Robert naprawdę mnie oczarował. Jednak z oczywistych względów nie mogłam się zdecydować, czy chcę z nim być

Poznaj prawdziwą historię Roberta, który jeździ na wózku inwalidzkim i tak samo, jak inni zasługuje na miłość

/ 3 tygodnie temu
Robert naprawdę mnie oczarował. Jednak z oczywistych względów nie mogłam się zdecydować, czy chcę z nim być fot. Fotolia

Sama nie wiem, jak to się stało... 

Wpadłam do metra w ostatniej chwili – prosto na… wózek, na którym siedział jakiś facet. I, co tu  dużo kryć, z rozpędu zwyczajnie usiadłam mu na kolanach. Myślałam, że umrę ze wstydu. – Strasznie pana przepraszam! Zaczęłam się gramolić, czerwona ze wstydu. Pociąg gnał przed siebie, kołysząc się na boki, co wcale nie ułatwiało mi wstawania. Wśród pasażerów rozległ się pomruk dezaprobaty. Nic dziwnego, przecież wpadłam z impetem na osobę niepełnosprawną. – Naprawdę nie chciałam – zapewniłam jeszcze raz tego młodego człowieka, bojąc się nawet na niego spojrzeć.  Musiał być wściekły… Wykonałam kolejną próbę, aby wstać, chociaż kompletnie nie było czego się przytrzymać. Boku wózka? A jeśli przez to się przewróci?! Jeszcze by tylko tego brakowało… Po sekundzie jednak zorientowałam się, że ktoś mi podaje rękę. Odruchowo ją złapałam i silne męskie ramię wywindowało mnie do góry

 

Stanęłam mocno na nogach, powiedziałam grzecznie „Dziękuję” i dopiero wtedy spojrzałam, czyja to była ręka. Z trudem dotarło do mnie, że… tego niepełnosprawnego mężczyzny, na którego kolanach przed chwilą siedziałam! To on mnie podniósł niczym dźwig. Musiałam mieć głupią minę, gdy to sobie uświadomiłam, bo stłumił śmiech. Natrafiłam na jego rozbawione spojrzenie i… spiekłam raka. „Boże, jaki ten facet jest przystojny!” – przebiegło mi przez głowę. Zupełnie się tego nie spodziewałam. – Strasznie mi głupio, okropnie pana przepraszam – powtórzyłam chyba po raz tysięczny, starając się nadać mojemu głosowi normalne, czyli mocne brzmienie. – Ależ cała przyjemność po mojej stronie – zapewnił mnie, szczerząc białe zęby. Posłał mi przy tym takie spojrzenie, jakby rzeczywiście miał ochotę, żebym nadal siedziała mu na kolanach. 

Rany, on mnie podrywa! – pomyślałam w lekkiej panice, a co dziwniejsze, zareagowało na to moje ciało. Kiedy zmierzył mnie spojrzeniem swoich zielonych oczu, poczułam, jak cała płonę, i nie była to tylko kwestia puchowej kurtki, w której faktycznie często się grzałam w komunikacji miejskiej. „No i za nic się teraz nie rozepnę” – pomyślałam, jednocześnie uświadamiając sobie, że wprawdzie pod spodem mam służbową białą bluzkę, ale nie jest ona taka sobie zwyczajna, tylko w miarę seksowna, z dość głębokim dekoltem.

Stanę po stronie zięcia, jeśli córka będzie chciała się rozwieść!

W mojej firmie niby obowiązywał dress code, ale koleżanki i ja umilałyśmy sobie tę biało-czarną monotonię, jak tylko potrafiłyśmy. Kiedy teraz wyobraziłam sobie, że mężczyzna na wózku zobaczy ten dekolt i może nawet kawałek wystającego z niego, koronkowego stanika – znów zalała mnie fala gorąca. „Boże, ja chyba kompletnie zwariowałam!” – uznałam w końcu i poczułam, że… muszę natychmiast wysiąść. Na najbliższej stacji! – Dziękuję, przepraszam! – wydukałam zupełnie bez sensu, kiedy pociąg zatrzymał się po chwili. – Już pani wysiada? Szkoda – usłyszałam. – Tak. Do widzenia! – rzuciłam w przestrzeń i wyskoczyłam na peron. Drzwi wagonu zamknęły się za mną. Pociąg odjechał. Poczułam ulgę. Po chwili spojrzałam na wyświetlacz, następny pociąg miał podjechać za trzy minuty. 

