Słodka idiotka

Przez całe życie byłam „cukiereczkiem”, śliczną i głupią istotą, która nie ma prawa głosu w żadnej sprawie. Zwłaszcza dotyczącej jej samej. Aż w końcu powiedziałam: „Dość!”

fot. Fotolia
Kiedy słyszę, jak ludzie narzekają na swój los, na to, że nie mają wpływu na własne życie – chce mi się śmiać. Choć czasami po prostu się złoszczę. Bo to tylko z wygody. Lenistwa. Strachu. Ja też bałam się przez bardzo długi czas. Lecz pewnego dnia się zbuntowałam.

W pewnym sensie początkiem mojego istnienia był dzień, gdy obudziłam się w szpitalu. Nie wiedziałam, kim jestem, jak się nazywam ani skąd się tam wzięłam. Przez ponad 48 godzin próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek, lecz w głowie miałam pustkę. Żadnych obrazów. A jednak musiało mi się przydarzyć coś strasznego, skoro – jak dowiedziałam się drugiego dnia podczas lekarskiego obchodu – miałam pękniętą śledzionę, obitą nerkę, złamaną rękę, a moje piersi, brzuch i uda zostały pocięte czymś ostrym. Nienaruszona została tylko twarz. Co mi się stało? Kogo tak bardzo wkurzyłam? Jakiegoś gangstera? A może psychopatę?

Trzeciego dnia obudziły mnie głosy dwóch pielęgniarek. Rozmawiały półgłosem. Chyba sądziły, że ich nie słyszę.
– To na pewno jakaś dziwka, mówię ci – powiedziała pierwsza. – Pamiętasz jej ciuchy? Te, w których ją przywieźli? Żeby kupić same buty, musiałabyś pracować co najmniej miesiąc. No i te obrażenia. Na pewno dostała za swoje od alfonsa.
– Może i tak, ale wiesz co? Dla takiej twarzy, jaką ma ona, dałabym sobie to samo zrobić – westchnęła druga.
– Jesteś tak samo walnięta jak ta Jolka z laryngologii! – prychnęła tamta.
– Chyba nie powiesz, że nie chciałabyś mieć takiej ślicznej i słodkiej twarzy jak… – chwilę szukała w myślach właściwego słowa… – No, jak ten cukiereczek.

Wyszły, a ja zostałam sama. I nagle… moją głowę zalały obrazy. Słowo „cukiereczek” nieoczekiwanie stało się wytrychem do mojej pamięci. To było tak, jakby wspomnienia, jakbym JA powracała stopniowo, zaczynając od samego początku. Najpierw była miłość matki i babci.
– Agniesia, mój mały aniołeczek, moja śliczna dziewczynka – słyszałam. – Te oczka, ta buźka… Och, jesteś taka słodka, że mama mogłaby cię zjeść, cukiereczku!
Sukienka w falbanki. Wielki stół zastawiony jedzeniem. To chyba jakieś święta.
– Zaśpiewaj ciociom – prosiły zachwycone głosy. – Czy nie jest piękna?

Na nic się zdał rozsądek ojca, który przekonywał, że nie można się rozczulać nad dzieckiem. Kobiety go zakrzyczały.
– Złapie bogatego męża, nie będzie pracować, tylko leżeć i pachnieć… Agnisiu, czyż pan mecenas nie jest przystojny? I ma taki wielki, piękny dom. Ze służbą.
Wraz z upływem czasu przypominałam sobie coraz więcej. Miałam wrażenie, że przed oczami otwierają mi się kolejne karty księgi mojego życia. Czytałam je zachłannie, choć jednocześnie coraz bardziej bałam się tego, co na nich znajdę.

Zawsze kochałam zwierzęta. Dużo o nich czytałam, chciałam zostać weterynarzem. Ale mama nie pozwoliła mi iść na studia. Prawdę mówiąc, wcale mnie nie słuchała. Nie wiem nawet, czy dotarło do niej, o czym tak naprawdę marzę. Razem z babcią ułożyły scenariusz mojego życia, jeszcze zanim skończyłam podstawówkę. Podobnie jak zakrzyczały ojca, tak zniewoliły mnie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym im powiedzieć: „Nie!”. Przecież robiły to wszystko dla mojego dobra, ze szczerej miłości...
Jak to jest, że ci, którzy nas najbardziej kochają, potrafią nas tak skrzywdzić? Mecenas S. rzeczywiście należał do ludzi przystojnych, i do tego bogatych. Pracował jako doradca dla ludzi, którzy nie zawsze działali w zgodzie z prawem. Miałam 17 lat, gdy zobaczył mnie po raz pierwszy. Nie było to zupełnie przypadkowe spotkanie. Zaaranżowała je babcia, która znakomicie orientowała się, kto jest kim na matrymonialnym rynku. Mecenas (jak zawsze nazywałam go w myślach) miał wtedy 44 lata, a kawalerem był z wyboru. Ślub wzięliśmy kościelny, na wieczność, jak nakazuje tradycja. Jego majątek stał się i moim…

Jako pannę młodą ubrano mnie na biało od stóp do głowy, na hucznym weselu bawiło się ponad dwieście osób.
– Oddaję cię pod opiekę męża, córeczko – powiedziała mama drżącym ze wzruszenia głosem po wyjściu z kościoła.
Zobaczyłam we wspomnieniach jej twarz. Była dumna i szczęśliwa. Pewna, że obsypała mnie płatkami róż, między którymi przebłyskują oka brylantów wielkości kurzego jajka. Ona naprawdę mnie kochała. Nie mogę jej winić...

