Madagaskar

Zwierzę nie jest rzeczą. Zwierzę jest mieszczuchem!

 
Dzisiejszy film animowany koniecznie chce zaskakiwać oryginalnością. Może więc i dobrze, że twórcy „Madagaskaru” ścigać się na siłę nie próbują – postawili po prostu na sympatycznych bohaterów (świetna żyrafa hipochondryczka i pingwiny jakby wyjęte z filmu o Jamesie Bondzie), błyskotliwe dialogi i niegłupią fabułę.
Grupa zaprzyjaźnionych zwierząt z zoo w Nowym Jorku dość przypadkowo trafia do głuszy na Madagaskarze, gdzie czuje się znacznie gorzej niż w nienaturalnych przecież, zoologicznych warunkach.
W konflikcie natura–cywilizacja „Madagaskar” wyraźnie opowiada się więc po stronie cywilizacji, ale – co w tej bajce najciekawsze – spojrzeć można też na filmowe zoo inaczej. To przecież współczesna cywilizacja kupna-sprzedaży w pigułce! Tu przychodzi się po atrakcje. Rodzice kupują dzieciom bilety, więc chcą być zaskakiwani. Już nie wystarczają egzotyczne zwierzęta – każde z nich musi wykonać swój popisowy numer i konkurować z innymi o chwilę uwagi, w czym liczy się i świetny wygląd (lew Alex ma nawet swoich stylistów), i publicity. Za chwilę atrakcje się nudzą, rodziny wychodzą z zoo, zostawiając górę śmieci, a lew może dostać swój stek i odpoczywać w podgrzewanym łóżku.
I właśnie za takim życiem tęsknią pośród dziczy ekranowe zwierzęta. Są wygodnymi mieszczuchami? Są. Ale czy trudno im się dziwić?

Igor Kościelniak/ Przekrój

„Madagaskar”, reż. Eric Darnell, Tom McGrath, USA 2005, UIP
Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)