Z życia wzięte - miłość od drugiego wejrzenia

Z życia wzięte fot. Fotolia
Uciekłam do miasta, kiedy facet wystawił mnie do wiatru. Miałam nadzieję pozbierać się i zostać silną, niezależną kobietą sukcesu
/ 09.06.2015 06:58
Z życia wzięte fot. Fotolia
W reszcie wyprowadziłam się z mojej rodzinnej wsi do miasta. Nie mogłam się nacieszyć tą myślą, podobnie jak nie mogłam się nacieszyć widokiem z okna pokoju, który wynajęłam. Patrzyłam na betonowe bloki, na samochody zaparkowane, gdzie tylko się dało, i na wysepki zieleni rozsiane to tu, to tam. Wcale mi nie przeszkadzało, że było ich tak mało. Miałam już dość wiejskich klimatów. Otwierałam nowy rozdział mojego życia – w mieście. Nowy, lepszy rozdział.

Miasto daje perspektywy i liczyłam na to, że zrobię tu karierę. Ale ponieważ od czegoś trzeba zacząć, to na razie zatrudniłam się jako kelnerka w restauracji z barem. Znałam już trochę tę robotę, bo pracowałam w zajeździe, który stał niedaleko wioski, przy dużej drodze, bo wojewódzkiej. Dlatego nowy pracodawca nie musiał mi długo tłumaczyć, jak to się robi. Szybko poznałam się z pozostałymi dziewczynami i zabrałam do pracy. Najpierw otwieraliśmy restaurację, a bar dopiero po osiemnastej. Chwilę przed osiemnastą przychodzili więc barmani.

Kiedy go zobaczyłam, omal nie wypuściłam z rąk tacy z jedzeniem. Byłam w takim szoku, że aż wsparłam się lekko na ramieniu klientki, która przechodziła obok. Dziewczyna obrzuciła mnie spojrzeniem pełnym oburzenia. Przeprosiłam ją, ale przyszło mi do głowy, że gdyby tylko wiedziała, kogo zobaczyłam, to spojrzałaby na mnie raczej ze współczuciem. Bo za barem stał Adrian. Chłopak, który był jednym z powodów, dla których postanowiłam wyjechać ze wsi, aby znaleźć lepsze życie w mieście. Wysoki, przystojny brunet o trochę figlarnym, a trochę dzikim spojrzeniu.

Poznaliśmy się dwa lata temu na dyskotece. Byłam młoda i głupia, więc nawet nie musiał się starać, żeby mi zaimponować. Od razu wpadł mi w oko. Kiedy tańczyliśmy obok siebie, sama zaczęłam się do niego uśmiechać. Sprawy potoczyły się bardzo szybko i już po kilku tańcach i drinkach wylądowaliśmy u niego w samochodzie. Wiem, że to nie było rozsądne, ale nie mogłam mu się oprzeć. Ale żeby nie było, że zdobył mnie w tym aucie całkowicie! On chciał, ale skończyło się na przytulankach. W końcu byłam dziewicą… Nie czekałam jednak bardzo długo z – jak mówiła moja babcia – oddaniem mu wianka. Po miesiącu z okładem było już po sprawie.

No i przez ten czas było naprawdę wspaniale. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo potem, z perspektywy tego, co się stało, inaczej oceniałam ten czas. Zauważyłam, że Adrian nigdy specjalnie nie starał się o moje względy. Po prostu dzwonił, że przyjedzie, zabierał mnie gdzieś na wycieczkę, częstował jakąś colą, czasem winem czy piwem i dobierał się do mnie na tyle, na ile mu pozwoliłam. Naiwnie myślałam, że w ten sposób okazuje mi uczucie. Zwyczajnie nie miałam doświadczenia w kontaktach z mężczyznami. I gdy znalazłam się w ramionach starszego chłopaka, do którego wzdychała cała okolica, i który miał już za sobą wyprowadzkę do miasta i pracę w modnym klubie – kompletnie zgłupiałam.

Tak myślałam do chwili, kiedy przestał mnie odwiedzać. A zaczęło się to kilka dni po… No, wiadomo. Po wianku. Odbierał co trzeci, co czwarty telefon, tłumacząc, że pracuje i odsypia nocki. Wierzyłam mu, dopóki nie zobaczyłam go na dyskotece. Byłam w szoku, bo wcześniej powiedział, że nie możemy się spotkać, ponieważ pracuje.
– Adrian? Miałeś być w pracy! – wykrzyczałam mu do ucha zdumiona.
– Wiem, ale okazało się, że jest mało ludzi i jednego z nas nie potrzeba! – odkrzyknął. Chwilę później podeszła zgrabna dziewczyna, znacznie ode mnie ładniejsza, i objęła go ramieniem. On uśmiechnął się głupkowato i bez słowa poszedł z nią do baru.

