Magazyn życia

To, kim jesteśmy, nasze miejsce na świecie, określa nasza pamięć. Jak przechowuje się gigantyczną ilość danych i co się dzieje, gdy mechanizm pamięci zawodzi?

Proces zapamiętywania to bardzo złożona operacja. Informacja trafia do naszego mózgu przez jeden ze zmysłów, czyli "kanałów wejściowych". Najpierw dostaje się do tak zwanej pamięci sensorycznej. Mieści się w niej gigantyczna ilość danych – niemal wszystkie doznania, każdy szczegół obrazu, który widzimy, czy każdy dotyk, jaki czujemy. Dzięki tej pamięci mózg w procesie percepcji może wydobyć z nadchodzących bodźców możliwie dużo przydatnych informacji.
Jednak taki ogrom sygnałów może być przechowywany bardzo krótko – ocenia się, że pamięć sensoryczna jest czyszczona po blisko pół sekundy. Kolejnym etapem jest przekazanie wyselekcjonowanych przez mózg informacji do pamięci krótkotrwałej – tej, której używamy, wybierając numer telefonu czy zapamiętując na chwilę nazwisko, które mamy zapisać. Ten rodzaj pamięci wymaga stałego podtrzymywania – by wykręcić numer telefonu, który odczytaliśmy z notatnika, musimy go stale powtarzać w myślach. Wystarczy, by nowy bodziec odwrócił naszą uwagę, a zawartość pamięci krótkotrwałej bezpowrotnie znika.

Informacje stają się bezpieczniejsze dopiero wtedy, gdy trafią do pamięci trwałej. Jednak by przenieść tam dane, mózg musi je poddać specjalnemu kodowaniu. Gdy chcemy się nauczyć numeru telefonu, powtarzamy go w myślach kilkadziesiąt razy, próbujemy znaleźć w nim jakieś szczególne elementy – powtórzenia czy sekwencje liczb albo skojarzenia z innymi znanymi już numerami. To jeden ze sposobów na skompresowanie danych – mózg stara się wykorzystać istniejące już ślady pamięciowe, upraszczając w ten sposób cały proces. Złożone zadanie zapisania informacji wykonuje specjalna struktura mózgu – hipokamp. To dwa niewielkie fragmenty tkanki nerwowej położone w płacie skroniowym kory mózgowej kresomózgowia obu półkul. Hipokamp zajmuje się "tłumaczeniem" danych przepływających z pamięci krótkotrwałej do trwałej. Jego funkcją jest też filtrowanie informacji dostarczanych przez zmysły – dzięki jego pracy nie tracimy kompletnie orientacji podczas jazdy samochodem czy idąc ruchliwą ulicą. Wiedzę o związku hipokampu z pamięcią zawdzięczamy pechowi pewnego mężczyzny znanego medycynie jako Henry M. Urodził się on w 1926 roku i przez pierwsze 16 lat swojego życia niczym nie wyróżniał się spośród rówieśników. Jednak w 1942 roku zaczęły się u niego pojawiać nawracające ataki epilepsji. Początkowo były dość rzadkie, jednak gdy Henry miał 27 lat, choroba stała się tak uciążliwa, że zdecydował się poddać nowatorskiej operacji mózgu. 25 sierpnia 1953 roku doktor William Scoville usunął pacjentowi fragmenty tkanki mózgowej, które rozpoznano jako ognisko ataków padaczkowych.

Po zabiegu życie Henry’ego M. całkowicie się zmieniło – padaczka ustąpiła, ale pojawił się zupełnie inny problem. Henry był w stanie zapamiętać tylko to, co działo się kilka minut temu. Gdy coś odwróciło jego uwagę, informacje bezpowrotnie znikały z jego pamięci. Nie poznawał ludzi, którzy przedstawiali mu się kilka minut wcześniej. Nie miał pojęcia o swoim położeniu i stale dopytywał się, dlaczego przebywa w szpitalu. Mimo tych niezwykłych objawów Henry M. wciąż pamiętał to wszystko, co zdarzyło się przed pechową operacją. Poznawał bliskich, zachował wszystkie wcześniej zdobyte umiejętności, a jego charakter pozostał niezmieniony. Strukturą mózgu, którą usunęli chirurdzy podczas feralnej operacji, był właśnie hipokamp. Odtworzenie szczegółów zabiegu pozwoliło lekarzom powiązać konkretne fragmenty tkanki mózgowej z pełnioną przez nie funkcją.

Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?

