Wybrać marzenia czy pomóc córce?

Miałam dwa wyjścia. Pracować i zostawić córkę w potrzebie, albo pomóc Pauli przy dzieciach i zrezygnować ze swoich marzeń.

Wybrać marzenia czy pomóc córce? fot. Fotolia

Kiedy myślę o mojej babci, mam przed oczami drobną staruszkę w wykrochmalonym fartuchu. Była cudowną, ciepłą kobietą, zawsze wyrozumiałą, cierpliwą, z wielkim sercem nie tylko dla nas, ale i dla wszystkich dzieciaków z ulicy. Babcia zawsze wyglądała w moich oczach jak dobra wróżka, serdecznie uśmiechnięta, w malutkich bucikach obszytych czerwonym futerkiem, wyczarowująca cukierki z kieszeni fartucha.

Sądziłam, że kiedy sama zostanę babcią, będę właśnie taka jak ona. Widziałam siebie w fartuszku, uczesaną w zgrabny, siwy koczek, mieszającą w rondlu kajmak, którego zapach przyciąga do mojego domu dzieci z całego sąsiedztwa. Cóż, rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej…
– Mamo, jestem w ciąży – oznajmiła mi córka w klasie maturalnej i tak zostałam babcią w wieku czterdziestu pięciu lat. Paulina była najstarsza z mojej trójki i kiedy urodziła synka, jej brat, a mój najmłodszy syn, miał dopiero sześć lat. Druga córka – dziesięć. Ustaliłam z Paulą, że nie porzuci szkoły i w miarę możliwości będzie starała się dostać na studia. To oczywiście wymagało ode mnie zaangażowania w wychowanie Maksa, mojego pierwszego wnuka.

– Nie miałam czasu nic dzisiaj ugotować… – wyznawała szczerze przez telefon. – Możemy wpaść z Maksiem na obiad?
– Zapraszam – odpowiadałam. – Kajtek, dostaw dwa talerze! – krzyczałam do syna.
– Maksio jest przeziębiony, a ja nie mogę nie iść na wykłady – to był jej kolejny problem. – Ze żłobka mi go wyrzucą, ale może mogę go podwieźć do ciebie, mamo?
I tak cały dzień siedziałam w domu, więc zgodziłam się, bo co innego mogłam zrobić? A potem Kajtek stracił tydzień w pierwszej klasie, bo złapał coś od siostrzeńca.
– Mam pojutrze egzamin – wysapała raz, stawiając na podłodze Maksa okutanego w zimowe rzeczy – a on nie daje mi się uczyć… Możesz się nim zająć do czwartku?

Pamiętam, że to była pierwsza noc, kiedy wnuczek spał u nas. Byliśmy już wtedy z Mietkiem po rozwodzie, Kajtek miał dziesięć lat, jego siostra czternaście, a ja myślałam o powrocie do pracy. Tyle lat z dziećmi w domu wystarczyło – chciałam znów się rozwijać, wykazać się czymś więcej niż umiejętnością miksowania zupek i poprawiania zadań z przyrody. Dzieciaki już były duże. Ania, moja nastolatka, świetnie radziła sobie z odgrzewaniem obiadów i pilnowaniem młodszego brata, żeby zjadł. Naprawdę spokojnie mogłam zająć się wreszcie własną karierą.
– Ale jak to: szukasz pracy? – Paulina na tę wieść zrobiła przerażoną minę. – Ja cię potrzebuję… Maks cię potrzebuje…
Spojrzałam na jasną główkę mojego malutkiego wnusia grającego z wujkiem na konsoli i nagle zrobiło mi się go szkoda. Paula skończyła już studia i miała pracę, a nawet dwie. Z jednej często biegła do drugiej, w przerwie odbierając synka z przedszkola i podrzucając go do mnie. Co się stanie z małym, kiedy ja dostanę pracę zmianową? Taki miałam zamiar, bo chciałam pracować w handlu. A sklepów nie zamyka się przecież o siedemnastej.
– Może jeszcze do końca roku się wstrzymam – poświęciłam się w końcu. – Ale potem szukam pracy na poważnie.

