„Jest moją przyjaciółką, powinna pożyczyć mi te pieniądze!”. Pytamy - czy to na pewno obowiązek przyjaciół?

Zawiodłam się na Jolce. Nie pomogła mi, choć przecież wiedziała, że mamy z mężem nóż na gardle.…

„Jest moją przyjaciółką, powinna pożyczyć mi te pieniądze!”. Pytamy - czy to na pewno obowiązek przyjaciół? fot. Fotolia

W najczarniejszych snach nie spodziewałam się, że mój mąż może stracić pracę. Był jednym z najlepszych handlowców w firmie. Tyrał dniami i nocami, ale trzeba przyznać, że przynosił do domu godziwe pieniądze. Przez ostatnich osiem lat żyliśmy w miarę dostatnio i regulowaliśmy na czas wszystkie rachunki. W tym raty kredytu hipotecznego na mieszkanie i pożyczki na jego urządzenie. Co prawda rodzice ostrzegali nas, że niepotrzebnie pakujemy się w olbrzymie długi i kupujemy sobie aż stumetrowy apartament, ale my wiedzieliśmy swoje. Wszystko dokładnie policzyliśmy, no i wyszło nam, że nas stać. Nie przewidzieliśmy tylko jednego. Że pewnego dnia możemy stracić jedną pensję. Na dodatek tę wyższą.

Gdy Tomek dostał wymówienie, byłam przerażona. On jednak tryskał optymizmem. Twierdził, że konkurencja przyjmie go z otwartymi ramionami. Niestety minął miesiąc, potem drugi i trzeci, a mąż ciągle był bez pracy. Dostał kilka propozycji, ale za połowę tego, co zarabiał do tej pory.
– Nie będę tyrał za marne grosze – denerwował się, gdy przychodził z rozmów kwalifikacyjnych.
I zapewniał, że jutro na pewno pójdzie mu lepiej. Niestety, zwykle było gorzej.
Szybko zaczęły się kłopoty. Moja pensja nie wystarczała nawet na rachunki, a co dopiero mówić o życiu! Przez kilka miesięcy jakoś jeszcze dawaliśmy radę wszystko płacić na czas. Sprzedaliśmy kilka cennych rzeczy, trochę pomogli nam rodzice. Ale potem źródełko wyschło. Z banków zaczęły przychodzić ponaglenia. Próbowaliśmy negocjować, ale niewiele to dało. Koniec końców stanęło na tym, że jeśli do 15 grudnia nie spłacimy zaległych rat i nie zapłacimy bieżących, to banki wypowiedzą nam umowy kredytu i pożyczki. A wtedy koniec, wszystko stracimy.

Byliśmy załamani. Suma nie była mała, prawie 12 tysięcy złotych. Nie wiedzieliśmy, do kogo zwrócić się o pomoc. W poszukiwaniu pieniędzy Tomek obdzwonił wszystkich kolegów i dalszych krewnych. Niestety okazało się, że oni także są pod kreską. I kiedy wydawało się, że nic nas już nie uchroni przed utratą całego majątku, Tomek nagle doznał olśnienia.
– Słuchaj, a Jolka? Z tego, co mówiłaś, wynika, że jej mąż jest nieźle ustawiony. Na pewno mają jakieś oszczędności! – zapalił się.
Aż walnęłam się w czoło. Że też wcześniej o tym nie pomyślałam! Jolka była przecież moją najlepszą przyjaciółką. Jeszcze z czasów szkolnych. I chociaż po maturze nasze drogi życiowe się rozeszły, to przyjaźń przetrwała. Nieraz wspierała mnie w trudnych chwilach, pocieszała, gdy w życiu mi się nie układało. A ja odwdzięczałam się jej tym samym. Co prawda nigdy wcześniej nie prosiłam jej o pożyczkę, ale byłam pewna, że i tym razem stanie na głowie, by mi pomóc.

Umówiłam się z nią jeszcze tego samego dnia, w kawiarni. Chciałam porozmawiać bez świadków, w cztery oczy. Jak przyjaciółka z przyjaciółką. Gdy tylko usiadła przy stoliku, opowiedziałam jej o naszych kłopotach. Ze szczegółami, od początku do końca. Myślałam, że natychmiast wpadnie mi w słowo i sama zaproponuje pomoc, ale tylko spuściła głowę.
– Słuchaj, nie będę ukrywać, jesteś naszą ostatnią deską ratunku. Jeśli ty nam nie pomożesz, to koniec, zabiorą nam wszystko – powiedziałam już bez ogródek.
– Chętnie bym was poratowała, ale nie mogę. Po prostu nie mam takich pieniędzy. Zarabiam tyle co ty – westchnęła.
– O rany, przecież wiem. Ale twój mąż ma świetnie prosperującą firmę. Na pewno coś tam odłożył w banku. Przecież to także twoje pieniądze. Pogadaj z nim. Znasz mnie, jak tylko Tomek dostanie pracę, oddam wszystko, co do grosza – zapewniłam ją.
– Przecież wiem, że oddasz. Ale tu chodzi o coś innego. Wiktor raczej nie pożycza pieniędzy. I w ogóle nie lubi, gdy wtrącam się do finansów. Nie wiem więc, czy warto zaczynać temat. Nie chcę, żeby się zdenerwował – wahała się.