Okazało się, że to hipokamp odpowiada za proces kodowania, jaki odbywa się przy przenoszeniu informacji z pamięci krótkotrwałej do trwałej, czyli za zapamiętywanie. Ponieważ Henry M. nie miał problemu z przypominaniem sobie wcześniej zakodowanych informacji, stwierdzono, że za przywoływanie wspomnień odpowiadają inne fragmenty mózgu. W ludzkiej pamięci najbardziej cenimy trwałość – "masz dobrą pamięć" oznacza: "pamiętasz coś długo i ze szczegółami". Wiele osób, ucząc się do sesji egzaminacyjnej, marzy o pamięci absolutnej, która pozwoliłaby zachować i przywołać wszystko, co czytamy czy słyszymy. Istnieją ludzie zapamiętujący w ten sposób, jednak ta cecha staje się raczej koszmarem niż błogosławieństwem.
Najsłynniejszym z nich był pan S., jak nazywał go w swoich pracach rosyjski psycholog Aleksander Łuria. S. to w rzeczywistości Solomon Szereszewski, rosyjski dziennikarz, który stał się sławny po tym, gdy w połowie lat 20. ubiegłego wieku odtworzył z pamięci słowo w słowo przemówienie, podczas którego nie zezwolono na robienie notatek. Równie zdumiony jak słuchający go ludzie był sam Szereszewski, który do tego momentu uważał, że taką samą zdolność zapamiętywania mają wszyscy ludzie.

Badania wykazały, że u pana S. występowała synestezja, czyli wymieszanie doznań dostarczanych przez różne zmysły. Gdy Szereszewski słyszał słowa czy liczby, pojawiały się one w jego mózgu w postaci barw, dźwięków czy zapachów. Taki natłok bodźców w połączeniu z wyjątkowo bogatą wyobraźnią sprawiały, że mężczyzna zapisywał w pamięci docierające do niego informacje, właściwie ich nie filtrując. Co ciekawe, wyraźnie utrudniało mu to codzienne życie. Napływające z pamięci skojarzenia były tak silne, że często niemożliwe stawało się czytanie – zamiast pojmować treść całych zdań, Szereszewski zatrzymywał się na pierwszych słowach, nie mogąc uwolnić się od związanych z nimi wspomnień. W testach inteligencji mężczyzna wypadał co najwyżej średnio, mając wyraźny problem z zapamiętywaniem i rozumieniem pojęć abstrakcyjnych.
Odkrycie niezwykłych zdolności pana S. było dla niego początkiem końca. Gdy stał się znany, zaczął zarabiać, występując publicznie i zapamiętując niezwykle długie ciągi liczb czy wiersze w nieznanych mu językach. Okazało się jednak, że ceną za fenomenalną pamięć jest niezdolność do zapominania informacji. Stopniowo przeładowanie pamięci w zasadzie uniemożliwiło Szereszewskiemu życie. Mężczyzna nie mógł odróżnić rozmowy prowadzonej pięć minut temu od takiej, która zakończyła się pięć lat temu – obie pamiętał równie dokładnie. Ostatnie lata życia Solomon Szereszewski spędził w szpitalu dla psychicznie chorych. Okazuje się więc, że zapominanie jest równie ważne jak zapamiętywanie. Blaknięcie wspomnień pozwala na zachowanie właściwej perspektywy czasowej i przeżywanie zdarzeń stosownie do ich wagi.

Jest jednak grupa śladów pamięciowych, które mimo upływu czasu pozostają niemal tak samo świeże jak na początku. To tak zwane wspomnienia fleszowe związane z bardzo silnymi, zwykle gwałtownymi przeżyciami. Jak twierdzi Daniel Schacter, psycholog z Uniwersytetu Harvarda, ten mechanizm jest ewolucyjną pozostałością po naszych przodkach. – Traumatyczne wspomnienia są często skutkiem przeżyć zagrażających naszemu zdrowiu lub życiu – wyjaśnia psycholog. – Warto było dobrze zapamiętać takie sytuacje, by ich potem unikać.