Maks, jak to małe dzieci, często chorował i bywały takie miesiące, kiedy spędzał w przedszkolu nie więcej niż pięć dni. Przez resztę miesiąca przebywał u mnie, a kiedy był bardzo chory, to ja siedziałam u Pauli. Moje dzieci radziły sobie dobrze same i często wpadały, kiedy opiekowałam się ich siostrzeńcem, lecz prawda była taka, że poświęcałam wnukowi więcej czasu niż im.
– Paulinko, ta twoja dodatkowa praca to jest na długo? – zapytałam w końcu najstarszą córkę, która pracowała po dziesięć, czasem nawet dwanaście godzin na dobę.
– Tak długo, jak będzie trzeba – westchnęła, a ja zrozumiałam, o czym myśli. Ojciec Maksa, jej były chłopak, kombinował, jak mógł, byle tylko nie dawać pieniędzy na własne dziecko. Paulina harowała jak wiele samotnych matek, ciągnęła pracę na dwie zmiany, byle tylko więcej zarobić,
a ja zajmowałam się Maksem.

Którejś wiosny jednak zobaczyłam światełko nadziei w tym codziennym kieracie.
– Na twoje urodziny przyjdę z kimś – powiedziała Paula. – Ma na imię Szymon.
Trudno powiedzieć, żebym od razu polubiła Szymona. Widać było jednak, że zależy mu na mojej córce. I choć jak na mój gust był zbyt zamknięty w sobie, wręcz gburowaty, to nie pisnęłam o tym córce ani słówkiem.
– Myślicie o ślubie? – zagadnęłam ją raz mimochodem, udając, że wcale nie liczę
z całego serca na odpowiedź twierdzącą.
– O ślubie to raczej nie, ale zamieszkamy razem – popatrzyła na mnie badawczo.
– Przeszkadza ci, że się nie pobierzemy?
– Ależ skąd! To twoja decyzja, kochanie! – zawołałam, chociaż tak naprawdę nie uszczęśliwiało mnie ich postanowienie.

Byłam jednak skłonna zaakceptować wszystko, byle tylko córka miała z kim dzielić trudną codzienność. Byle ktoś ją choć trochę odciążył, dołożył do ich domowego budżetu, pomógł w obowiązkach. Przez jakiś czas było dużo lepiej. Szymon dobrze zarabiał, zajmował się Maksem.
– Zgłosiłam się na ekspedientkę w piętnastu butikach w naszej galerii handlowej – pochwaliłam się córce pewnego dnia.
– Trochę się boję, że wszędzie szukają tylko młodych dziewczyn, ale a nuż się uda?
Miałam już pięćdziesiątkę na karku, ale przez całe życie dbałam o siebie, więc zachowałam szczupłą sylwetkę i ładną cerę. Mówiono mi, że wyglądam młodziej i patrząc w lustro po wizycie u fryzjera oraz
w sklepie odzieżowym, gdzie kupiłam modny żakiet, byłam skłonna w to uwierzyć.
– Proszę przyjść na rozmowę – usłyszałam w końcu przez telefon i natychmiast zadzwoniłam do najstarszej córki.

Sądziłam, że mi pogratuluje i powie, że na pewno sobie poradzę, jednak ona prychnęła niezadowolona i zaczęła pytać, czy to na pewno dobry pomysł i czy powinnam
w moim wieku zaczynać nową pracę.
– Wszyscy jesteśmy w tym samym wieku! W dwudziestym pierwszym! – odparowałam, bo zdenerwowały mnie jej słowa. – Dlaczego się nie cieszysz jak ja?
– Cieszę się, cieszę… – wymamrotała, a ja wiedziałam, że to było nieszczere. Od jakiegoś czasu nasze relacje wydawały się nieco napięte. Paulina wyczuwała, że chciałabym, by sformalizowała swój związek, i reagowała złością nawet na moje zupełnie niewinne spojrzenia czy uwagi. W końcu nakrzyczała na mnie, że małżeństwo jest przereklamowane, a ona nie zamierza bawić się w jakieś podpisywanie świstków, bo kocha Szymona i jest pewna jego uczuć. Potem już bardzo uważałam, aby w jej obecności mówić o sprawach odległych od takich tematów jak małżeństwo, ślub czy wesele. Nie chciałam się kłócić.

