Z życia wzięte - prawdziwe historie o rozmowach kwalifikacyjnych

Z życia wzięte fot. Fotolia
Jak to mówią, reklama jest dźwignią handlu. Podobnie z autoreklamą. kiedy ktoś szuka pracy, stara się pokazać z jak najlepszej strony…
/ 14.02.2013 06:59
Z życia wzięte fot. Fotolia
Dziewczyna zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie. Pewna siebie, trochę bezczelna, ale bystra. A to najważniejsze.

Mówi Roma Milewska, witam. Pamiętasz mnie, Zosiu? – głos, który usłyszałam w słuchawce telefonu, rzeczywiście wydawał mi się znajomy. – Pracujesz w korporacji na kierowniczym stanowisku, prawda? – mówiła kobieta z pewnością siebie.

To pytanie najpierw bardzo mnie zaskoczyło, ale po chwili uświadomiłam sobie, że mogła mnie odszukać na sto sposobów. Nie zmieniłam nazwiska, a na dodatek jest ono bardzo rzadkie. Zanim jednak zdążyłam otworzyć usta, żeby potwierdzić, że oczywiście pamiętam panią profesor, moja rozmówczyni rzuciła:
– Mam sprawę do ciebie, Zosiu. Otóż moja córka… Pewnie nie wiedziałaś, że mam córkę. To już dorosła kobieta.

No nie, ta baba mnie zwyczajnie szantażuje! Pani Roma Milewska zawsze była bezceremonialna. Uczyła mnie matematyki… Boże, kiedy to było? Prawie 30 lat temu! Tuż przed moją maturą rodzice się rozwiedli, a ja, po przeprowadzce do innej dzielnicy, wylądowałam w nowym liceum. Miałam tyły z matmy, bo w tej nowej szkole był wyższy poziom. Wtedy zaczęłam chodzić do Romy na lekcje wyrównawcze.

Pamiętam, jak mama była jej wdzięczna za pomoc. Gdyby nie Roma, musiałaby płacić za korepetycje. Ja w sumie też byłam zadowolona, chociaż lekcje z Romą nie dały mi tyle co pomoc Jaśka, klasowego geniusza matematycznego. Mimo wszystko coś mi do głowy włożyła.
– Nie wiedziałam – przytaknęłam teraz, bo tamta Roma z liceum nie miała dzieci.

Ale cóż, była wtedy bardzo młoda, zaraz po studiach.
– No tak. Małgosia właśnie skończyła 25 lat. Mówię ci, jaka to zdolna dziewczyna! Jest po handlu, zna francuski, angielski i rosyjski, i to biegle. A dzwonię do ciebie, bo szukam dla Gosi pracy. Wyobraź sobie…

Opowieść o córce mojej dawnej nauczycielki trwała z dziesięć minut. Dowiedziałam się, że dziewczyna przez kilka miesięcy pracowała w osiedlowej bibliotece na zlecenie, a potem jakiś znajomy jej ojca zatrudnił ją jako recepcjonistkę, także bez stałej umowy. Usłyszałam również, że jedynaczka pani Romy jest bardzo utalentowana.

Wreszcie, kiedy zaczynałam się już lekko niecierpliwić, Roma oznajmiła, że na zatrudnieniu Małgosi ja zyskam najbardziej.
– Przykro mi, u nas brak wolnych etatów. Poza tym pani córka tak naprawdę nie ma doświadczenia – próbowałam sprowadzić Milewską na ziemię.
– No chyba jesteś mi coś winna, prawda? Pamiętasz maturę? Nie zdałabyś, Zosiu… – Roma wyrąbała prosto z mostu, po czym zrobiła znaczącą pauzę.
Zatkało mnie. Po tylu latach to babsko każe mi spłacać jakiś dług wdzięczności?! Okej, może byłam tumanem, lecz przecież ona i tak prowadziła te lekcje wyrównawcze, miała to w obowiązkach! A że akurat tylko ja wtedy na nie chodziłam, to tylko dla niej lepiej… Choć wkurzyła mnie strasznie tym swoistym szantażem, nie posłałam jej do diabła. Przecież i ja mam dzieci i nieraz myślałam, jakie to niesprawiedliwe, że tylu młodych ludzi jest teraz bez pracy. Jakim cudem mają zdobyć doświadczenie, skoro nikt nie chce ich zatrudnić?…
– Proszę mi podać swój numer – powiedziałam więc. – Popytam znajomych, może akurat ktoś będzie potrzebował pracownika z francuskim czy angielskim…
– I rosyjskim – przypomniała Roma. – Każdy, kto Małgosię zatrudni, będzie zadowolony!

Zapewniłam moją dawną nauczycielkę, że odezwę się, kiedy znajdę jakąś propozycję dla jej latorośli, ale uprzedziłam od razu, że to może potrwać. Wszystkim się wydaje, że początek roku to najlepszy moment na szukanie pracy. To tylko pozory. Żaden pracodawca nie decyduje się tworzyć nowych etatów z powodu zmiany kalendarza. Takie działanie jest zazwyczaj poprzedzone dogłębną analizą potrzeb wewnętrznych danej firmy, jej perspektyw i możliwości rozwoju, sytuacją bieżącą danego przedsiębiorstwa. Dopiero wtedy powstają nowe działy, projekty, stanowiska…

Oczywiście – są jeszcze zwolnienia. Znam kilku menedżerów, którzy nie zawahaliby się pozbyć dobrego pracownika tylko dlatego, że kuzyn czy szwagier szuka stałego zajęcia. Jednak ja byłam pewna, że nie mogę nikogo zatrudnić, bo w mojej firmie nie ma takiej możliwości. Zadzwoniłam do kilku osób, które mogły być zainteresowane moją protegowaną. Większość od razu dała mi do zrozumienia, że nie ma na to szans, a jeden kolega sam zaatakował:
– U mnie jest redukcja. A może ty miałabyś robotę dla mojego syna? Skończył europeistykę – ostatnie słowa Rysiek powiedział z rezygnacją.
– Europeistów ci u nas dostatek – westchnęłam, obiecując, że będę o chłopaku pamiętać.

