Pyszna zabawa dla całej rodziny

Oryginalna książka z przepisami kulinarnymi i nie tylko już w księgarniach.

 
"51 sposobów na pyszną zabawę rodziców i dzieci" Beaty Andrzejczuk to najnowsza propozycja Domu Wydawniczego Rafael. Książka opiera się na oryginalnym i bardzo ciekawym połączeniu tematyki kulinarnej z propozycjami zabaw i bajek dla dzieci. Dzięki niej gotowanie może stać się okazją do wspólnej zabawy rodziców z dziećmi przy kuchennym stole.

Ciasto z kryształkami

Wspaniała praca dla naszej wyobraźni zapewniona! Jeśli nasza pociecha ma gości, to tym lepiej. Potrzebna będzie jeszcze piłka. Dzieci siadają w kółeczku i rozpoczynają zabawę. Niech za przykład posłuży fragment, który przeniosłam na stronice tej książki prosto z dziecinnego pokoju.
– Idę przez park, cały czas prosto. Po drodze mijam plac zabaw, potem skręcam w lewo. Alejka jest szeroka – mówi jedno z dzieci. – Obok przejechał chłopak na rowerze. Nagle zatrzymuję się i patrzę. Co widzę? – kończy pytaniem swoją opowieść i turla piłkę do któregoś z uczestników zabawy.
– Widzisz małą dziewczynkę biegającą po trawie – może dopowiedzieć drugie dziecko. – Biegnie za czymś. Nie wiem za czym. Co to jest? – pyta i turla do kogoś piłeczkę. To zabawa w wymyślanie. Wszystko jest, na niby”. Każdy opowiada kawałek historii i kończy ją pytaniem. Osoba, do której podana zostaje piłeczka, musi odpowiedzieć na to pytanie i dopasować do niego dalszy ciąg historyjki i tak w kółko. A gdy dzieciom już się znudzi, zaprośmy je do kuchni na pyszne ciasto z kryształkami.

Krok po kroku

Składniki:
5 jajek, 1 szklanka cukru, 3 galaretki w różnych kolorach, torebka żelatyny, 1 margaryna

1. Do 3 szklanek nalać gorącej wody.
2. Do każdej szklanki wsypać galaretkę i dobrze wymieszać.
3. Pozostawić do wystygnięcia i stężenia.
4. Żelatynę rozpuścić w 1/2 l gorącej wody, dokładnie wymieszać i ostudzić.
5. Żółtka utrzeć z cukrem i margaryną (można mikserem).
6. Do utartych żółtek dodać ubitą pianę z białek i ostrożnie wlać zimną żelatynę. Wymieszać.
Uwaga! Trzeba to robić powoli, aby masa się nie zważyła.
7. Galaretki wyjąć ze szklanek i pokroić w drobną kosteczkę – kryształki.
8. Kawałki galaretki dodać do masy. Ostrożnie wymieszać.
9. Dno tortownicy wyłożyć herbatnikami.
10. Przełożyć wszystko do tortownicy i wstawić do lodówki na ok. 60 minut.
11. Po wyjęciu ciasta z lodówki można (ale nie trzeba) polać je polewą czekoladową lub inną.

Czy wiesz, że żelatyna, oprócz tego, że stosowana jest jako środek spożywczy, była niegdyś używana w przemyśle fotograficznym? Wykorzystywano ją do produkcji klisz fotograficznych! Obecnie stosowana jest także jako składnik wielu leków i kosmetyków.
Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?

Wymyśl zakończenie!
Jeśli dziecko nie ma gości i to my zajmujemy je zabawą, możemy wymyślać dokończenie historyjek podczas przyrządzania ciasta z kryształkami. Przyda nam się pomoc dziecka. Poprośmy, aby rozpuściło galaretki w wodzie i dokładnie wymieszało. Jeśli już potrafi, może pooddzielać żółtka od białek. Z całą pewnością będzie mogło wyłożyć blachę herbatnikami. Pamiętajmy, aby czynności, które wykonuje dziecko, były dostosowane do jego umiejętności i wieku. Nasza pociecha podczas prac w kuchni musi być bezpieczna.
Ciasto jest już w lodówce i musi tam przez jakiś czas pozostać. Na zakończenie przytoczę słowa małego chłopca, który bardzo lubi zarówno ciasto z kryształkami, jak i wymyślanie zakończeń różnych historyjek.
– Jadę motorem – powiedział chłopiec. – Bardzo szybko. Wyprzedzam wszystkich po drodze. Pokonuję kolejne zakręty – chłopiec zmarszczył zabawnie brwi, ręce ułożył tak, jak gdyby miał przed sobą najprawdziwszą kierownicę. – Uwaga! Zaczynam hamować. Motor staje z piskiem opon. Dobrze, że zdążyłem zahamować. Tuż przed sobą widzę... – i chłopiec poturlał piłeczkę prosto do ciebie i twojego dziecka. Czy potrafisz dokończyć? Co też takiego zobaczył chłopiec? Miłej zabawy!