Pracę dostałam. W salonie z akcesoriami niemowlęcymi i odzieżą dla przyszłych mam szukano dojrzałej kobiety, która wzbudzałaby w klientkach zaufanie. Kierowniczka powiedziała mi, że kiedy zatrudniali młode dziewczyny, które wyraźnie macierzyństwo miały jeszcze przed sobą, klientki traktowały je z dużą nieufnością.
– Świetnie pani sobie u nas radzi – pochwaliła mnie po pierwszym miesiącu. Przez lata siedzenia w domu odzwyczaiłam się od pracy, więc ucieszyłam się. Do butiku przychodziła szczególna klientela, kobiety zwykle już z dużymi brzuszkami były zagubione, często wstydziły się, że nie mają pojęcia o podgrzewaczach i sterylizatorach. Służyłam im radą, odwoływałam się do własnego doświadczenia, udzielałam wsparcia. Do tego większość miała problem ze znalezieniem ładnych ubrań ciążowych, a ja pokazywałam im, że w naszych sukienkach czy bluzkach wciąż mogą wyglądać elegancko, a nawet seksownie.

Sytuacja w domu była ustabilizowana. Kajtek po szkole pędził na treningi piłki nożnej, Anka coś pichciła, oboje dobrze się uczyli. Nie musiałam ciągle nad nimi czuwać i bez wyrzutów sumienia poświęcałam się pracy. Czułam, że wreszcie mogę rozwinąć skrzydła. Szefowa zawsze pytała mnie o zdanie przy urządzaniu wystawy, przedstawiłam jej też swój pomysł na karty lojalnościowe. Dzięki temu mogliśmy poszerzyć asortyment o wózki i rowerki dziecięce.
– Teresko – zwróciła się raz do mnie pewnego dnia – od przyszłego tygodnia muszę pilnować otwarcia nowego sklepu w Krakowie. To potrwa minimum trzy miesiące, zanim interes się rozkręci, personel wyszkoli i tak dalej. Chciałabym, żebyś przez ten czas zastąpiła mnie tutaj. Co ty na to?
Co za radość! Dostałam awans i nawet jeśli miałam piastować nowe stanowisko tylko przez kilka miesięcy, to i tak był to fantastyczny zwrot w karierze zawodowej! Zgodziłam się z entuzjazmem.

Niestety z mniejszą radością zareagowała na to moja najstarsza córka.
– Miałam ci powiedzieć dopiero za parę tygodni, ale co tam… – westchnęła. – Jestem w ciąży, mamo. Cieszysz się?

Jasne, że się ucieszyłam! Znów miałam zostać babcią, to był wspaniałe. Wkrótce potem okazało się, że urodzi się dziewczynka. Rodzice wybrali dla niej imię Julia. Przez następne miesiące zarządzałam naszym butikiem i zbierałam pochwały zarówno od szefostwa, jak i od klientek. Naprawdę dobrze mi szło. Nic więc dziwnego, że po powrocie szefowa zaproponowała mi na stałe stanowisko kierowniczki. Sama postanowiła przejść do innego działu, zajmującego się zarządzaniem marką.
– Jesteś gotowa? Startujesz za trzy miesiące – przypominała mi raz po raz.
– Oczywiście – odpowiadałam. Naturalnie przed objęciem nowego stanowiska musiałam przyswoić solidną porcję wiedzy, jak choćby prawo konsumenckie, sposoby rozpatrywania reklamacji i wiele innych zagadnień. Często uczyłam się wieczorami w domu. Dzieci to rozumiały
i starały się być samodzielne.

Wszystko zdawało się układać idealnie. Miałam stabilną sytuację finansową, dzieciaki same umiały zadbać o siebie, czekał mnie awans i nadal zbierałam pochwały. I wtedy okazało się, że kiedy wszystko idzie zbyt dobrze, to coś musi pójść źle – ot tak, dla równowagi.
– Mamo! On mnie zostawił! – Paulina zadzwoniła w środku nocy w kompletnej histerii. – Powiedział, że kogoś ma! Nazwał ją „swoją dziewczyną”, rozumiesz?! A skoro tak, to kim ja dla niego byłam?!
Długo ją uspokajałam, gryząc się w język, by nie powiedzieć, że gdyby była jego żoną, nie musiałaby zadawać takich pytań. „Dziewczynę” łatwo jest wymienić na inną, żonie należą się przynajmniej alimenty i część majątku. Ale tego nie powiedziałam. Wciąż trzymając komórkę przy uchu, pojechałam do Pauliny i zostałam u niej na noc. Była roztrzęsiona i zrozpaczona, Maks przy śniadaniu zwymiotował, pewnie z nerwów, biedne dziecko. Paula zaczęła płakać i żalić się, że nie poradzi sobie sama z dwójką dzieci, i że świat się na nią wypiął.

