Alarm dla NFZ

Z cyklu "Pod prąd" - Szpital, dom, peryferie stolicy i głęboka prowincja, wielki świat, małe kłopoty, ogromne zmartwienia.

Alarm dla NFZ fot. AKPA
Wszystko to oferują każdego niemal dnia twórcy dwójkowych seriali.

Ciekawe skąd czerpią pomysły, bo na pewno nie do końca są to historie z życia wzięte. Weźmy na przykład taki szpital w Leśnej Górze. Ulubionym badaniem tamtejszych doktorów jest tomografia komputerowa, na którą w normalnych warunkach czeka się kilka miesięcy. Jeśli masz kaprys lub gotówkę, możesz sobie tomografię zafundować z dnia na dzień. Wystarczy zapłacić 800 złotych i już cała aparatura jest do twojej dyspozycji. Tymczasem w leśnogórskim szpitalu tomografia to niemalże badanie podstawowe. Czekam, kiedy do akcji wkroczy prezes Sośnierz z Narodowego Funduszu Zdrowia i zrobi porządek z tą bezsensowną rozrzutnością. Chyba że wcześniej sam pożegna się ze stołkiem.

Są też i dobre strony obcowania z załogą szpitala.
Gdy stoisz na przykład do rejestracji w rejonowej przychodni i szlak cię trafia, że tak długo to trwa lub gdy usiłujesz się zapisać na wskazany przez lekarza zabieg, możesz wracać pamięcią do serialu i cała złość na służbę zdrowia przechodzi jak ręką odjął. Leśna Góra spełnia rolę terapeutyczną i intencjonalną.

Jak wychować córkę na kobietę spełnioną?
Równie nieprawdziwe są serialowe choroby. Paweł Zwoleński (Marcin Hycnar) z "Barw szczęścia" nie potrafi nawet udawać bólu kręgosłupa. Połyka co chwilę leki znieczulające, syczy do kamery, leży z miną boleściwą. Drogi panie Marcinie (zwracam się do aktora), gdyby pana bolał kręgosłup, nie leżałby pan na łóżku z wyprostowanymi nóżkami, nie przekręcałby się pan swobodnie z boku na bok, nie wstawałby co chwilę i nie kręcił się na łóżku. Od aktora z takim życiorysem wymagam więcej niż od mojej ulubionej Kasi Cichopek, zwłaszcza że wokół kręgosłupa kręcił się cały odcinek serialu, i to nie jeden.

Zabawnie też wyglądają w serialach rekwizyty. Weźmy na przykład taki stół, mebel dla każdego, kto prowadzi dom, najważniejszy A to scala rodzinę, to znów pozwala porozmawiać z bliskimi o sprawach ważnych i całkiem błahych, uczy dzieci dobrych manier, że wymienię tylko niektóre z jego funkcji. W "Barwach szczęścia" natomiast służy do tego, aby na nim stać w brudnych butach, a potem natychmiast wypijać przy nim herbatę, albo siadać na stole nawet tak ładnym tyłeczkiem, jaki ma Kasia Glinka. Również rodzinni Pyrkowie nie szanują swego stołu. Maria na przykład rozkłada na obrusie stolnicę i lepi na niej pierogi. Tak może robić tylko gospodyni udawana.

A jeśli już o udawaniu mowa, to nie wierzę także, że mecenas Leszczyński z serialu "M jak miłość" w samym środku wakacji zapłacił Julce za kurs przygotowawczy na studia, nie wierzę, że wszystkie polskie kobiety noszą jedwabne koszulki nocne i nie zmywają makijażu, gdy kładą się spać. Ja wiem, że to fabuła (trochę przesadziłam z tą fabułą) a nie dokument, ale odrobina prawdopodobieństwa się odbiorcy należy. W końcu nie dostaje tego za darmo.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)