Trochę mnie to wkurzyło.
– Słuchaj, to nie są żarty. Tu chodzi o moją przyszłość. A Wiktor świata poza tobą nie widzi i zrobi dla ciebie wszystko. Wystarczy, że dobrze się koło niego zakręcisz, i da ci każdą sumę. Obiecaj, że spróbujesz. Chcę chociaż święta spędzić w spokoju – powiedziałam, starając się trzymać nerwy na wodzy.
– No dobra, postaram się. Może nawet dzisiaj. I jutro dam ci odpowiedź – uśmiechnęła się.
Odetchnęłam z ulgą. Byłam pewna, że groźba eksmisji została zażegnana.

Przez cały następny dzień czekałam na wiadomość od Jolki. Niestety, telefon milczał. Gdy ja dzwoniłam, nie odbierała lub odzywała się poczta głosowa.
– Oj, coś mi się wydaje, że przyjaciółka wystawiła cię do wiatru i żadnej pożyczki nie będzie – westchnął mąż.
– Nie mów tak. Na Jolkę zawsze mogę liczyć! Może Wiktor jest wyjątkowo oporny i musi przekonywać go dłużej – protestowałam.
W głębi duszy sama jednak czułam, że coś jest nie tak…

Jolka zadzwoniła po dwóch dniach. Gdy zobaczyłam jej numer na wyświetlaczu, aż podskoczyłam z radości.
– Powiedz, że się udało! – krzyknęłam, zanim się jeszcze odezwała.
Usłyszałam, jak Jolka przełyka ślinę.
– No właśnie nie… Próbowałam porozmawiać z Wiktorem, ale natychmiast uciął temat. Nic na to nie poradzę – wykrztusiła.
Nogi się pode mną ugięły.
– A próbowałaś tych swoich sztuczek? – dopytywałam się rozgorączkowana.
– Nie było szans. Zaciął się – odparła.
Poczułam, jak robi mi się ciemno przed oczami.
– Żartujesz sobie ze mnie? Dziesięć tysięcy na buty i torebkę potrafiłaś sobie w ciągu jednej nocy załatwić. A niewiele więcej, na ratowanie mojej głowy, już nie? Ładna z ciebie przyjaciółka!
– wrzasnęłam i się rozłączyłam. Nie miałam ochoty słuchać dalej jej pokrętnych tłumaczeń.

Jestem wściekła i rozżalona. Nigdy więcej nie odezwę się do Jolki. Choć wydzwania, wysyła maile i SMS-y. Może sobie mówić, co chce, ale ja i tak myślę, że nie zrobiła wszystkiego, by nam pomóc. Gdyby naprawdę chciała, jakoś przekonałaby Wiktora, żeby udzielił nam pożyczki. A ona co? Poddała się, gdy ten tylko fuknął. Nigdy jej tego nie wybaczę. Tak nie postępuje przyjaciółka, prawda?

Przeczytaj więcej prawdziwych historii:

Sernik z rosą - Kasia gotuje z Polki.pl
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (15)
/2 miesiące temu
Moim zdaniem każdy musi ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje akurat w tym przypadku występuje niedocenienie różnych przypadków losu w życiu które mogą wystąpić w trakcie spłacania pożyczek i kredytów. Nic w życiu nie jest pewne.
/5 miesięcy temu
Historia jest bardzo typowa dla pewnej mentalności roszczeniowej. Najpierw wydaje się pieniądze bez umiaru, bierze kredyty (pewnie nie znając nawet tabliczki mnożenia) a potem obdzwania "przyjaciół" z żądaniami pożyczki pod grożbą zerwania tych niby przyjażni. Moja babcia mówiła: nie pożyczaj, bo to zły obyczaj. Mnie parę razy zdarzyło się postąpić wbrew radom mądrej babci. Straciłem i pożyczone pieniądze i "przyjaciół", śmiertelnie obrażonych, że nieśmiało proszę o zwrot swoich własnych pieniędzy.
/7 miesięcy temu
Aj,waj!Jaka krzywda stała się Dziuni. Chciało się być bogatą,bez" zaplecza politycznego",mieszkać w apartamantowcu za pieniądze przyjaciół! Ja muszę utrzymać sie z żoną za 27 zł dziennie i uważam że jest dobrze i nie biegam po pożyczki do kolegów!
POKAŻ KOMENTARZE (12)