Czym zaskoczył mnie poród?

Kasia, Sylwia i Dorota przekonują, że nie ma idealnego, książkowego porodu.

 
Z pewnością wyobrażałaś już sobie dzień, w którym jedziesz do szpitala. A może masz to już za sobą?
Czy Twój poród przebiegał tak, jak sobie wyobrażałaś? A może wszystko przybrało całkiem nieoczekiwany obrót?
Narodziny każdego dziecka odbywają się nieco inaczej, bo to skomplikowany, choć naturalny i fizjologiczny proces. Niekiedy poród zaskakuje nietypowym początkiem, intensywnością, tempem – jakby wbrew wiedzy wyniesionej ze szkoły rodzenia i intuicji rodzącej kobiety. Przeżycia Kasi, Sylwii i Doroty oraz wyjaśnienia doświadczonego ginekologa położnika, dr Agnieszki Tymińskiej, mogą być dla Ciebie cennymi wskazówkami.

Poród 1
Kasia Kowalczyk, mama 10-miesięcznej Mai

Czego się spodziewaŁam
Bardzo bałam się porodu. Myślałam, że nie dam rady znieść bólu, więc do końca miałam nadzieję na cesarkę. Kiedy okazało się, że będę musiała urodzić, koniecznie chciałam mieć znieczulenie. Umówiłam się także z położną, która miała robić wszystko, żebym nie cierpiała. Ustaliłyśmy, że przyjadę do szpitala 30 czerwca, po jej urlopie.
Najtrudniejszy moment
Choć poród zaczął się dwa dni przed powrotem mojej położnej, byłam spokojna. Wiedziałam, że poprosiła o opiekę nade mną swoją koleżankę. Potem wszystko, co zaplanowałam, zaczęło się burzyć. Odmówiono mi przyjęcia do szpitala z braku miejsc. Na szczęście nie zostaliśmy odesłani, bo poród był już bardzo zaawansowany. Na dodatek położna, która miała się mną zająć, skończyła dyżur i nie mogła zostać.
Co mi pomogło
Odkąd nad ranem odeszły mi wody, poród postępował bardzo szybko. W szpitalu byliśmy o wpół do ósmej, godzinę czekałam na anestezjologa. Gdy przyszedł, miałam rozwarcie na pięć centymetrów i nie było sensu robić znieczulenia, ale się uparłam. Chciałam choć przez piętnaście minut nie cierpieć. Odeszło całe napięcie i ból. Zauważyłam, że mam pokój z widokiem na Zamek Królewski. Poczułam się jak w hotelu.
Jak rodziłam
Przyszła pani położna i powiedziała: „No to teraz sobie porodzimy”. Oprócz niej był tylko mąż, więc się zaniepokoiłam: „Tylko we troje?”. Na podstawie filmów z Internetu wiedziałam, że przy porodzie asystuje wiele osób, a przy mnie była tylko jedna położna. Kiedy zaczęło spadać tętno dziecka, poszła po swoją koleżankę i we dwie próbowały pomóc Majce wyjść. W tym momencie zaczęło przybywać ludzi. Ulżyło mi
Pod wpływem znieczulenia nie czułam skurczów. Żeby wiedzieć, kiedy przeć, musiałam patrzeć na aparat, który pokazywał moment, kiedy skurcze się pojawiają i jaką mają siłę. Gdybym nie miała znieczulenia i bardzo by mnie bolało, pewnie starałabym się jak najszybciej urodzić. A tak, trochę się obijałam. Praktycznie to inni urodzili za mnie dziecko.
Sprawdź! Przegląd bielizny dla kobiet w ciąży i karmiących