Tak właśnie myślałam przez wiele lat: „Nie mogę jej winić”. Ani jej, ani babci, ani ciotek… Więc dlaczego cały świat zwalił mi się na głowę? Przez kogo? Mecenas też mnie kochał. Na swój sposób. Byłam jego klejnotem i cukiereczkiem, jak zaczął powtarzać za mamą i babcią. Wszyscy mu zazdrościli takiej pięknej żony. Stałam się ozdobą jego domu i wydawanych przez niego przyjęć. Gdy nie wychodziliśmy z domu, rzeczywiście tylko leżałam i pachniałam. No i wieczorami dawałam się kochać. Nie zdarzało się to często, ponieważ Mecenas był ciągle zajęty pracą. Z małżeńskimi obowiązkami uwijał się szybko i sprawnie. I ciągle pytał, czy już zaszłam w ciążę.

To wszystko przygnębiało mnie coraz bardziej. Czułam się znużona, wręcz śmiertelnie zmęczona pustym, beznadziejnym życiem, które wiodłam. I mówiłam o tym, a jakże! Tłumaczyłam mężowi, że chcę robić coś pożytecznego, chcę iść do jakiejś szkoły. Że oprócz twarzy i ciała mam także mózg. Mówiłam mu to w trzech językach, których nauczyłam się sama w czasie długich samotnych wieczorów. Opowiadałam o zwierzętach i mojej ogromnej miłości do nich...

Mecenas jednak, podobnie jak wcześniej mama i babcia, mnie nie słuchał. Byłam tylko kolejnym klejnotem w jego kolekcji drogocennych rzeczy. Pięknym przedmiotem – nie kobietą, nie człowiekiem. Gdy płakałam, kupował mi ciuchy i złote bransoletki. Był taki wyrozumiały, pobłażliwy, taki… protekcjonalny. Jego słodka idiotka znów kaprysi, więc trzeba jej dać jakąś nową zabawkę. Ale przede wszystkim zrobić jej dzidziusia. I wreszcie mu się udało. Gdy urodziłam dziecko, myślałam, że wszystko się zmieni. Zostałam przecież matką, Mecenas zacznie więc traktować mnie poważnie. No i będę miała się kim opiekować, a wtedy moje życie nabierze sensu.

Jednak nie doceniłam siły zaborczej miłości swoich najbliższych. Agniesia przecież nie może się męczyć, nie może się babrać w pieluchach! A poza tym... Cóż ona wie o wychowywaniu dzieci? W życiu nie zmywała naczyń, nie ugotowała obiadu, nie opiekowała się nikim. Małym zajmą się niania i babcia... Krzyczałam i prosiłam, lecz znowu nikt mnie nie słuchał. Patrzyli na mnie z pobłażaniem, głaskali po blond główce.
– Koteczku, wychowywanie dziecka to nie zabawa lalkami. To ciężka i odpowiedzialna praca. A ty, cukiereczku, jesteś taka śliczna… – słyszałam i wiedziałam, że mają mnie za kompletną kretynkę.
Może i rzeczywiście byłam głupia. W końcu przeżyłam z Mecenasem kilka lat i nie zorientowałam się, że coś jest z nim nie tak. To przyszło później.
Taśma filmowa urwała się. Leżałam w ciemności szpitalnej sali, głośno dysząc. Skoczył mi puls. Urządzenia medyczne zarejestrowały anomalię i powiadomiły pielęgniarki. Te wezwały lekarza.
– Dobrze się pani czuje? – spytał.
Mrugnęłam oczami, że tak.
– Skąd ten przyspieszony puls? Czy coś sobie pani przypomniała?
Patrzyłam nieruchomo w sufit. Lekarz prawdopodobnie uznał, że to fałszywy alarm. Mój puls wrócił do normy.

Wkrótce znowu zostałam sama. Bałam się zamknąć oczy, aby straszne obrazy nie powróciły. Nie chciałam pamiętać. Pragnęłam trwać w błogiej nieświadomości. A jednak nie mogłam wiecznie uciekać od przeszłości… Trzeba było się z nią wreszcie zmierzyć i przypomnieć sobie każdy szczegół tej pięknej bajki, którą wyreżyserowali dla mnie inni, a która po pewnym czasie przekształciła się w horror.
Tamtego upalnego, czerwcowego dnia, pół roku po porodzie, miałam już wszystkiego dość. Postanowiłam zażądać rozwodu. Wiedziałam, że czeka mnie ciężka walka, bo przecież nie było nikogo, kto by mnie poparł. Wiedziałam, że gdy zdecyduję się na ten krok, moi najbliżsi staną się wrogami. Matka niczego nie zrozumie. Obie z babcią będą przerażone głupotą, która kazała mi podjąć próbę wyłamania złotych krat.