Nie dawałam za wygraną i w sprawie młodej Milewskiej dzwoniłam dalej. Próbowałam złapać koleżankę, która ciągle bywa w rozjazdach, bo jest dyrektorem w dużej firmie handlowej. Wreszcie po kilku dniach ją dopadłam. Okazało się, że akurat poszukuje osoby do kontaktów z kontrahentami z Rosji.
– Mówisz, że rosyjski biegle? To dawaj tę dziewczynę! Niech przyjdzie w czwartek o ósmej.

Dagmara najwyraźniej ucieszyła się z mojej niespodziewanej oferty. Teraz pozostało mi poinformować moją dawną belferkę, że jej córka ma szansę na pracę, no i poznać moją protegowaną osobiście. Nie chciałam rekomendować osoby, której nigdy nie widziałam na oczy. Roma była szczerze uradowana moim telefonem, chociaż nie obyło się od uszczypliwości:
– Myślałam, że zapomniałaś o mojej córce. Z dziesięć dni minęło od mojego telefonu – powiedziała nieco urażonym tonem.
Puściłam tę uwagę mimo uszu i zaproponowałam termin, w którym jej córka miała się stawić w moim biurze.
– No nie wiem, czy Małgosia będzie mogła przyjść do ciebie w poniedziałek – westchnęła Roma. – Chodzi na francuski.
– Jak to chodzi na francuski? Podobno zna go biegle? – aż krzyknęłam z przerażenia.
Przecież dopiero co zapewniałam Dagmarę, że moja protegowana doskonale zna trzy języki!
– Na konwersacje chodzi, żeby nie zapomnieć. Wiesz, z językiem jak z grą na instrumencie: trzeba ćwiczyć – uspokoiła moje obawy belferka.

Małgosia wkroczyła do mojego biura pewnie, choć spóźniła się 15 minut. Po krótkiej rozmowie przekonałam się, że dziewczyna jest pewna siebie, może nawet trochę bezczelna, ale bystra. To najważniejsze. Zadałam jej kilka pytań po angielsku – odpowiedziała poprawnie, bez wahania. Po francusku zagadałam stałym swoim tekstem o pogodzie, bo w sumie sama kiepsko znam ten język. I znów usłyszałam to, czego oczekiwałam. Z rosyjskiego przy mojej znajomości tego języka nie ośmieliłam się jej egzaminować.
Świetnie. Jest pani umówiona w czwartek o ósmej – podałam dokładne namiary Dagmary.
– Jak już wspomniałam, chodzi o kontakty handlowe z Rosjanami, ale szczegóły pozna pani na miejscu – dodałam, oddychając z ulgą, bo dziewczyna robiła dobre wrażenie.

Minął tydzień, w nawale obowiązków zapomniałam o sprawie. Dopiero po kilku dniach zadzwoniłam do Dagmary, żeby zapytać, co u panny Milewskiej.
– Panna Milewska… No cóż, przykro mi, Zosiu, ale to jakieś nieporozumienie – Dagmara była wyraźnie zmieszana. – Mówiłaś, że ona zna rosyjski… Zapewniałaś, że biegle.
– Bo tak mnie też zapewniała jej mama – powiedziałam, czując, jak oblewa mnie zimny pot.
– Czyli po prostu nie wiedziałaś, że panna nie zna rosyjskiego. Ni w ząb! Zamierzała iść na kurs od nowego semestru… To znaczy, spodziewała się, że ja ją wyślę na taki kurs, bo jest drogi, więc bez potrzeby by sobie nie zawracała głowy – w głosie Dagmary słyszałam wściekłość. – Tak właśnie powiedziała: „Nie zawracałabym sobie głowy”.

Zupełnie nie wiedziałam, jak mam się zachować, jak przepraszać Dagmarę. Niby moja koleżanka poza czasem na rozmowę nic nie straciła, nie zainwestowała w pracownika bez kwalifikacji, a jednak czułam się fatalnie. Bo zapewniłam ją o czymś, czego sama nie wiedziałam na pewno. Nigdy więcej już nie popełnię takiego błędu. Po rozmowie z Dagmarą wybrałam numer Romy. Nie odbierała telefonu. Podobnie jej córka.

Zastanawiałam się, jak można być tak bezczelnym. Nurtowała mnie jeszcze jedna myśl: czy tylko ja padłam ofiarą kłamstwa mojej dawnej nauczycielki. Niestety, tego się pewnie nie dowiem. Gdy uspokoiłam trochę nerwy, zadzwoniłam do Ryśka.
– Czy twój syn zna rosyjski?
– Trochę gada, gorzej z pisaniem, a co? – zainteresował się kumpel. – Masz robotę dla niego?
Nie, ale rosyjski ma przyszłość. Powiedz synowi, żeby się w nim podciągnął.

Redakcja poleca

REKLAMA