Marczakowie mają misję

Z cyklu: "Pod prąd".

fot. AKPA
Nic mnie tak nie drażni jak bajdurzenie polityków. W końcu to nie tylko przedstawiciele narodu, ale i ludzie przez ten naród opłacani. Wybrałam, płacę i wymagam, chciałoby się powiedzieć.

W mijającym tygodniu wicemarszałek sejmu Krzysztof Putra ubolewał nad ewentualną likwidacją abonamentu telewizyjnego przez obecną większość parlamentarną. Dowodził, że telewizja nie będzie mieć szansy spełnienia swojej kulturowej i edukacyjnej misji.

Aby się przekonać, co stracę, gdy przestanę płacić, postanowiłam prześledzić program telewizyjnej Dwójki. Na warsztat wzięłam poniedziałek i czwartek, choć mógłby to być każdy inny dzień, bo oferta jest bardzo podobna. "Statkiem miłości" wpłynęłam w nowy tydzień. Był poniedziałek 5.25. Okropnie mnie męczył w czasie śledzenia niezwykle frapujących losów bohaterów kolega Morfeusz, ale czego się nie robi dla kultury i edukacji.

Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?
W ciągu dnia seriale zajęły około 7 godzin programu. Był i jeden z początkowych odcinków "M jak miłość", i kolejna już emisja (nie mylić z misją) Dr Quinn", i "Złotopolscy" powtórkowi, i też nie pierwszy raz "Pogoda na piątek" i oczywiście 537 "M jak miłość" (sorry, że nie wymieniłam wszystkich). Osoby odpowiedzialne za program wiedzą, że telewidz przynajmniej raz na pół roku powinien przypomnieć sobie każdy dobry uczynek Marii Zduńskiej (dlatego są ranne powtórki), zachwycić się kunsztem aktorskim panów Mroczków i Kasi Cichopek, a wieczorem pokibicować Hance, która już nie ma siły do Marka. A poza tym, niech młódź wie, kto to jest doktor Quinn i jakie miewa problemy w małym miasteczku na Dzikim Zachodzie. Kultura wymaga poświęceń.

Kolejne pozycje zajęły: poradniki 25 minut, reportaż interwencyjny jedną godzinę, rozrywka godzinę... kulinaria godzinę, talk-show też godzinę. Większość marnej jakości, no może poza ekspresem reporterów, który od dawna trzyma poziom. Program artystyczny od 1.30 do 2.50, obejrzałam podpierając oczy zapałkami, ale czego się nie robi dla sztuki.

Podobnie wyglądał czwartek. O 0.55 zafundowano telewidzom film polski "Warszawa". Kto wytrwał, ten z pewnością nie żałuje. Ale za to „Barwy szczęścia” na brak reklamy i specjalnej oprawy narzekać nie mogą. Gdy kończy się lista płac pierwszego odcinka, pan zza kadru informuje "właśnie rozpoczęliśmy... odcinek...", tak, aby widz niczego nie przegapił. A wszystko z powodu misji.

W odcinku czwartkowym twórcy również stanęli na wysokości zadania. Był i konflikt pokoleń, i dąsy zakochanych, i rodzicielskie kary. Była także jazda samochodem z Zakrzewia na Zaciszną, a właściwie "Pod sosny". Pannie Julii oraz pani reżyser przypominam uprzejmie, że samochodem jeździmy w zapiętych pasach. To dla bezpieczeństwa i dla udowodnienia, że telewizja spełnia także funkcję edukacyjną. Tak przynajmniej mówił Pan Marszałek.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)