karol Gustaw wysłał na drugi brzeg Sanu doborową jazdę, pod dowództwem Kannenberga, by oceniła sytuację. Zwiadowcy niespodziewanie ujrzeli na swej drodze samotnego niepozornego jeźdźca. Wkrótce koło niego pojawili się inni. Kannenberg postanowił zaatakować.

Szybko zorientował się, że wpadł w zasadzkę. Pojawiły się bowiem liczne oddziały Czarnieckiego i zaczęła się rzeź. Polacy ścigali niedobitki aż pod same mury Jarosławia. Szwedzi widzieli z murów, jak wyrzynano niedobitki. Nie mogli pospieszyć z odsieczą, ponieważ po wyjściu oddziału Kannenberga rozebrano most. Byli także świadkami pojedynku Kannenberga z niepozornym Wołodyjowskim i śmierci królewskiego kuzyna. Potem oddziały Czarnieckiego wycofały się pod las i stanęły, jakby w oczekiwaniu na Szwedów i zapraszając ich za rzekę. Przed ławą ludzi niespodziewanie pojawił się mąż ze złocistym buzdyganem w ręku i Szwedzi rozpoznali w nim Czarnieckiego.

Pierwszego lipca natomiast rozpoczął się szturm na Warszawę. Polacy zaatakowali jednocześnie z kilku stron. Była to sprawa trudna, gdyż pałace i domy zamienione były w twierdze. Polacy jednak zdobywali dom po domu. Ważnym punktem strategicznym był pałac Kazanowskich. W walce o niego wziął udział pan Zagłoba, który na czele czeladzi także przystąpił do działania. Przy pomocy swoich pachołków wysadził kawałek bramy i wtargnął do środka. Pałac szybko został zdobyty. Zagłoba jednak, żądny krwi, zapędził się aż w najdalszy zakątek ogrodu. Tam w klatkach ujrzał dziwne monstra. Gniewny, wpadł do klatki. Małpy w okamgnieniu obsiadły starego rycerza. Jego wrzaski zwabiły innych żołnierzy. Ujrzawszy niezwykły widok, wpierw stanęli zdumieni, potem zaczęli się gromko śmiać. Dopiero Roch uwolnił wuja z małpich uścisków. Zawstydzony Zagłoba postanowił w odwecie zdobyć pobliski kościół. Szwedzi szybko wywiesili białą chorągiew.

Zobacz też : Henryk Sienkiewicz - "Potop"

Modernizm

Joseph Conrad "Lord Jim"

Literatura okresu modernizmu. W Lordzie Jimie bitwa rozegrała się między piratami dowodzonymi przez Browna a oddziałem tubylców, dowodzonym przez Daina Warisa. Była to jednak bardziej rzeź niż walka. Ludzie Browna podpłynęli cichaczem pod obóz, przez Patusańczyków nie widziani. Kiedy napastnik uznał, że nadeszła sposobna chwila, dał rozkaz ataku. „Czternaście strzałów zabrzmiało jak jeden”. Padło wielu, zabitych i rannych, tubylców, „z tych, co ocaleli, nikt się nie poruszył czas dłuższy po salwie”. Wreszcie ktoś krzyknął. Potem „Ślepy, paniczny strach pędził rozkołysaną, ludzką gromadę wzdłuż brzegu tam i z powrotem”. Pirat rozkazał trzykrotnie strzelać. Dain Waris padł, trafiony w czoło. Potem napastnicy wycofali się równie cicho, jak przybyli. „To nie była rzeź zwykła, zdradziecka: ale surowa nauka, odwet – przejaw jakiejś ciemnej i utajonej cechy ludzkiej natury”.

Władysław Stanisław Reymont "Chłopi"

W Chłopach walka toczyła się o las. Kiedy ludzie w Lipcach dowiedzieli się, że na rozkaz dziedzica drwale rąbią las, pod przewodnictwem Macieja Boryny pobiegli na wyręb. Kobiety zaczęły rozwalać zbite z desek budy. Na pomoc drwalom przyszli ludzie z dworu „i zaraz z miejsca dopadłszy kobiet zaczęli je prać batami”, zachęcani do tego przez rządcę. Na ten widok chłopi rzucili się do walki. „Podniesły się wrzaski nieludzkie, przekleństwa, kwiki przetrąconych koni, jęki rannych, głuche a gęste razy kołów, szamotania chrapliwe i dzikie pokrzyki pobojowiska”. Dworscy bronili się i bili równie mocno, jak chłopi, ale stopniowo zaczęli się cofać. Widząc to rządca rzucił się ku Borynie, ale kilkadziesiąt rąk chwyciło go i obaliło z konia na ziemię. Boryna odgonił ludzi i zawlókł nieprzytomnego w bezpieczne miejsce. Potem „Skłębiło się wszystko z nagła (...) krzyk się podniósł straszny i taki zamęt, taki wir, że już nic nie było widno, kromie splatanych kup tarzających się po śniegach, kromie pięści walących z wścieklością, a czasem jakiś wydzierał się z kupy i uciekał kiej oszalały, ale nawracał wnet i z nowym krzykiem, z nową wściekłością rzucał się do bitki”. Dworscy i lipieccy „Prali się w pojedynkę i kupami, wodzili za orzydla, to za łby, gnietli kolanami”. Największe spustoszenie wśród chłopstwa siał potężny borowy. „Ale pod ten czas i naród brał górę, zwarli się, pomieszali kiej te liście, każden swojego ułapił, dusił, taczał się z nim po śniegu, a baby dopadały z boków i darły za kudły”. W końcu zaczęli zwyciężać.