Jak dobrze, że stamtąd uciekłam… 

Znów wsiadłam do wagonu. Dwie minuty później dojechaliśmy do kolejnej stacji i tam, ku swojemu zdumieniu, na peronie zobaczyłam tego mężczyznę na wózku! W dodatku  wcale nie zmierzał do wyjścia, tylko siedział, jakby na kogoś czekając. Kogoś, kto przyjedzie następnym pociągiem…  Mój wagon zatrzymał się dokładnie naprzeciwko niego. Dostrzegł mnie i przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu. Wpatrywałam się w niego zaskoczona, wzrokiem zahipnotyzowanego królika, gdy wjechał wózkiem do wagonu.– Dzień dobry. Znowu się spotykamy! – powiedział, a ja uświadomiłam sobie, że ten facet zrobił to, bo mnie przejrzał. 

Domyślił się, że wysiadłam z jego powodu i że wsiądę do kolejnego pociągu, więc postanowił pospieszyć za mną. W takiej sytuacji żadne kłamliwe tłumaczenia nie miały sensu. Zrobiłam więc jedyną rzecz, jaką mogłam zrobić – roześmiałam się. – Mam na imię Robert, a pani? – zapytał. – Dominika – odparłam, myśląc jednocześnie: „Matko, jest naprawdę przystojny!”. Zaraz jednak pojawiła się refleksja: „Ale jeździ na wózku, ty wariatko!” I znowu: „Jaka szkoda… Jest naprawdę niezły”. W mojej głowie trwała gonitwa myśli. Robert, gdyby stał na własnych nogach, byłby naprawdę ideałem, łamaczem damskich serc. Widać było, że Bóg nie poskąpił mu wzrostu. O dziwo, miał także nieźle wyrobione mięśnie. I ta szlachetna twarz naznaczona siateczką pierwszych zmarszczek… „Jest chyba niedużo po trzydziestce,tak jak ja” – pomyślałam. – Uciekła pani przede mną – stwierdził. – Tak  – pokiwałam głową. – Strasznie się zawstydziłam, że na pana wpadłam. – Nawet mimo tego, że wcale mi to nie przeszkadzało? – spojrzał na mnie z ukosa. – Nawet… – potwierdziłam. – Sam pan rozumie, z zasady nie siadam obcym mężczyznom na kolanach… Pokiwał głową. – Lubi pani chodzić do kina? – zapytał. „No, no. Konkretny gość. Nie traci czasu!” – przebiegło mi przez głowę. – A skąd pan wie, że nie mam męża? – zapytałam z uśmiechem. – Nie nosi pani obrączki – wyjaśnił. – To o niczym nie świadczy! – A ma pani? – zapytał. – Nie mam – przyznałam. – W taki razie: czy lubi pani chodzić do kina? – uśmiechnął się. – Lubię – zaczynało mnie to bawić. – A mogę panią zaprosić? Wiedziałam, że do tego zmierza, i miałam zamiar odmówić mu w taktowny sposób, ale nieoczekiwanie z moich ust padło: – Może pan. 

Mówił, że kocha mnie, a kochał tylko moje pieniądze

Gdy wysiadł dwa przystanki dalej, długo odprowadzałam go spojrzeniem. A potem uznałam, że chyba mi odbiło. Dałam swój numer telefonu dopiero co poznanemu facetowi, w dodatku inwalidzie, i jeszcze umówiłam się z nim na sobotę do kina! A gdyby nie był niepełnosprawny? Czy postąpiłabym tak samo? Przecież to obcy facet! Mógłby nawet być niebezpieczny! 

Naprawdę to zrobiłaś? – zawołała Anka, której zwierzyłam się kwadrans później. – Z litości? – Dlaczego uważasz, że się nad nim litowałam? – zapytałam. – Powiedziałaś, że jeździ na wózku… – Powiedziałam też, że jest przystojny. – Jakoś nie umiem sobie tego wyobrazić – powiedziała szczerze Anka.  Ja też nie umiałam. Nigdy wcześniej nie było w moim otoczeniu nikogo, kto by się poruszał inaczej niż o własnych siłach. Aż do tamtej sceny w metrze, która wydarzyła się rok temu, niepełnosprawny kojarzył mi się z kimś starym, zniedołężniałym albo opóźnionym w rozwoju. W każdym razie na pewno nie z atrakcyjnym, młodym facetem. „Ulegam stereotypom – uznałam, odganiając natrętne myśli, czy na pewno dobrze zrobiłam, i… jak będzie w kinie.