Smakowita opowieść
Zimowy pejzaż
Jacuś oczekiwał zimy z mieszanymi uczuciami. Niby się cieszył, ale chyba bardziej obawiał. Zima, co roku witała go chorobą, zwykle anginą. Smutno mu było patrzeć, jak dzieciaki zjeżdżają z pobliskiej górki na sankach, z łyżwami przewieszonymi przez ramię udają się na lodowisko lub toczą bitwę na śnieżki. Rok w rok on obserwował te widoki jedynie przez szybę swojego pokoju. Gdy angina mijała, po śniegu nie było już zwykle ani śladu.
Ten rok nie zapowiadał nic innego. Na dworze jeszcze panowała jesienna plucha, a Jacek już zaczął gorączkować.
– To oznacza, że lada moment spadnie śnieg – zażartował tatuś, widząc smutną minę synka.
Chciał go jakoś rozweselić, bo zdawało się, że wobec zimowych chorób Jacka wszyscy stawali się bezsilni. Nie był to jednak fortunny żart. Chłopiec wybuchł płaczem, a mama spojrzała na tatę z bardzo rozgniewaną miną.
– Jak możesz w ten sposób żartować? – rzekła z wyrzutem i pobiegła po termometr. Wsadziła go Jacusiowi pod pachę i czekała. – No tak, ponad 38 stopni Celsjusza. Z samego rana musimy pójść do lekarza – powiedziała po dziesięciu minutach.
– Mamo – jęknął Jacek i otarł łzy – czy ja kiedyś będę mógł bawić się zimą, tak jak inne dzieci?
– Mam nadzieję, kochanie – odparła i pobiegła do kuchni zagrzać mleko z miodem.
Wszystko odbyło się dokładnie tak samo, jak przed rokiem.

