Małe, coraz mniejsze

Czy telefon komórkowy może być jeszcze mniejszy? A może doszliśmy już do granic miniaturyzacji?

Miniaturyzacja – to słowo robi karierę od ponad 30 lat. Faktycznie – w latach 70. było co zmniejszać. Właśnie kończyła się epoka komputerów, które zajmowały spory pokój i odmawiały współpracy, gdy temperatura w klimatyzowanym pomieszczeniu różniła się o kilka stopni od optymalnej. Zamiast nich pojawiały się maszyny takie jak francuski Micral, pierwszy znajdujący się w sprzedaży mikrokomputer, który co prawda był tylko skrzynką z rzędem przełączników i diod, ale w 1973 roku rozpoczął wielką rewolucję informatyczną.

Podziw budziły elektroniczne kalkulatory kieszonkowe, które potrafiły wykonać cztery podstawowe działania i wyświetlić wynik dzięki czerwonym diodom świecącym. Trwały prace nad pierwszymi komputerami osobistymi, które komunikowały się z użytkownikiem w sposób przypominający współczesny – przyjmowały polecenia wprowadzane z klawiatury i wyświetlały na ekranie wyniki swojej pracy.

Później, w pierwszej połowie lat 80., ruszyła walka o zmniejszenie komputera jeszcze o jeden stopień i zbudowanie maszyny naprawdę przenośnej. Najpierw przenośnym nazywano komputer mieszczący się w sporej walizce (Compaq Portable z 9-calowym czarno-zielonym monitorem), potem już tylko wielkości wyjątkowo dużej encyklopedii (GRiD Compass 1100, który latał w kosmos wraz z pierwszymi wahadłowcami), aż wreszcie w połowie lat 90. osiągnięto rozmiar zbliżony do współczesnych laptopów.
W ten sposób "spakowano" wiele urządzeń – kalkulator zmieścił się w zegarku, magnetofon stał się walkmanem, a telefon – komórką.
Jednak potem pęd jakby osłabł, a od pięciu, sześciu lat nie pojawiają się raczej spektakularnie małe urządzenia. Czy to znaczy, że w pierwszej dekadzie XXI wieku zmniejszyliśmy już wszystko, co się dało, i zabawa się skończyła?

Faktycznie, pewien etap zmniejszania mamy już za sobą. Telefony, odtwarzacze mp3 czy aparaty fotograficzne nie skurczą się już wiele, ale nie z powodu ograniczeń technologii, lecz ergonomii. Już dziś wiele osób narzeka, że trudno jest precyzyjnie wciskać klawisze komórek, a tytuły piosenek wyświetlane przez odtwarzacze mp3 często wygodniej czytać przez lupę. Dalsze zmniejszanie obudowy nie ma po prostu sensu.
Ale miniaturyzacja nadal ma się dobrze, tyle że przestała być widoczna. Zmiany przeniosły się do wnętrza urządzeń, a widać je dopiero, gdy przeczytamy specyfikację techniczną kolejnego gadżetu.

Mój pierwszy telefon komórkowy (pancerna Motorola z 1997 roku) nie różnił się specjalnie rozmiarem od mojej obecnej komórki. Fakt, był cięższy, ale zrzucenie 50 gramów przez 10 lat trudno uznać za rewelacyjny wynik. Co więc się zmniejszyło?
Pierwsza widoczna od razu zmiana to wyświetlacz. Motorola pokazywała dwa rzędy oczywiście czarnych liter na jasnym tle, poruszanie się po tekstowym menu było szczególną sztuką. Jak wyglądają ekrany współczesnych komórek, wiedzą wszyscy. Zamiast dwóch kolorów mamy ich 262 144 (czyli 2 do 18. potęgi), wyświetlacz mieści prawie 80 tysięcy punktów, a menu to miniaturowe dzieło sztuki graficznej.
Zmniejszyły się najdrobniejsze elementy składowe układów scalonych – tranzystory. Pierwsze procesory zbudowane na początku lat 70. składały się z około czterech tysięcy tranzystorów. Dziś na takiej samej powierzchni potrafimy zmieścić kilkaset milionów elementów. Efekt to oczywiście wzrost złożoności i możliwości obliczeniowych układu. Co to oznacza dla nas?
Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?