Pierwsza randka...

Było wspaniale. Robert zaparkował swój wózek obok mnie. Wcześniej zapytał, jakie filmy lubię, i bezbłędnie wybrał świetny kryminał. Akcja trzymała w napięciu, bawiłam się doskonale. Także później, gdy poszliśmy do kawiarni na lampkę wina. Robert powiedział, że jest informatykiem i pracuje w korporacji. Zaimponowało mi, że najwyraźniej nie przejmował się swoim stanem. Był doskonale ubrany, zachowywał się swobodnie. Wprawdzie zupełnie się na tym nie znam, ale nawet jego wózek wydał mi się nowoczesny. A, co najważniejsze, znakomicie się czułam w jego towarzystwie. Okazał się oczytany, lubił podobną muzykę jak ja… No i był rozmowny. – Naprawdę jesteś informatykiem? Myślałam dotąd, że wszyscy informatycy to mruki – powiedziałam mu szczerze. Roześmiał się. Kiedy wsiedliśmy do metra, nie zauważyłam, żeby szykował się do wyjścia na swoim przystanku.  – Przegapisz swoją stację – powiedziałam. – Odprowadzę cię pod dom. – Ależ naprawdę nie trzeba! – Daj spokój – uciął dyskusję. – Mężczyzna powinien odprowadzić kobietę, upewnić się, czy jest bezpieczna. „A w czym ty mi, człowieku, pomożesz, jeśli ktoś mnie napadnie?” – pomyślałam i natychmiast się zawstydziłam. 

Duszę się w domu z dzieckiem. Chcę poczuć, że żyję!

Robert odprowadził mnie pod sam blok i nie pożegnał się ze mną, dopóki nie umówiłam się z nim na kolejne spotkanie. – Miłych snów – powiedział wtedy zadowolony, a ja się uśmiechnęłam. W domu analizowałam nasze spotkanie ciągle od nowa i od nowa. Musiałam przyznać, że Robert mi się podoba, bez dwóch zdań.  Ale… Pojawiło się w mojej głowie także wiele pytań, z których jedno następnego dnia zadała moja przyjaciółka. – A skąd wiesz, że on może…? – Co może? – zapytałam, chociaż wiedziałam przecież, o co jej chodzi. – No, kochać się! Nie udawaj głupiej! – Nie wiem, czy może, ale… podobno niedowład nóg nie musi iść w parze z problemami z potencją – odparłam. – Zdążyłaś już sprawdzić w internecie – domyśliła się od razu Anka.  Zarumieniłam się, bo faktycznie sprawdziłam. I nieco odetchnęłam, gdyż naprawdę zaczęłam erotycznie fantazjować o Robercie już po pierwszym naszym spotkaniu, a co dopiero mówić o następnych. Chociaż… za każdym razem w tych moich fantazjach on wcale nie jeździł na wózku, tylko poruszał się zupełnie normalnie, na dwóch nogach. Obejmował mnie w talii, kiedy szliśmy razem, stykając się biodrami – ja na swoich ulubionych wysokich obcasach, on i tak o głowę ode mnie wyższy. Kiedyś zapytałam go, ile ma wzrostu. – Metr dziewięćdziesiąt dwa – odparł bez wahania, po czym ja się zaczerwieniłam, uzmysławiając sobie, że to pytanie było nie na miejscu, bo mogło sprawić mu przykrość.  