Miałam ochotę uprzytomnić jej, że Szymon to nie cały świat, lecz zamiast tego umyłam buzię Maksowi, pozmywałam naczynia i zaproponowałam córce, żeby położyła się choć na chwilę, bo w ósmym miesiącu ciąży nie powinna tak się forsować.
– Mamo… – zawołała mnie, kiedy już opanowałam sytuację w domu, odprowadziłam Maksa do przedszkola i przyniosłam jej zakupy. – Mamusiu, powiedz, że ty mnie nie zostawisz… – miała oczy szklane od łez i poczułam, że serce mi się kraje. – Nie poradzę sobie sama… Pomożesz mi ze wszystkim, prawda? Tak jak przy Maksie?
Otworzyłam usta, jednak nie mogłam wydobyć z nich żadnego dźwięku. Przed oczami stanęły mi ostatnie miesiące w pracy, intensywna nauka, przygotowania do przejścia na nowe stanowisko, pytania szefowej, czy na pewno jestem gotowa, i moje gorliwe potwierdzanie za każdym razem.
– Mamo… – Paula znowu jęknęła i przetoczyła się na brzeg łóżka. – Tylko ty mi zostałaś… Nie zostawisz mnie, prawda?
W tym momencie skrzywiła się i chwilę później w panice dzwoniłam po taksówkę. Wyglądało na to, że pod wpływem stresu córka zaczęła mieć przedwczesne skurcze.

Oczywiście na izbie przyjęć przyjęto ją poza kolejnością. Naprawdę rodziła! Zaniepokojeni lekarze nie pozwolili mi na poród rodzinny, chociaż Paulina krzyczała, że tego żąda. W ostatniej chwili
w całym tym zamieszaniu przypomniałam sobie, że Maksymilian czeka w przedszkolu i czym prędzej wysłałam po niego Anię. Wcześniej już kilka razy zdarzyło się jej go odebrać, więc byłam spokojna.
– Jesteśmy już! Cześć, mamo! – zdumiałam się na widok mojej córki, syna i wnuka w szpitalnym korytarzu pół godziny później. Właśnie nerwowo krążyłam pod salą pooperacyjną, gdzie leżała Paulina, której w końcu zrobiono cesarskie cięcie. Trwał obchód i wyproszono mnie znad łóżka córki. Wnuczka, drobniutki wcześniak, leżała w inkubatorze i na szczęście była zdrowa.
– Masz siostrę, kochanie! A wy siostrzenicę! – uściskałam całą trójkę. Bardzo się cieszyli, zwłaszcza gdy usłyszeli, że z małą wszystko w porządku. We czwórkę odwiedzaliśmy je obie przez cały tydzień, potem zaś Paulinę wypisano, a maleństwo zostało jeszcze na oddziale. Wróciłam do pracy, a córka do domu.

– Jesteś gotowa, Teresko? – znów spytała szefowa, a ja z przerażeniem uświadomiłam sobie, że wielki dzień już pojutrze…
Oficjalna zmiana na stanowisku kierownika salonu! Moje nazwisko już pojawiło się na stronie internetowej sieci, mój awans stał się faktem! A ja byłam w rozsypce…
– Mamo, przyjedziesz? Boli mnie brzuch po zdjęciu szwów i nie mogę się schylać do Maksa. A on się źle czuje i ciągle chce na ręce… – kilkanaście minut przed wyjściem na spotkanie na temat przejęcia nowych obowiązków odebrałam rozpaczliwy telefon od córki. – Przyjedziesz?
– Ale ja musze jechać do pracy…
– Mamo! Mam pocięty brzuch, dziecko w szpitalu, a drugie chore! Jak możesz mówić o pracy? – w tonie Pauliny zabrzmiały histeryczne nuty. – Ty też chcesz mnie zostawić?! Wypiąć się na mnie?!
Chciałam się wytłumaczyć, ale przerwał mi pisk Maksa w tle i Paulina przerwała połączenie. Co robić?! Właśnie zaczynałam się rozwijać zawodowo i miałam szansę na większe zarobki, a tu moja dorosła córka przeżywała życiowy kataklizm i oczekiwała, że jej pomogę. „Znowu” – szepnęło mi coś do ucha. „Jest dorosła – dodał ten sam głosik. – To już nie nastolatka w ciąży, tylko prawie trzydziestoletnia kobieta, która uznała, że ślub nie jest jej do niczego potrzebny…”. Skarciłam się za te myśli. Paula miała prawo do własnych wyborów. Nie chciała brać ślubu, kiedy zaszła w ciążę – jej sprawa. Ale teraz Szymon nie czuł się nawet zobowiązany do odwiedzenia jej w szpitalu!

