Ciąża...

... jako stan zapalny przenoszony drogą płciową.

Dziewięć miesięcy ciąży to zapalenie o zmiennym natężeniu – sugeruje amerykański naukowiec. I wiele wskazuje na to, że ma rację!
Dziecko to w połowie geny i cechy taty, prawda? Osoby (zazwyczaj) niespokrewnionej z matką. To dlaczego organizm ciężarnej nie walczy z płodem, na poły obcą istotą, która przez kilka miesięcy okupuje jej organizm? – Ależ walczy, tylko rozwijające się dziecko skutecznie wyłącza układ odpornościowy matki – tłumaczyli przez lata immunolodzy. Jeszcze w zeszłym roku sami przedstawialiśmy w "Przekroju" ciążę jako rodzaj wojny podjazdowej między kobietą a dzieckiem. Wszystko zaczęło się od koncepcji angielskiego noblisty Petera Medawara. Medawar był transplantologiem i zaciekawiło go, czemu organizm matki nie odrzuca płodu, który jest w połowie obcym przeszczepem. I wyjaśnił tę wątpliwość właśnie wyciszaniem matczynej odporności przez płód. Przez 50 lat ta hipoteza była ogólnie obowiązującą prawdą wśród położników i immunologów.
– Tylko że nigdy jej nie udowodniono. A ona jest błędna! – oponuje profesor Gil Mor z Yale University, ekspert zajmujący się immunologią rozrodu. "Podczas tysięcy lat ewolucji nasi przodkowie nie zawsze myli ręce przed jedzeniem – ironizuje Mor w swoim ostatnim artykule na łamach "Natural History". – Byli ciągle narażeni na ataki bakterii i innych pasożytów. Gdyby ciężarne kobiety miały wyłączony układ odpornościowy, zmarłyby z powodu zakażenia w ciągu kilku godzin. A nasz gatunek zostałby wymazany z powierzchni ziemi". Tak więc osłabianie odporności matki nie leży w interesie płodu. Bardziej współczesne argumenty przeciwko tej tezie znajdziemy w ogarniętej epidemią HIV Afryce. Gdyby teoria Medawara była prawdziwa, u zarażonych wirusem po zajściu w ciążę powinien szybko wykształcić się pełnoobjawowy AIDS. Tymczasem u ciężarnych często obserwuje się spowolnienie postępu choroby.
Również badania laboratoryjne przeczą idei "wojny matki z płodem". Kiedy z organizmów ciężarnych myszy usunięto pewne typy komórek układu odpornościowego (makrofagi i komórki zwane naturalnymi zabójcami), dochodziło do poronienia. Komórki te są pierwszą linią obrony naszego organizmu. Trują i pożerają atakujące nas bakterie, własne tkanki zakażone wirusami czy komórki próbujące przekształcić się w nowotwory. I to właśnie makrofagi i naturalni zabójcy powinni również starać się zniszczyć płód. A wychodziło na to, że go chronią.
W takim razie może słuszna jest konkurencyjna teoria głosząca, że płód jest odizolowany od układu odpornościowego matki? Dzięki łożysku działającemu jak śluza komórki matki nie docierają do rozwijającego się dziecka, a jego tkanki nie wydostają się poza macicę? Cóż, w to można było wierzyć, dopóki w 1996 roku badacze z uniwersytetów Tufts i Harvarda nie wykryli komórek płodu w organizmie kobiety kilkadziesiąt lat po ciąży! Mało tego, okazało się, że te komórki nie tylko nie szkodzą przyszłej mamie, ale wręcz mogą jej pomagać.
Pięć lat temu naukowców zaszokował przypadek kobiety cierpiącej na zapalenie wątroby, która wbrew zaleceniom przestała brać leki. Jej organizm nie potrafił zregenerować chorego narządu, więc była skazana na śmierć. Tymczasem wyzdrowiała. Zdumieni lekarze przebadali dokładnie jej wątrobę i odkryli w niej tysiące zdrowych... męskich komórek. Okazały się pamiątką po komórkach płodu, które dostały się do krwiobiegu matki podczas ciąży 20 lat wcześniej. Po latach przekształciły się w tkankę wątroby, ratując kobiecie życie!

Dla dobra wspólnego
Skoro ciąża nie jest ani walką, ani izolacją, to czym właściwie jest? Długotrwałym stanem zapalnym o zróżnicowanym przebiegu – odpowiada Gil Mor. Błędem wcześniejszych badań było to, że analizowano stan układu odpornościowego w jednym momencie ciąży. Tymczasem w ciągu dziewięciu miesięcy jego aktywność się zmienia, czego przejawem są bardzo wyraźne objawy odczuwane przez kobietę. Najpierw zapłodniona, dzieląca się komórka jajowa musi się zagnieździć w błonie śluzowej macicy. Wysyła więc sygnały powodujące obumieranie komórek wyściółki macicy, by powstało dla niej miejsce. A potem aktywuje układ odpornościowy przyszłej mamy.
Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?