10 lat temu jedyną funkcją telefonu było łączenie się z siecią GSM. Można było rozmawiać i wysyłać SMS-y. Dziś w obudowie podobnej wielkości poza układem odpowiedzialnym za komunikację z siecią komórkową upchnięto między innymi:
– moduł nadajnika, odbiornika i anteny systemu Blue-tooth, który pozwala na bezprzewodowe przesyłanie danych na odległość 10 metrów z prędkością nawet 2,1 megabita na sekundę – 60 razy szybciej niż połączenia z Internetem sprzed dekady;
– aparat fotograficzny z matrycą pięciu megapikseli, lampą błyskową i zaawansowanymi funkcjami obróbki, przechowywania i prezentacji zdjęć;
– kolejny moduł nadajnik/odbiornik/antena obsługujący standard sieci bezprzewodowych wi-fi. Tu zasięg to ponad sto metrów, a szybkość transmisji – aż 54 megabity (ponad 1600 razy szybciej niż przed dekadą);
– zintegrowany z procesorem telefonu układ wspomagający wyświetlanie grafiki trójwymiarowej w grach (jakość obrazu tworzonego przez taki moduł często przewyższa to, co potrafiły pokazać komputery domowe sprzed 10 lat);
– czytnik pozwalający na obsługę kart pamięci o pojemności czterech gigabajtów – pięć razy większej niż komputerowe twarde dyski sprzed dekady;
– moduł nawigacji satelitarnej GPS pozwalający określić nasze położenie w dowolnym punkcie Ziemi z dokładnością do około trzech metrów.

Jeśli ktoś jeszcze miałby wątpliwości co do postępów miniaturyzacji, to powyższe zestawienie czyni ze współczesnej komórki kieszonkowy komputer o mocy porównywalnej z maszynami, jakich używało się w biurach w 1997 roku.
Naturalnie prace trwają nadal – obecnie jednym z najpoważniejszych wyzwań jest udoskonalenie wbudowanego aparatu fotograficznego. Chodzi przede wszystkim o opracowanie obiektywu, który będzie na tyle mały, tani i wytrzymały, by nadawał się do telefonów komórkowych. Do tej pory żaden z producentów nie znalazł zadowalającego rozwiązania – niemal wszystkie zdjęcia z komórek przypominają niewyraźne i blade fotografie z drugiej połowy XIX wieku.

Ale wiele wskazuje na to, że wkrótce czeka nas znacznie większa rewolucja – kolejne radykalne zmniejszenie rozmiarów sprzętu elektronicznego. Pierwszym sygnałem może być pojawianie się modeli telefonów komórkowych całkowicie pozbawionych klawiatury. Jak to możliwe? Do nawigacji po menu wystarczy proste pokrętło, a wywoływanie numerów z książki telefonicznej odbywa się dzięki poleceniom głosowym. Tego typu telefon jest niewiele większy od paczki gumy do żucia, a większą część obudowy zajmuje wyświetlacz. Zapewne więc kolejnym krokiem będzie usunięcie właśnie tego elementu – w końcu obraz nie jest niezbędny do prowadzenia rozmowy. Nietrudno sobie wyobrazić telefon komórkowy, który w całości zmieści się we wkładanej do ucha słuchawce. Oczywiście nie będzie już tradycyjnego menu, a aparat będzie reagował na głos właściciela i odpowiadał krótkimi komunikatami głosowymi.

Trudno powiedzieć, czy taka radykalna rezygnacja z dobrze znanego interfejsu graficznego się przyjmie. Jeśli nie, to być może wysiłki inżynierów pójdą w kierunku budowy miniaturowych ekranów wbudowywanych w okulary? A może obraz będzie rzutowany wprost na siatkówkę oka lub zdołamy się podłączyć wprost do nerwu wzrokowego? Tak czy inaczej, przed specjalistami od miniaturyzacji jest jeszcze mnóstwo roboty.

Piotr Stanisławski/ Przekrój
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)