Musiałam znaleźć coś, co mogłoby mi pomóc w walce o rozwód i dziecko. Wiedziałam, że Mecenas jest wmieszany w jakieś ciemne sprawki i postanowiłam wykorzystać ten fakt przeciw niemu. Cztery lata po ślubie po raz pierwszy weszłam do gabinetu Mecenasa. Nie było go w biurze, a ja skłamałam sekretarce, że chciałabym mężusiowi zrobić niespodziankę i zostawić mu coś w szufladzie. Kiedy zostałam sama, zaczęłam przeglądać dokumenty i pliki w komputerze, przeszukiwać szuflady biurka. Przez przypadek zahaczyłam bransoletką o płytę CD przyklejoną taśmą do spodu szuflady. Gdy odtworzyłam ją na jego komputerze, zrobiło mi się niedobrze. Mecenas był subskrybentem programów z dziecięcą pornografią i członkiem homoseksualnego klubu starych lowelasów wykorzystujących młodych chłopców…

Chyba jednak nie byłam aż taka głupia, bo od razu zorientowałam się, co mnie spotkało. Mój mąż ożenił się z najpiękniejszą dziewczyną, jaką mógł sobie znaleźć, i zrobił jej dziecko, żeby nikt się nie domyślił, jakie naprawdę ma upodobania. Służyłam mu jako przykrywka! Zrozumiałam, że Mecenas nigdy, nawet przez chwilę, nie darzył mnie uczuciem. A kto wie, może podczas naszych wspólnych nocy wręcz czuł do mnie obrzydzenie?! Zmuszał się, żeby mnie dotykać, całować, a w tym samym czasie w jego głowie powstawały ohydne obrazy…

Z kancelarii natychmiast pojechałam do domu. Tu szybko spakowałam wszystkie swoje rzeczy. Nie brałam złotych pierścionków i bransoletek. Miałam dostęp do sejfu, gdzie leżało kilkadziesiąt tysięcy złotych w złotówkach i dolarach. Nawet nie tknęłam tych pieniędzy. Zabrałam jedynie ciuchy i moją córeczkę. Wyjechałam do innego miasta. Próbowałam znaleźć pracę, ale nic nie umiałam – nawet zmywać naczyń. Jedyne, co mi wychodziło, to podrywanie facetów. Wystarczyło, że mrugnęłam. Przygarnęła mnie uliczna prostytutka.

Znalazłam się w przedziwnym stanie psychicznym: niby żyłam, chodziłam, jadłam, mówiłam, a jednocześnie wszystko wokół było jakby nierzeczywiste. Brałam, co dawał mi dzień. Gdy ja albo moja córeczka byłyśmy głodne, po prostu szłam na ulicę, zostawiając ją pod opieką uczynnej sąsiadki. Gdy się najadłam, spałam lub leżałam w ciemnym pokoju. Po kilku miesiącach takiego życia wylądowałam w szpitalu, bo skatował mnie pijany klient. Czemu to zrobił? Dostał białej gorączki, bo nie umiałam się śmiać... Jak przez mgłę widziałam siebie, jak siedzę nieruchomo i z kamienną twarzą patrzę na coraz bardziej wściekającego się, pijanego faceta… Pamiętam, że zanim się napił, był eleganckim, kulturalnym prezesem firmy, o nienagannych manierach. Potem wyszło z niego bydlę, cham i damski bokser. Wściekł się za to, że „nie mam za grosz poczucia humoru”.

Tydzień później przy moim szpitalnym łóżku pojawiły się babcia i mama. Kiedy pierwsza zaczęła płakać, nazywając mnie „swoim skrzywdzonym cukiereczkiem”, kazałam im się wynosić. Podejrzewam, że nigdy nie słyszały przekleństw, którymi bluznęłam w ich stronę. Ostre słowa były moją jedyną tarczą, żeby znowu mnie nie oblepiły, nie ubezwłasnowolniły, ulizały, zacałowały i zalały czułymi łzami. Potem zjawił się Mecenas. Oczywiście nie rozumiał, co się stało. Był zaskoczony, że… Skonfundowany, ponieważ… Zdesperowany, gdyż…

Godzinę po naszej rozmowie zgodził się na wszystkie postawione mu przeze mnie warunki rozwodowe. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że oddycham. Niedawno skończyłam 28 lat. Zamierzam zdać maturę i iść na studia. Nadal uważam weterynarię za najpiękniejszy kierunek studiów. Wiem, będzie mi ciężko. Mam małe dziecko i żadnej pomocy. Za pieniądze, które dostałam od Mecenasa, kupiłam kawalerkę. Mój tata jest jedyną osobą, która może przekraczać próg tego mieszkania. Na razie nie pozwolę, by ktoś inny – prócz niego – bawił się z Justysią. Wiem bowiem, że na pewno nigdy nie przyjdzie mu do głowy powiedzieć do swojej wnuczki: „Cukiereczku”.
SKOMENTUJ (0)
Sałatka z makaronem ryżowym - Kasia gotuje z Polki.pl
KOMENTARZE (0)