* * *
Tatuś miał rację. Po trzech dniach spadł śnieg. Pokrył wszystko dookoła białą pierzynką. Chłopiec przycisnął nos do szyby. Dzieci zdążyły już wrócić ze szkoły i tłumnie wylegały na podwórko. Jedne ciągnęły saneczki, inne turlały wielkie śniegowe kule, aby ulepić z nich bałwana. A on miał spędzić w domu najmniej dwa tygodnie, wygrzewać się pod kołdrą, łykać te wszystkie kolorowe tabletki, pić słodkie syropy i herbatę z sokiem malinowym. Czy zima tak bardzo go nie lubiła? Czy się o coś na niego pogniewała? Nie, to było zupełnie pozbawione sensu. Pani doktor powiedziała, że trzeba wzmocnić odporność jego organizmu. No tak, ale to samo mówili też w poprzednich latach inni lekarze.
Przecież robię, co mogę – mamusia załamała ręce. – Pilnuję, żeby zakładał ciepłą czapkę i szalik. Kupuję witaminy, dbam, by spocony nie wychodził z domu... – wymieniała i pewnie długo by tak jeszcze mówiła, gdyby do gabinetu nie wpadła jak burza dziewczynka. Wyglądała na rówieśniczkę Jacka. Miała czerwone od zimna policzki, kurtkę oblepioną śniegiem i długi, kolorowy owinięty wokół szyi szalik.
– Jagoda! – zawołała pani doktor. – Ja jestem w pracy. Tyle razy prosiłam, abyś poczekała aż skończę przyjmować pacjentów lub chociaż zapukała.
– Oj, nie gniewaj się, mamuś – powiedziała wesoło dziewczynka. – Przyszłam tylko na chwilę. Zmienię spodnie na suche, bo te się przemoczyły, i biegnę z powrotem. Śnieg jest trochę mokry, ale jest wspaniale – mówiła. Potem grzecznie zwróciła się w stronę mamy: – Przepraszam, że przeszkodziłam – i już jej nie było.
– Pozwala jej pani wyjść na dwór? – zdziwiła się mama. – Tak – uśmiechnęła się pani doktor. – Jest piękna pogoda, dzieciaki chcą się nacieszyć śniegiem.
– Ale, ale... – dukała mama – ona była cała mokra. Rozchoruje się biedactwo – mama zapomniała zupełnie, że jest w gabinecie lekarskim. – Trzeba jej zrobić gorącej herbaty albo mleka z miodem i wygrzać ją pod ciepłą kołdrą – mówiła, a Jacuś pomyślał, że chyba role się odwróciły, skoro mama udziela porad lekarzowi.
– Nic jej nie będzie – śmiała się lekarka. – Tylko spodnie lekko przemoczyła. Zmieniła pewnie już na suche. Z tej mojej Jagody to niezły łobuziak. Pewnie znów na pupie zjeżdżała zamiast na sankach. Nie można jej upilnować – dodała, ale widać było, że się specjalnie na córkę nie gniewa. – Świeże powietrze, ruch i zabawy to najlepszy sposób na uodpornienie organizmu – dorzuciła jeszcze na koniec. – Życzę ci, Jacku, abyś szybko wyzdrowiał i mógł bawić się z dziećmi.
Po wyjściu z gabinetu mama miała dziwną minę. Ona też dbała, aby Jacek przebywał dużo na świeżym powietrzu, i nawet mówiła o tym pani doktor. Słowem jednak nie wspomniała, że gorzej się sprawy miały z tym ruchem i zabawami, bo wciąż syna upominała: „Nie biegaj, bo się spocisz!”, „Czy ty nie możesz spokojnie iść i oddychać świeżym powietrzem?” – i łapała Jacka za rękę, czego nie znosił, bo przecież był całkiem dużym chłopcem. Wolał już obiecać, że nie będzie biegał i wariował, byleby tylko nie trzymała go za rękę. A gdy zbliżała się zima, to mama już całkiem traciła głowę. Na wszystko musiał uważać, nawet podskakiwać wesoło nie mógł.
– Czy ty chcesz znów zachorować na anginę? – załamywała ręce. Jackowi wszystkiego się odechciewało.
* * *
To była ogromna niespodzianka. Któregoś dnia Jagoda zauważyła Jacka w oknie i pomachała do niego ręką, a potem najbliżej, jak to było możliwe, ulepiła wielkiego bałwana. Zaczęła też go odwiedzać, najpierw od czasu do czasu, a potem prawie codziennie. Mama przyjmowała ją bardzo miło, ale podejrzliwie przyglądała się z boku, czy Jagoda aby na pewno jest zdrowa. W głowie się jej nie mieściło, że można turlać się na śniegu, ba, nawet robić na nim, o zgrozo, orła, toczyć bitwy na śnieżki, mieć poluzowany szalik i nie chorować. A Jagoda, ku wielkiemu jej zdumieniu, była okazem zdrowia.
– Może ta lekarka ma rację – powiedział nieśmiało tato – że same spacery na świeżym powietrzu nie wystarczą.
– Co masz na myśli?
– Brak ruchu i zabawy – odparł tatuś. – Pozwólmy Jackowi na dworze się wyszaleć.
– Sama nie wiem – rozmyślała mama. – On jest przecież taki chorowity.
Nie zaprotestowała jednak, gdy Jagoda zaprosiła Jacusia na dwudniową wycieczkę w góry. Angina, podobnie jak śnieg w mieście, były już tylko wspomnieniem.
– Proszę mu pozwolić jechać – przekonywała mama Jagody. – Tak marzył o śniegu, a w górach leży jeszcze sporo. Przywiozę go całego i zdrowego – obiecywała.
I mama zgodziła się.
* * *
Zimowy pejzaż, który zobaczył Jacek, był nagrodą za wszystkie przebyte anginy. Słońce łagodnie oświetlało zbocza gór pokryte puszystym puchem. Na szybach domów mróz wyrzeźbił cudowne wzory. Gałęzie choinek uginały się pod grubymi warstwami śniegu.
– Pada śnieg, pada śnieg – zaśpiewała Jagoda i rzuciła śnieżką w choinkę, pod którą stał Jacuś.
– Ja ci dam! – zawołał roześmiany chłopiec i puścił się w pogoń za dziewczynką.
Tego dnia stoczyli niejedną bitwę na śnieżki, zjeżdżali na sankach, spacerowali po górach i tarzali się w śniegu. Mama Jagody pilnowała tylko, żeby nie mieli przemoczonych ubrań. W górach trzymał jednak mróz i śnieg był suchy. Najpiękniejsze było dla Jacka to, że mógł cieszyć się wszystkim do woli.
Po powrocie mama, widząc jego rumiane policzki i wilczy apetyt, powiedziała tylko:
Chyba będę musiała cię częściej puszczać na takie wyprawy z Jagodą. Nie wygląda na to, żebyś miał zachorować na anginę, chociaż zapowiadają kolejne opady śniegu.
– W takim razie nacieszę się jeszcze zimowym pejzażem na własnym podwórku – odparł Jacek i zabrał się do pochłaniania kanapek, bo mimo, że mieli ze sobą w górach prowiant, to i tak był bardzo głodny.


Powyższy tekst stanowi fragment książki Beaty Andrzejczuk, "51 sposobów na pyszną zabawę rodziców i dzieci", Dom Wydawniczy Rafael, 2005
Uwaga, uwaga, uwaga!

Konkurs zakończony. Oto lista zwycięzców:
1. Marta Rolińska, Warszawa

2. Małgorzata Kostrzewa, Otwock

3. Klaudia Mazurek, Bydgoszcz

4. Banduch Joanna, Świętochłowice

5. Mateusz Laszczak, Bielsko-Biała

Gratulujemy!
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)