Poród 2
Sylwia Waśniewska, mama 3-miesięcznej Marysi

Czego się spodziewałam
Uważałam, że jestem dobrze przygotowana do porodu. Chodziłam do szkoły rodzenia, dużo czytałam na ten temat, rozmawiałam z innymi mamami. Od początku chciałam rodzić świadomie i pomagać dziecku. Byłam pewna, że zorientuję się, kiedy rozpoczyna się poród. Nie sądziłam jednak, że pierwsze skurcze mogą być tak bardzo nietypowe.
Jak rodziłam
Od lat mam skłonność do niedyspozycji przewodu pokarmowego, więc nie zdziwiło mnie to, że również tego dnia miałam silne kłucie w jelitach. Wieczorem, gdy byłam na rutynowym KTG (z powodu starzejącego się łożyska), poczułam pierwszy silny skurcz. Powiedziałam o tym położnej, ale okazało się, że aparat nic nie zarejestrował. Z trudem wróciłam do domu. Męczyłam się pół nocy – bóle były regularne, co 5–7 minut, ale w niczym nie przypominały tego, na co się nastawiałam. Nie promieniowały, nie czułam ściskającego opasywania. Sądziłam więc, że to silniejszy rozstrój. Zwłaszcza że aparat KTG nie potwierdził czynności skurczowej. Poza tym nie odeszły mi wody. Dopiero przed północą zadzwoniłam do położnej. Po konsultacji z lekarzem poradziła mi wziąć cztery węgle, dwa Apapy i pójść spać. Ponieważ dolegliwości nie ustępowały, skontaktowałam się z nią ponownie. Doradziła mi, żebym weszła do wanny. Jeśli to nie pomoże, mam przyjechać do szpitala, bo prawdopodobnie poród się rozpoczął. Dwie godziny po tym, jak dotarliśmy do szpitala, córeczka była na świecie.
Najtrudniejszy moment
Trzeci skurcz w drugim okresie porodu. Powiedziałam wtedy lekarzowi, że chyba nie dam rady wytrzymać bólu i dalej przeć. Pomimo znieczulenia czułam podczas parcia rozrywający, silny ból. Usłyszałam: „Pani Sylwio, czy chce Pani urodzić o 5.45?”. Zdziwiłam się i tylko jęknęłam, że nawet nie wiem, która jest godzina. „Za 18 szósta”
– usłyszałam. Wtedy się spięłam i udało się.
Co mi pomogło
Przede wszystkim – personel szpitala. Wiedziałam, że kilka mądrych osób pracuje na to, aby wszystko przebiegało pomyślnie. Bardzo dużo dała mi też szkoła rodzenia. Nauczyłam się przeć w odpowiednie miejsce. Poprosiłam również męża, aby w czasie skurczu stale przypominał mi: „Nie przyj w twarz”. W czasie rodzenia się dziecka byłam w pełni świadoma tego, co robię, skupiona na tym, by mu pomóc. Kontrolowałam sytuację w sposób książkowy. Potem zbierałam gratulacje za szybki poród. A to dlatego, że prawie cały poród przecierpiałam sama w domu.


Poród 3
Dorota Siennicka, mama 3-miesięcznego Leosia

Czego się spodziewaŁam

Było dla mnie oczywiste, że będę miała naturalny, rodzinny poród, podobnie jak moje siostry. Tak rodzą zdrowe, silne kobiety. Przygotowywałam się do tego przez wiele miesięcy, chodziłam na jogę, do szkoły rodzenia. Wybrałam dobry szpital pod Warszawą.
Co mnie zaskoczyło
W 32. tygodniu podczas USG lekarz powiedział, że dziecko ułożone jest pośladkowo. Zdziwiłam się, bo wcześniej badały mnie położna i moja Pani doktor. Obie stwierdziły, że mały się obrócił. Byliśmy z mężem załamani, po raz pierwszy w życiu wkurzyliśmy się na Leosia. Wydawało nam się, że cesarskie cięcie to straszna ingerencja w organizm kobiety
, że dziecko przychodzi na świat zbyt gwałtownie. Obawialiśmy się, że nie będę mogła go nosić. Lekarz pocieszał, dając 20 procent szans, że dziecko się obróci.
Najtrudniejszy moment
Dotarłam w końcu do lekarza z Olsztyna (mojego rodzinnego miasta), który wykonuje obroty dziecka. Po badaniu doradził mi zostanie na miejscu. Powrót autobusem do domu mógłby skończyć się przedwczesnym porodem. Odpadł więc pomysł na rodzenie w wybranym wcześniej szpitalu. I tak
w ósmym miesiącu ciąży zamieszkałam u mamy. Na próbę obrotu dziecka byłam umówiona w 37. tygodniu. Ostatecznie Leoś wygrał mocowanie z lekarzem – nie przekręcił się. Musieliśmy się z tym pogodzić.
Jak rodziłam
Dokładnie tydzień po nieudanym obrocie Leoś od rana był podejrzanie bardzo ruchliwy. Jednak ze strachu stłumiłam w sobie myśli, że zaczyna się poród. Położyłam się spać o wpół do pierwszej, a po godzinie odeszły wody. Szybko pojechałam z mamą do szpitala i zadzwoniłam do męża. Przyjechał po trzech godzinach, ale lekarz kazał nam wszystkim iść spać. Nazajutrz miało się okazać, czy będę miała operację, czy urodzę naturalnie. Z obawy o małego zaczęłam modlić się o cesarkę. Na szczęście przed dziewiątą rano przyszedł ordynator i powiedział: „No to, dziecko, wyjmiemy ci to dziecko”.
Co mi pomogło
Wspaniała atmosfera w szpitalu. Wszystkie siostry były serdeczne, bardzo mi pomagały. Dzięki temu szybko doszłam do siebie, rozruszałam się i zaczęłam karmić piersią. Miałam też dobry kontakt z lekarzem, który się mną opiekował. Przed laty to on przyjmował dwa porody mojej siostry, więc stał się naszym „lekarzem rodzinnym”.

fot. Jacek Pióro
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)