Jak przekazywać dziecku polecenia?

W kontakcie z dzieckiem, oprócz treści komunikatu liczy się, przede wszystkim, jego forma. Dziecko dużo chętniej wykonana polecenie sformowane jako komunikat typu "my" ("umyjemy zęby"), niż komunikat typu "ty" ("posprzątaj pokój"). Zobacz, jakich innych sformułowań unikać w wychowaniu.

Jak przekazywać dziecku polecenia? fot. Fotolia

Nie dla słówka „nie”

Gdy małe dziecko słyszy słowo »nie«, czuje się odrzucone. Powinniśmy możliwie rzadko używać tego słowa. Te słowa usłyszałam od doświadczonej przedszkolanki wiele lat temu, gdy moje własne córki były jeszcze w wieku przedszkolnym. Przestraszyły mnie one wówczas i wydały mi się radą zupełnie niewykonalną. Wyznaczać granice, a jednocześnie nie mówić (lub prawie nie mówić) słowa „nie”? To przecież w praktyce zupełnie niewykonalne!Z biegiem lat przekonałam się, że jest to wprawdzie trudna, lecz bardzo mądra rada, tyle że należy traktować ją swobodnie, raczej jako rodzaj kierunkowskazu. Na pierwszym planie powinno być bowiem wszystko to, co dziecku wolno.

Sztuka chwalenia

Gdy maluch chce pomagać przy nakrywaniu stołu, to warto jego entuzjazm wykorzystać i poprosić o noszenie przedmiotów nietłukących się. Gdy usiłuje wciąż „porządkować” książki na półkach regału, to (niezależnie od wszystkich metod odwracania uwagi) można mu dać do dyspozycji odrębną półkę na jego własne książeczki. Gdy myjąc rączki, okropnie nachlapał, ale przy tym znakomicie powiesił ręcznik na wieszaku, to warto przede wszystkim podkreślić ten ostatni fakt.Oprócz gordonowskich przekazów typu „ty” i przekazów typu „ja” istnieje jeszcze trzeci rodzaj. O tym, że jego działanie na małe dzieci jest wprost magiczne, przekonałam się już podczas moich pierwszych praktyk w przedszkolu waldorfskim. Jest to przekaz typu „my”, na przykład: „My wieszamy płaszcze na wieszakach”; „U nas podczas jedzenia siedzi się przy stole”; „Teraz umyjemy zęby”.

Przekaz typu my

Przekaz typu „my”, po którym od razu przechodzimy do akcji, działa też bardzo skutecznie (w odróżnieniu od długich i abstrakcyjnych wyjaśnień) w sytuacjach, gdy zachodzi – jakże częsta – rozbieżność między chęciami dziecka a zamierzeniami wychowawcy. Najlepszym sposobem uspokojenia małego dziecka i powstrzymania jego nazbyt aktywnych rączek (na przykład w sytuacji konfliktu z innym dzieckiem) jest zbliżenie się do niego, otoczenie ramieniem, położenie dłoni na głowie, czyli kontakt fizyczny. Jest to o wiele skuteczniejszy i milszy dla dziecka sposób wyznaczenia granicy jego poczynaniom niż zakaz werbalny rzucony „winowajcy” z drugiego kąta pokoju. Ważne jest poza tym i to, by „ofiarę” zajścia pocieszyć wspólnie ze sprawcą konfliktu.

Zobacz też: Historia wychowania w XX wieku

Mama na rynku pracy

Sposoby wyrażania dezaprobaty

Gdy chcemy okazać naszą dezaprobatę, bo dzieci zrobiły coś, czego zdecydowanie robić nie powinny, możemy zamiast zwykłego, nudnego łajania i narzekania wyrazić to w formie jakiegoś oryginalnego wykrzyknika pozbawionego logicznego sensu, a za to pełnego łagodnego humoru. Nie treść, lecz ton wyraża wtedy nasze emocje. Na przykład: „A to mi dopiero marmolada z powideł!”, „Jejciu mina, ciocia Wilhelmina!”, „O, o, trula bula!”. Możliwości są niewyczerpane. Doświadczenie uczy, że takie wykrzykniki robią na dzieciach wielkie wrażenie, bo ich skuteczność jest dodatkowo wzmacniana przez unikalność sformułowań...