Pomyślałam także, że nawet nie wiem, czy Robert urodził się już niepełnosprawny, czy stał się takim dopiero potem. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Żadne z nas nie zaczynało tematu: ja nie chciałam się wyrywać, on najwyraźniej nie miał ochoty opowiadać... Przez długi czas kwestia jego niepełnosprawności jakoś tak wisiała między nami. Jeździł na wózku, a ja starałam się tego nie zauważać. Ale to były pozory… Dopiero spotykając się z osobą niepełnosprawną, zaczęłam rozumieć, ile ona wszędzie w mieście napotyka barier. Gdy szłam sama czy z moim byłym chłopakiem, żadne z nas nie myślało, którędy idziemy. Z Robertem musiałam iść tak, aby nie natrafić na schody czy inną przeszkodę. – Przepraszam cię – mówił wiele razy, gdy te przeszkody nagle przed nami wyrastały. – Ależ za co? To przecież nie jest twoja wina! – mówiłam i zapewniałam go, że chodzenie naokoło wcale mi nie przeszkadza. Nie była to prawda. W naszej relacji przeszkadzało mi bardzo, że Robert jeździ na wózku i wszędzie, gdzie się pojawimy, zwracamy na siebie uwagę. Krępowało mnie to. Krępowały mnie spojrzenia ludzi.

„Ona taka ładna, a on? Kaleka…” 

Byłam wściekła na nich, że nie zauważają (tak zakładałam), jak bardzo Robert jest przystojny. Był dla nich gorszy tylko dlatego, że nie mógł stanąć na własnych nogach. Jednak powoli dotarło do mnie, że chyba nie mam prawa potępiać tych ludzi, bo ja zachowuję się tak samo jak oni… Chociaż umawiam się z Robertem na kolejne spotkania, bo sprawiają mi one przyjemność, to nie myślę o wspólnej z nim przyszłości. Nie reaguję, gdy daje mi wyraźnie do zrozumienia, że chciałby już czegoś więcej. Nie jestem także gotowa, aby przedstawić go moim znajomym. Ba, nawet im o nim nie wspomniałam! No, tylko Ance, która po chyba setnym moim wyznaniu, że naprawdę nie wiem, co czuję do Roberta i czy w ogóle coś czuję, powiedziała mi szczerze: – Wiesz co? Skoro do tej pory nie jesteś pewna, to być może nigdy nie będziesz… Nie wydaje ci się przypadkiem, że go zwodzisz? Tymi spotkaniami rozbudzasz w nim niepotrzebnie nadzieje… – Ale ja go przecież naprawdę lubię – wyjaśniłam jej pospiesznie. – Tylko że jemu twoje „lubię” nie wystarczy, on chce związku. I im szybciej mu powiesz, że nie zamierzasz się z nim wiązać, tym lepiej – podsumowała mnie Anka. Miała rację, ale… nie potrafiłam tak po prostu powiedzieć Robertowi, że nie interesuje mnie jako mężczyzna, i przestać się z nim spotykać. Wolałam poczekać na okazję. Nasunęła się sama.

Walentynki…

Zbliżało się święto zakochanych, a ja miałam nieodparte wrażenie, że Robert coś dla mnie szykuje. Spanikowałam. „Teraz albo nigdy!” – pomyślałam i kiedy zapytał mnie, co robię tego dnia, powiedziałam sztucznie niefrasobliwym tonem: – Wyjeżdżam. Spojrzał na mnie zaskoczony. – A gdzie? – zaciekawił się. – Mój były chłopak zaprosił mnie na kilka dni nad morze. Wiesz, wygląda na to, że do siebie wrócimy – kłamałam, a serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Robert miał nieprzeniknioną minę. – Aha – powiedział, gdy skończyłam. – Zobaczymy się po twoim powrocie? – No pewnie! – odetchnęłam z ulgą, że chyba udało mi się przesunąć naszą znajomość na czysto przyjacielskie tory. No, ale teraz faktycznie musiałam wyjechać na te nieszczęsne Walentynki. Pomyślałam, że jeśli zostanę w mieście, to Robert gotów mnie gdzieś wyśledzić. Wiedział, gdzie pracuję, gdzie mieszkam. Wiadomo, co mu strzeli do głowy? Nie mogłam pozwolić na to, żeby moje łgarstwo wyszło na jaw. Klnąc na czym świat stoi na ceny, które oczywiście z powodu święta zakochanych poszły w górę, wykupiłam nocleg w jakimś pensjonacie nad morzem. „Dobrze zrobią mi spacery po plaży… – pomyślałam. – Uspokoją mnie…”. Kiedy jednak dotarłam nad morze, wcale mi to nie dało ukojenia. Wręcz przeciwnie! I to wcale nie z powodu prowadzących się za rączki zakochanych par, które paradowały po prostu wszędzie. Nie – ja po prostu nie mogłam dojść do ładu ze swoimi uczuciami!