Stałam jak skamieniała, a potem poszłam do toalety wypłakać się. Po paru minutach wróciłam do sali i cały wieczór się w nich wpatrywałam. Chyba z nadzieją, że zaszła jakaś pomyłka. Że może to jego siostra albo koleżanka, a on zaraz się opamięta, bo przypomni mu się, jaka jestem fajna… Kiedy wychodzili, to nawet poszłam za nimi niepostrzeżenie, żeby sprawdzić, czy będą wracali razem. Wsiadł do jej auta. Poczułam się wtedy jak wielkie nic z ostatniego zadupia… Ona taka piękna, z samochodem, a ja co? Wieśniara bez perspektyw! To wtedy zdecydowałam, że muszę wyrwać się z tej wsi, bo tylko tak coś w życiu osiągnę. No i dwa lata później stałam tu – w tej samej knajpie, w której i on pracował…

– Cześć – powiedziałam, podchodząc do baru, bo jeden z klientów zamówił piwo.
– Cześć… – widać było, że minęła chwila, zanim mnie sobie przypomniał. Ale kiedy to się już stało, przez jego twarz przemknął dziwny grymas. Coś jakby połączenie wstydu i… wyrzutów sumienia? Takiej reakcji na pewno się nie spodziewałam.

– Cześć, Iza, co u ciebie? – dodał już pewniej. „Co u ciebie?! – pomyślałam, przypominając sobie swoją rozpacz, kiedy mnie wyrolował. – Już ja bym ci powiedziała, co u mnie, podrywaczu cholerny…”. Ale powiedziałam co innego.
– A nic, pracuję tutaj.
– O, to razem pracujemy – zauważył.
– No tak, pewnie bardzo się cieszysz, co? – wyrwała mi się drobna złośliwość.
– Jasne, fajnie jest – bąknął speszony.
Przez chwilę panowała cisza.
– Przeprowadziłaś się? – spytał w końcu, ja zaś skinęłam głową. – A gdzie mieszkasz?
– Tu niedaleko – odparłam i postawiłam na barze tacę, żeby mu przypomnieć, że miał mi nalać piwo.

Zorientował się, uśmiechnął przepraszająco i nalał browar. Też się uśmiechnęłam, choć wcale nie miałam na to ochoty, a potem poszłam do stolików. Trochę mi się ręce trzęsły, ale się opanowałam. Nie byłam już przecież tą durną dziewuchą, co z nim poszła do samochodu. Prawda? Miałam to już za sobą. Nic do niego nie czułam… Tak przekonywałam sama siebie, ale jednocześnie nie potrafiłam się zmusić, żeby go nie obserwować. Przez kilka następnych wieczorów co chwila zerkałam dyskretnie w stronę baru, gdzie coraz to nowa „klientka” szła w zaloty. A Adrian? No cóż, skłamałabym, gdybym powiedziała, że je kokietował. Był uprzejmy, ale z dystansem.

Tego się nie spodziewałam. Kilka razy wręcz opadła mi szczęka, bo kiedy jakaś wypindrzona lalunia wciskała mu karteczkę, prawdopodobnie ze swoim numerem telefonu – wyrzucał ją do kosza, gdy tylko panna znikała z pola widzenia. Kilka razy widziałam też, jak te bardziej nachalne oddaje do obsługi swoim kolegom. Oni chętnie przejmowali inicjatywę i korzystali z otwartości tych dziewczyn. Ja zaś przecierałam oczy ze zdumienia, patrząc na to wszystko. Raz przyłapała mnie koleżanka.
– Co, Adrian ci się podoba? – zapytała, szturchając mnie w ramię, gdy zbierałam naczynia z pustego stolika.
– A tam, daj spokój – machnęłam ręką naburmuszona. – Nie lubię podrywaczy…
– Jakich podrywaczy?! To ostatnie, co bym mogła powiedzieć o Adrianie. Każda tu do niego wzdycha, a on nic. Jakby się na księdza szykował! – zaśmiała się głośno, a potem opowiedziała mi, że jak tu przyszedł do pracy, to był smutny i zgaszony. Najpierw każda kelnerka po kolei próbowała go pocieszyć, ale żadnej się nie udało. Potem już tylko przyglądały się, jak kolejne klientki rozbijały się o jego obojętność. Nikt nie wiedział, co jest z nim nie tak. Najpierw myśleli, że gej, ale jak z kwitkiem odprawił ze dwóch przystojniaków, uznano, że może on jeden z tych w Boga zapatrzonych.
– I to by się zgadzało, bo chłopaki mówią, że jak go na imprezę ciągną, to on nie chce, odmawia i czasem jakichś zamianek na dyżury szuka, bo ma zajęcia przy kościele. Jakieś koło różańcowe, oazę czy co oni tam mają – zaśmiała się drugi raz. – Więc, wiesz… Pazurków sobie nie ostrz, kochana, bo on cnotę dla Boga chyba szykuje.