Gdy ktoś przeszkadza

Podczas pracy z grupą maluchów – na przykład w przedszkolu – nierzadko zdarza się tak, że któreś dziecko jest przez cały dzień w nastroju „psucia zabawy innym”. Co można zrobić, gdy nie pomagają żadne próby uspokojenia dziecka i gdy co chwila dzieje się w grupie coś, co zmusza wychowawcę do natychmiastowej akcji ratowniczej? Każdy z wychowawców dochodzi z biegiem czasu do własnych sposobów. Niektóre z nich są bardzo ciekawe.Henny Sweers, jedna z pierwszych przedszkolanek waldorfskich w Holandii, wytrzepywała w takich przypadkach krasnoludka... Otwierała wówczas szeroko drzwi wiodące z lokalu przedszkolnego do ogródka i spokojnie, z wielką uwagą i starannością wytrząsała z rękawów, spod swetra i z nogawek spodni dziecka owego „nieznośnego krasnala winowajcę, który tak strasznie przeszkadzał wszystkim dzieciom w zabawie”. Sposób ten – z którego korzystała zresztą bardzo rzadko – był niezawodny. „Właściciel” krasnala odczuwał od razu wielką ulgę. To było widoczne, bo jak mawiała Henny, „To nie dziecko jest winne, tylko jego krasnoludek, czyli siły, nad którymi jeszcze nie panuje”.

Humor w wychowaniu

Humor i kreatywność rodziców pomagają skutecznie przełamać niejeden długotrwały impas. Paulien Bom opisuje we wspomnianej wyżej książce przykłady takich oryginalnych rozwiązań chronicznych problemów. Przytoczę tu dwie historie. Pierwsza jest o dziewczynce, która nie mogła się rozstać ze smoczkiem:

Rodzice uznali, że ukończenie trzech lat to dobry wiek, aby postawić kropkę nad „i”. Razem z córeczką Sanną (mała sepleniła i mówiła o sobie „Fanna”) kupili piękny fajerwerk w kształcie rakiety do wystrzelenia w noc sylwestrową. Rakieta leżała przez dłuższy czas na dobrze widocznym miejscu, lecz poza zasięgiem rączek dziecka, czekając na wielką chwilę. Gdy nadszedł sylwestrowy wieczór, została z rytualnym namaszczeniem usytuowana w butelce, a na samym szczycie umieszczono smoczek. Z imponującym syczeniem, w huraganie iskier zniknęła rakieta w ciemnościach nocy, a towarzyszyły temu zdarzeniu poważne słowa Sanny: „Dześć, dzmok!”.

Warto wiedzieć: Mądre ucho, czyli jak rozmawiać z nastolatkiem

Drugi przykład dotyczy dwuletniego chłopca, który niemal codziennie rano miewał tak fatalny humor, że cała rodzina przestała lubić poranki:

Nie pomagały ani surowość, ani natychmiastowe spełnianie wszystkich życzeń małego malkontenta. Koniec końców rodzina wpadła na pomysł, który okazał się skuteczny. Powiedziano chłopcu, że zawsze wstajemy z łóżka dobrą albo złą nogą. „Dobrą” nogę oznaczano wieczorem plastrem na kolanie. Wzruszające były potem starania dziecka, by zawsze wstawać właściwą nogą, gdyż jemu samemu też bardzo przeszkadzał ten zły humor. I to nareszcie pomogło! Gdy potem od czasu do czasu pojawiały się jeszcze zwiastuny porannej malkontencji, to powodem ich było najwidoczniej to, że podczas wstawania chłopiec zapomniał o kolejności i „zła” noga jako pierwsza dotknęła podłogi. Wracał wówczas do łóżka, aby raz jeszcze wyjść z niego już teraz z całą pewnością „dobrą” nogą.

Wyraźne granice

Niepożądane zachowanie dziecka, które wkroczyło w fazę przekory (i na przykład rzuca się na podłogę w napadach złości), mija najszybciej, gdy nie zwraca się na nie uwagi.Zdarza się jednak, że negowanie zachowania nie wystarcza. Jeśli na przykład dziecko ma zwyczaj bawienia się jedzeniem (a podczas tej zabawy zdarza się być może, że od czasu do czasu jakiś zabłąkany kąsek trafia do buzi), wówczas trzeba postawić wyraźną granicę. Talerz należy zabrać albo na krótko posłać dziecko do jego pokoju: „A kiedy wrócisz, to mamy nadzieję, że wszystko już będzie w porządku i będziesz normalnie jadł”.