Mamy wówczas do czynienia z sytuacją podobną do stanu zapalnego w otwartej ranie – tłumaczy w swoich publikacjach Mor. Tyle że oprócz ochrony przed bakteriami (macica wcale nie jest tak sterylna, jak niegdyś myślano) makrofagi usuwają uszkodzone i martwe komórki błony śluzowej, zapobiegając chorobom. W tym czasie naturalni zabójcy modyfikują układ naczyń krwionośnych w pobliżu zarodka – tak jak robią to podczas walki z zakażeniem. Jednak igranie z komórkami stworzonymi do zabijania to ryzykowna gra. Dlatego zarodek musi jednocześnie wysyłać substancje chemiczne, które tłumaczą rozjuszonym zabójcom i makrofagom, że to nie on ma być celem ataku. Taka rozróba nie może oczywiście pozostać niezauważona przez właścicielkę macicy. Odczuwa ją jako mdłości i gorączkę, czyli klasyczne dolegliwości pierwszego trymestru ciąży. Na szczęście wkrótce nadchodzi drugi trymestr, kiedy większość przyszłych mam czuje się świetnie. Czemu? Według immunologa z Yale dlatego, że płód i kobieta osiągają symbiozę, a stan zapalny ulega wygaszeniu. Mało tego, rozwijające się dziecko wspiera ciężarną w szybkim likwidowaniu zakażeń w jej organizmie.
Pod koniec ciąży, gdy wszystkie narządy malucha są już dojrzałe do samodzielnej pracy, nadchodzi czas porodu. Czy ten moment również da się wytłumaczyć "zapalną" teorią Mora? Jak najbardziej! Amerykański naukowiec powołuje się na najczęstszą przyczynę przedwczesnych porodów i poronień – zakażenia. Atak bakterii lub wirusów na okolicę macicy prowadzi do gwałtownej reakcji układu odpornościowego. W takiej sytuacji płód i łożysko często nie są już w stanie się obronić. Reakcja zapalna towarzysząca atakowi na drobnoustroje niszczy miejsce styku organizmu matki i dziecka i dochodzi do poronienia. Skoro przyczyną takiego "awaryjnego" porodu jest stan zapalny, to może poród fizjologiczny, o czasie, też jest uruchamiany przez zapalenie? – Dokładnie tak się dzieje – twierdzi Gil Mor. I temu porodowemu zapaleniu znowu towarzyszą dolegliwości odczuwane przez matkę – skurcze mięśni, czasem także gorączka.

Nadzieja na nowe metody leczenia
– Dla mnie ta teoria jest bardzo przekonująca – powiedział "Przekrojowi" doktor Wojciech Feleszko, immunolog i pediatra z Dziecięcego Szpitala Klinicznego Akademii Medycznej w Warszawie. – Koncepcja przedstawiona przez Mora godzi pewne sprzeczności – obserwowaną przez niektórych badaczy nasiloną aktywność układu odpornościowego w okresie ciąży i wyhamowanie jego aktywności postulowane dotąd przez immunologów ciąży. Ciekaw jestem tylko, skąd układ odpornościowy "wie", że już ma skończyć swoją robotę, że zarodek już się zagnieździł.
Mor przemyślał swoją hipotezę bardzo dokładnie i dobrze ją udokumentował. Ale do jej ogłaszania zabrał się z dużą ostrożnością. Wprawdzie wizjonerów nauki nie pali się już na stosie, ale głoszenie pomysłów wbrew obowiązującym dogmatom może porządnie zaszkodzić w rozwoju kariery. Publikował więc prace, w których omawiał różne szczegóły swej nowatorskiej koncepcji. Pisał o komórkach zarodka współdziałających z organizmem matki w walce z bakteriami czy o stanach zapalnych prowadzących do poronień. Dopiero niedawno ogłosił całość swoich przemyśleń. I wydaje się, że przekonuje do swej koncepcji coraz szersze grono immunologów. Tym bardziej że jeśli naprawdę ma rację, to ginekolodzy i położnicy mogą zyskać nowe metody leczenia. Kontrola nad stanem zapalnym w drogach rodnych kobiety mogłaby pomóc w zajściu w ciążę i jej utrzymaniu w przypadkach zagrożenia. Pytanie tylko, czy przyszłe mamy pogodzą się z takim spojrzeniem na misterium narodzin...

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)