Westchnęłam ciężko i spojrzałam przez okno. Był piękny czerwcowy poranek. Niedługo wakacje. Anka i Kajtek jeszcze spali. Paulina była w histerii. Co teraz? Mam rzucić wszystko, by poświęcić się wychowaniu wnuczki? Zapomnieć o swoim życiu i znowu ratować Paulinę? A co potem? Mała podrośnie, córka w końcu znajdzie kolejnego faceta i stworzy szczęśliwą rodzinę, a ja? Będę bezrobotną starszą panią, która zupełnie nic w życiu nie osiągnęła…
– Mamo? – drgnęłam, kiedy usłyszałam to słowo, bo ostatnio oznaczało jedynie roszczenia. – Czy Paulina chce, żeby jej pomóc? Bo może ja bym pojechała?
Ania stała w drzwiach z moimi czółenkami w ręce. Kazała mi je włożyć i natychmiast pędzić do pracy. Poczułam przypływ czułości i wdzięczności wobec mojej dzielnej, mądrej i kochanej córeczki. Uściskałam ją, a potem pognałam na przystanek.

Muszę przyznać, że pierwszy dzień na nowym stanowisku był dla mnie trochę stresujący, ale dałam sobie ze wszystkim radę. Dopiero pod koniec dnia zerknęłam na komórkę i zdumiałam się, że Paulina nie zadzwoniła do mnie ani razu.
– Wszystko w porządku? – sama się do niej odezwałam po wyjściu z pracy. Bałam się, że nie odbierze, obrażona, że zamiast mnie przyjechała jej młodsza siostra. Ale w ciągu tego dnia podjęłam decyzję. Kochałam Paulę i moje wnuki, lecz nie podobała mi się myśl, że mam poświęcić im resztę życia. Odchowałam już swoje dzieci, również samotnie, i też nie było mi łatwo. Jednak nie wymagałam od nikogo, by rezygnował ze swoim planów, bo moje życie się waliło. Zamierzałam to Pauli powiedzieć.
– Wszystko okej, mamo – telefon odebrała Ania. – Był tu Szymon i powiedział, że chce być w porządku. Obiecał, że wynajmie opiekunkę na osiem godzin dziennie, żeby Paula miała pomoc. I wiesz co? Do końca sierpnia to ja będę tą opiekunką. On mi zapłaci. Super, nie? Mam wakacyjną pracę!
Nagle zachciało mi się śpiewać…

Mój niedoszły zięć numer dwa okazał się być lepszym człowiekiem niż numer jeden i wsparł Paulę finansowo. Anka pracowała jako niania do końca lata, potem Paula na stałe zatrudniła przemiłą starszą panią.
– Ma siwy koczek i nosi fartuszek – powiedziała mi Paulina. – Dzieci ją kochają. Julka chyba uważa ją za babcię. Masz coś przeciwko temu, żeby tak do niej mówiła?
– Nie, absolutnie! – zapewniłam ją. – To matka jest jedna, babć można mieć kilka.
Teraz moje wnuki mają trzy babcie. Mamę Szymona – miłą, skromną starszą panią
w kapeluszu, która czasem wpada do nich z prezentami; przyszywaną babcię Misię, ich opiekunkę, i mnie – szykowną panią kierownik dużego sklepu. I przyznam, że bycie taką babcią niezwykle mi odpowiada!

Więcej prawdziwych historii:

Sernik z rosą - Kasia gotuje z Polki.pl
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (4)
/rok temu
Fajne opowiadanie, ciekawie napisane, z emocjami, brawo dla autora
/rok temu
Gratulacje z podjetej slusznej decyzji. moja koleznka zrezygnowala z pracy aby pomoc corce, to byl najwiekszy jej blad -wychowywac wnukis iedzac w domu!!! rodzice wychowali swoje dzieci a tearz ich dzieci musz wychowac swoje dzieci a nie obarczac obowiazkami nianczenia wnukow bacie, dziadkow!!! bacie i dziadkowie musza zyc swoim zyciem, praca, jakims hobby.
/rok temu
Super! Jestem dumna, że podjęła Pani taką decyzję :) Córka powinna nauczyć się trochę samodzielności- to jeszcze nikogo nie zabiło ;)
POKAŻ KOMENTARZE (1)