Chciałam zapomnieć o Robercie, a jednocześnie tak bardzo za nim tęskniłam… Już drugiej nocy miałam dziwny sen, w którym się z nim kochałam, chociaż… tym razem doskonale pamiętałam, że Robert nie może chodzić. Mimo to było wspaniale!  Po śniadaniu wyszłam na spacer, z mocnym postanowieniem, że wszystko sobie jeszcze raz przemyślę. Ale szłam, szłam… i nie mogłam dojść do żadnych rozsądnych wniosków. W końcu zmarzłam na kość, więc należało szybko wrócić do pensjonatu, żebym się nie przeziębiła. Gdy poprosiłam o klucz, recepcjonistka wręczyła mi go ze słowami: – Ktoś na panią czeka w kawiarence. – Kto? – zdziwiłam się. Byłam pewna, że to pomyłka. Przecież nikt nie wiedział, gdzie jestem. Nie powiedziałam o tym nawet przyjaciółce. – Jakiś mężczyzna. Przystojny – uśmiechnęła się dziewczyna i puściła do mnie oko. Zaciekawiona poszłam do kawiarni. Przy stoliku pod oknem siedział Robert. 

Stanęłam jak wryta i nawet nie spytałam go, co tu robi, bo przecież dobrze wiedziałam. Przyjechał i przyłapał mnie na kłamstwie. Na głupiej historyjce o byłym narzeczonym, którą mu sprzedałam. Rany boskie, ale się wygłupiłam! – Skąd wiedziałeś? – zapytałam prosto z mostu, bo nie było już sensu kłamać. – Kiedy mi powiedziałaś o byłym chłopaku, miałaś taką samą minę jak wtedy, gdy uciekłaś przede mną z metra. Wtedy cię dogoniłem i teraz postanowiłem zrobić  to samo – powiedział spokojnie.

Westchnęłam ciężko. Robert był naprawdę inteligentnym mężczyzną. – Mam wątpliwości – wyznałam.  – A kto ich nie ma? – rzekł ciepło. – Myślisz, że ja się nie waham?  Zdumiałam się. A niby dlaczego miałby?! Nie mieściło mi się w głowie coś takiego. „Przecież to nie ja jestem niepełnosprawna!” – ledwo to pomyślałam, zawstydziłam się. W tym całym pomieszaniu zmysłów zupełnie zapomniałam, że Robert, jak każdy inny człowiek, ma prawo zastanawiać się, czy będzie mu ze mną dobrze. – Przepraszam cię… – wyszeptałam.  – Za co?  – Za wszystko – powiedziałam. – Za to, że cię okłamałam, i za to, że nie potrafię zadać pytania, które mnie nurtuje…  – Pytaj – zachęcił mnie.  – Dlaczego nie możesz chodzić? – wydusiłam z siebie. – Jak to się stało? – Zostałem pobity. Miałem dwadzieścia dwa lata, stanąłem w obronie pewnej dziewczyny. Nie znałem jej. Szedłem ulicą i zobaczyłem, że zaczepiają ją jacyś kolesie. Faceci, którzy ją szarpali, pobili mnie do nieprzytomności. Połamali żebra, nogę, a najgorsze, że uszkodzili mi także kręgosłup. A wiesz, co było w tym najzabawniejsze? – zadumał się. – To byli koledzy tej dziewczyny, więc nie stanęła w mojej obronie, a potem jakby nigdy nic poszła z nimi na piwo – zaśmiał się Robert gorzko, po czym dodał: – Ale to nie jest to pytanie, które tak naprawdę chciałaś mi zadać, prawda?  Spłoniłam się. – Ułatwię to nam obojgu. Tak. Mogę się kochać. Jestem seksualnie sprawny. Przynajmniej tyle u mnie działa tam, na dole – powiedział, zwieszając głowę. Nie czekałam dłużej. Wzięłam jego twarz w obie ręce i pocałowałam go namiętnie.  Sama nie wiem, jak to się stało, że nagle siedziałam mu na kolanach. Tak jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. A potem pojechaliśmy długim korytarzem do mojego pokoju, gdzie… no cóż… Było po prostu cudownie.

Wybrać marzenia, czy pomóc córce? Prawdziwa historia

Dominika Gwit zdradziła, jaką akrobację wykona w "Tańcu z gwiazdami"! Będzie bardziej spektakularna niż ostatnia?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)