Złe zachowanie to nie złe dziecko

Ważne jest przy tym zawsze, aby tego rodzaju granicę wyznaczać świadomie i tonem spokojnym, tak by dla dziecka było jasne, że nie odrzucamy jego samego, lecz jedynie jego zachowanie.Karanie i nagradzanie nie są właściwymi metodami wychowawczymi w postępowaniu z małymi dziećmi. Celem nagród i kar jest uświadamianie dziecku, co jest dla wychowawcy celem pożądanym i „dobrze widzianym”, a co czynem niewłaściwym i wywołującym dezaprobatę. Odwołujemy się wówczas do umiejętności przewidywania konsekwencji własnego postępowania, a tej umiejętności małe dzieci jeszcze nie posiadają. Zaczyna się ona wykształcać na ogół dopiero w piątym roku życia, ale również wtedy nagrody i kary nie powinny być kolumnami, na których wspiera się wychowanie.

Zobacz też: Telewizja – ułomny substytut realności

Gdy inne sposoby zawodzą

W wychowaniu małych dzieci są to zawsze środki ostateczne, do których lepiej nie odwoływać się zbyt często. Surowe kary mogą wywoływać stany lękowe i prowadzić ostatecznie do pewnego rodzaju zobojętnienia i zamknięcia się w sobie. Skutkiem częstego nagradzania (na przykład słodyczami) lub nadmiernego chwalenia jest zaś (przedwczesne) powstanie u dziecka świadomości, że gdy postępuje zgodnie z oczekiwaniami i życzeniami wychowawcy, to zyskuje sobie jego przychylność, dzięki czemu może osiągnąć jakieś zyski.

Kary polegające na zabranianiu dziecku rzeczy, które lubi, mogą być sensowne dopiero wtedy, gdy jest ono na tyle duże, że można wspólnie ustalić obowiązujące zasady postępowania.Gdy się natomiast tak stało, że emocje nas poniosły i nastąpił niekontrolowany wybuch – co się przecież w wychowywaniu dzieci bardzo często zdarza – to zamiast gnębić się poczuciem winy czy wstydu, co jest najzupełniej niepłodne, lepiej się zastanowić, jak na przyszłość, zanim taki wybuch nastąpi, w spokojny i zdecydowany sposób przejść do akcji i wyznaczyć dziecku granicę.

Podsumowując cały temat, można zatem powiedzieć, że:

1. Celem wychowania jest danie dziecku swobodnej przestrzeni do odkrywania świata w obrębie wyraźnych granic, takich, które zapewniają poczucie bezpieczeństwa, a zarazem pomagają dziecku doświadczać samego siebie jako istoty odrębnej od reszty świata.
2. Jednoznacznie wyznaczone i konsekwentnie utrzymywane granice działają na dziecko pozytywnie.
3. Ważne jest to, co dziecko robi dobrze, i na to przede wszystkim powinniśmy zwracać uwagę.
4. Kary i nagrody są zawsze środkiem ostatecznym, z którego lepiej nie korzystać.
5. O wiele właściwsze od nagradzania jest zachęcanie.

Słowa-klucze otwierające najlepsze drogi wychowawcze to:

1. Wykorzystanie dziecięcej potrzeby naśladowania (dobry przy-
kład osoby dorosłej, robienie rzeczy razem z dzieckiem).
2. Przekaz typu „my”.
3. Kształtowanie dobrych przyzwyczajeń, co wzmacnia wolę dziecka.
4. Zachowywanie stałego rytmu zajęć (co nie jest równoznaczne z uleganiem dyktaturze zegarów).
5. Powtarzanie (codzienne rytuały, piosenki, zabawy, obrazy z baśni).
6. Właściwe odżywianie, wspomagające harmonijny rozwój zarówno fizyczny, jak i psychiczny.
7. Kreatywność oraz pozytywny, łagodny i przyjazny dziecku humor, jako że spulchniają one bąbelkami radości wszystkie poważne i odpowiedzialne procesy wychowawcze...!

Fragment pochodzi z książki: "Mam czas dla dziecka. Pedagogika waldorfska dla najmłodszych. Propozycja alternatywnej kultury wychowania w domu, przedszkolu i w żłobku", Barbara Kowalewska (Wydawnictwo Impuls). Publikacja za zgodą wydawcy.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)