Jednak największe niespodzianki potrafi sprawiać pamięć wtedy, gdy nikt nie spodziewa się kłopotów. Zwykle odbieramy pamięć jako coś zbliżonego do zapisu wideo – może niepełnego, z czasem blaknącego, ale wiernie odtwarzającego przeszłość. To zupełnie błędne założenie.
Okazuje się, że rzeczywistość ulega zniekształceniu na każdym etapie pracy ludzkiej pamięci. Już samo zapamiętywanie wprowadza błędy wynikające z kontekstu sytuacji. Zdenerwowanie i stres ograniczają zapamiętywanie szczegółów – pamiętamy tylko ogólne okoliczności napadu, którego jesteśmy ofiarą. Detale takie jak twarze czy ubiór napastników niemal zawsze nam umykają. Jednak największym zmianom ulega informacja podczas wydobywania jej z głowy. Wspomniany napad będziemy musieli wielokrotnie opisywać – policji, rodzinie, znajomym. Pierwszy przekaz będzie najwierniejszy, ale i najmniej atrakcyjny. Pamiętamy tylko ogólny zarys sytuacji, główne okoliczności i nasze emocje. Jednak w trakcie opowieści zapewne dodamy jakieś szczegóły, by brzmieć bardziej wiarygodnie i poważnie. Nasz mózg postara się uzupełnić luki, wypełniając je informacjami, które jego zdaniem dobrze pasują. Może napastnik był ubrany w dres – wielu takich kręci się po osiedlu. No i na pewno był potężnie zbudowany – jakiegoś chuchra bym się nie przestraszył. W ten sposób tworzymy zupełnie nowy obraz – własną rzeczywistość, która w tej formie nigdy nie istniała. Tak zmienione wspomnienia znowu ładujemy do pamięci, nie zdając sobie sprawy, że już je zniekształciliśmy. Przy kolejnym opowiadaniu znowu dodamy ciekawe szczegóły, jeszcze bardziej oddalając się od prawdy.
Ten mechanizm fałszywych wspomnień stanowi ogromny problem w dochodzeniu prawdy podczas przesłuchań. Nie pomoże tu żaden wykrywacz kłamstw – w końcu zeznający nie kłamie, tylko w dobrej wierze odtwarza to, co znajduje się w jego pamięci. Nie jest w stanie oddzielić oryginalnych informacji od tego, co dodał później.

Jeszcze bardziej niebezpieczny może być nieświadomy mechanizm przenoszenia wspomnień. Badania pokazują, że mózg sam może uzupełniać luki w pamięci, wykorzystując elementy innych sytuacji. Może się zdarzyć, że wyjątkowo dokładny opis twarzy napastnika w rzeczywistości jest opisem wyglądu człowieka, na którego zwróciliśmy uwagę niedługo przed napadem. Może to być osoba widziana na przystanku autobusowym lub nawet na ekranie mijanego w witrynie sklepu telewizora. Jej obraz zostaje "wklejony" w brakujące we wspomnieniu miejsce, a my zupełnie tego nieświadomi możemy oskarżyć niewinnego człowieka.

Jest jeszcze jedno niezwykłe zjawisko dziejące się na granicy mechanizmów pamięci. To silne poczucie, że to, co się dzieje, już kiedyś miało miejsce – déja` vu. Okazuje się, że 96 procent ludzi miewa takie wrażenie i że u wszystkich przebiega ono tak samo. Pojawia się nagle i trwa kilka sekund – nie sposób go zatrzymać ani świadomie wywołać. Dotyczy zawsze całości sytuacji, w której się znajdujemy. Choć jesteśmy przekonani, że "to już było", nie możemy stwierdzić, kiedy miało miejsce to rzekomo wcześniejsze wydarzenie. Próby wyjaśnienia zjawiska sięgają starożytności, jednak dopiero najnowsze badania struktur mózgu podsuwają prawdziwe rozwiązanie zagadki. Naukowcy twierdzą, że powód leży we współdziałaniu dwóch półkul mózgowych. Pracują one w znacznym stopniu niezależnie, oddzielnie śledząc świat i rejestrując wydarzenia. To, że nie czujemy się, jakbyśmy mieli dwa mózgi, jest tylko zasługą błyskawicznej wymiany danych między półkulami. Normalnie półkula dominująca (zazwyczaj lewa) dostaje bez przerwy informacje od prawej – podległej. Pojawiają się one niemal równocześnie z danymi "obrabianymi" na miejscu i razem są zapisywane w pamięci.

Zdarza się jednak, że ta komunikacja na moment zawodzi i dominująca półkula otrzymuje informacje z liczącym ułamki sekund opóźnieniem. Interpretuje je wtedy jako sygnały dwóch niezależnych wydarzeń, jednak różnica czasu dotarcia danych jest zbyt mała, by zapisać je w pamięci. Dlatego właśnie nigdy nie możemy sobie przypomnieć, kiedy uczestniczyliśmy w tej sytuacji. Przypomina to trochę jednoczesne oglądanie filmu na dwóch ekranach, z których jeden ma niewielkie opóźnienie. Mózg zaczyna głupieć i stara się jakoś wytłumaczyć dziwne zjawisko.
Dopiero zaczynamy poznawać dziwne mechanizmy dotyczące działania ludzkiej pamięci. Szczegóły procesów zapamiętywania, przypominania i zapominania możemy od niedawna obserwować dzięki nowym technikom obrazowania pracy mózgu, więc należy się spodziewać, że w ciągu kilkunastu najbliższych lat usłyszymy o szeregu odkryć z tej dziedziny. Może dzięki nim wkrótce nie będziemy już musieli wkuwać dat czy słówek?

Aleksandra Kowalczyk/ Przekrój Nauki
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
Kinia/9 lat temu
Chce wyzdrowieć z tej choroby to mi daje smutek w życiu mysle o mojej przyszłości by mieć szczenscie i radość