Dworscy albo leżeli ranni, albo chyłkiem uciekali. Ostatkiem sił bronili się już tylko rębacze. Ludzie „Porzucali kije, cepy, widły, a zwarli się na moc, chłop z chłopem, pięść na pięść, siła na siłę, gnietli się tak ano, dusili, ozdzierali, kulali po ziemi, że już przymilkły wrzaski, a tylko ciężkie charczenia, klątwy a szamotania słychać było”. Poturbowany przez kobiety borowy zaczął skrzykiwać swoich, ale dojrzawszy Borynę, rzucił się ku niemu. Zaczęli się tarzać po ziemi, ale widać było, że przewagę ma borowy. W pewnym momencie trzasnął Macieja kolbą w głowę. Stary krzyknął i padł nieprzytomny na ziemię. Antek, który był tego świadkiem, rzucił się ku borowemu i dotąd tłukł nim o drzewo, aż tamten wyzionął ducha. Potem tak się zapamiętał w biciu, że trzeba było go uspokajać. „Bitka się skończyła i Lipczaki, choć zmordowani, pokaleczeni, okrwawieni, napełniali las radosną wrzawą”.

Dwudziestolecie międzywojenne

Stef Żeromski "Przedwiośnie"

W czasach XX-lecia międzywojennego w Przedwiośniu ukazał walki w Baku między Tatarami a Ormianami. W marcu 1918 roku Tatarzy zajęli miasto i osadzili w nim dwa tysiące ludzi. Tatarzy byli tym faktem przerażeni i przewidywali dla siebie jak najgorsze represje, ponieważ w 1905 roku dokonali na Ormianach straszliwej rzezi. I nie omylili się. „Ormianie spalili meczety wraz z tatarskimi kobietami i dziećmi (...) i od marca do września byli panami życia i śmierci, a raczej dyspozytorami samej śmierci Tatarów”. Ci z kolei zaczęli szukać pomocy z zewnątrz, u kalifa. Armia turecka wycięła w pień mieszkańców okolicznych wiosek i stanęła pod Baku. Miasta broniła angielska artyleria, a pułki ormiańskie były z kolei pod obstrzałem armat tureckich. „Czarne miasto naftowe stało się podwójnie czarnym: od dymu i kurzawy wojennej”.

Między mieszkańcami też rozgrywały się bitwy, „Tatarzy i Ormianie nie próżnowali w tym czasie, zagryzając się wzajemnie na śmierć i mordując, gdzie się tylko zdarzyło. Okazało się naocznie, że nie tylko rewolucjoniści, lecz i wszyscy inni mają w sobie żyłkę do rzezi”. We wrześniu „huk armat wzmógł się i rozpętał do swego zenitu”. Potem armia ormiańska wycofała się. Wojska tureckie wkroczyły do miasta. W centrum bronili się jeszcze Anglicy, ale wszyscy zostali wybici. „Po czym nastało piekło na tym dymiącym padole”. W ciągu czterech dni Tatarzy wymordowali kilka tysięcy ludzi różnych narodowości.

Literatura współczesna

Melchior Wańkowicz "Szkice spod Monte Cassino"

Literatura współczesna. W Szkicach spod Monte Cassino Wańkowicz przedstawił przebieg bitwy o włoskie wzgórze. Po wielu dniach zaciętych walk „Trupy i maki, słowiki i wycie webelwerefów, świetliki i świetlne pociski – tworzyły misterium, w którym nad zaklęśniętymi w głazach, miękkociałymi istnieniami chodziła śmierć”. Alianci uderzyli po raz pierwszy w styczniu 1944 roku. Po ostrzale pozycji niemieckich ruszyli poprzez bagna w dolinę. Jeden z pułków wylatuje w powietrze na ukrytych pod wodą minach. Nielicznej tylko grupie udaje się dostać na drugi brzeg, „gdzie uziemia ją ogień”. Na prawym skrzydle nacierali Francuzi. Niemcy wzięli ich w potrzask i przez pięć dni wybijali. Amerykanie próbowali wedrzeć się na wzgórze 593. Nie rozpoznali po mapie, że naprzeciw stoku wzgórze urywa się pionowo. Nie wiedzieli też, że w grotach ukryli się Niemcy, którzy zasypali ich granatami.

Alianci próbowali dostać się na Monte Cassino morzem. Dowódcy postanawiają ponownie spróbować zdobyć je przechodząc doliną. Drugie natarcie poniosło także klęskę. „Straszliwą potęgę ognia ściągnięto na te góry piekielne. (...) Obie strony podciągnęły się ku sobie, przywarły liniami”. !5 marca odbyło się najkrwawsze z natarcie. Klasztor bombardowali przez ponad trzy godziny. Do miasta wysłano piechotę hinduską „i już w miazdze domów zastali Niemców: przesiąkli. Zaczęła się rzeź po omacku”. Polegli wszyscy oficerowie hinduscy. Dwie kompanie wpadły pod ogień własnej artylerii. Ginie coraz więcej żołnierzy, ponieważ Niemcy założyli pola minowe. „Za naciśnięciem guzika giną całe kompanie”. 21 marca dowództwo powierzyło Korpusowi Polskiemu zdobycie masywu.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)