Niesamowite! Ładnie się życie mojemu Adriankowi potoczyło… Nie trzeba było wielkiej wyobraźni, żeby domyślić się, co mu się stało. Przyszła i na niego kolej. Jakaś twardsza od niego dziewczyna wzięła go w obroty, wykorzystała i porzuciła. A on? Wiadomo – przywykł do uległych gąsek, takich jak ja, i wobec nich był obojętny. Za to w takiej, co go nie chciała, to się szybko zakochał. Ale żeby od razu do zakonu chciał przez to wstępować? Nie… To już mi się wydało mało wiarygodne. Mimo wszystko, patrząc na Adriana i słuchając tych opowieści, jakoś żal mi się biedaka robiło. Wiedziałam dlaczego. Była we mnie jeszcze ta głupia gówniara, której on się ciągle podobał. Musiałam to przyznać sama przed sobą.

Dlatego tak się ucieszyłam, gdy mnie kiedyś zagadał:
– Iza, jadę na weekend do domu, a ty mieszkasz niedaleko. Jakbyś też jechała, to mogę cię zawieźć… – zaproponował.
– Jasne. Miałam jechać za tydzień, ale jak jest transport, to chętnie – odparłam. Pojechaliśmy razem. Tym samym samochodem, w którym… No właśnie. Kiedy do niego wsiadłam, przez chwilę nawet pożałowałam, że się zgodziłam na podwózkę, bo wszystko mi się przypomniało. Ale potem mi przeszło, bo było naprawdę miło. Praktycznie przez całą drogę rozmawialiśmy. Adrian opowiadał sporo o pracy. Na kogo uważać, kto szefom donosi, kto się leni, a kto na napiwkach kantuje. Ot, takie tam. Potem gadaliśmy o domu, o wsi i oczywiście o mieście. Co ciekawe, Adrian wcale tak bardzo za nim nie przepadał. Wyznał mi nawet, że jak już się trochę dorobi, to chciałby wrócić i wybudować sobie wielki, piętrowy dom.

Wspomniał też o tych swoich nowych zajęciach przy kościele. To nie było żadne koło różańcowe, tylko Wspólnota Młodych przy parafii.
– Pewnie w robocie się ze mnie śmieją, co? – zapytał mnie z uśmiechem.
– Trochę… – odparłam szczerze.
- A ty? Ty się ze mnie śmiejesz?
– No, trochę mnie to wszystko bawi, ale przez długi czas nie było mi wcale do śmiechu… – wypaliłam, a on jakby się w sobie skulił, zacisnął ręce na kierownicy, zgarbił się trochę, a potem wyszeptał:
– Przepraszam…
– Cóż, stało się. Nie ma, o czym mówić… – mruknęłam, choć tak naprawdę uważałam, że właśnie powinniśmy porozmawiać. Już do końca drogi jechaliśmy w ciszy.

Nie była to jednak nasza ostatnia podróż. Co kilka tygodni on proponował podwózkę, a ja jechałam. I to nie tylko wtedy, kiedy planowałam. Jeździłam, bo chciałam. Pragnęłam jego towarzystwa i ciekawiła mnie jego tajemnica, choć wciąż tkwił we mnie żal do niego i złość. Przez to wszystko znów się na niego nakręciłam. Znów byłam tą głupią dziewuchą, co za nim z klubu wyłaziła. Któregoś razu w czasie jazdy Adrian zaproponował, żebyśmy się zatrzymali przy jeziorze i posiedzieli trochę na brzegu.
– Mam kanapki, sok i herbatę w termosie – uśmiechnął się do mnie.
– Planowałeś to – stwierdziłam.
– Tak, ale nic się nie martw… – wyczułam w jego głosie lekkie zakłopotanie. Siedliśmy więc na brzegu, jedliśmy i gadaliśmy. Mijał czas, a on nagle, ni z tego ni z owego, zaczął drażliwy temat.
– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego tak się zmieniłem… – zawiesił głos.
– Owszem, to dość… zaskakujące.
– Jak chcesz, to ci opowiem.

No i opowiedział. Wcale nie chodziło o to, że go jakaś dziewczyna odrzuciła. Za zmianą w jego zachowaniu kryła się znacznie poważniejsza historia. Adrian, kiedy zniknęłam, dalej podrywał, wykorzystywał i porzucał. Pewnego razu uwiódł dziewczynę dużo słabszą psychicznie niż wcześniejsze. Przyznał, że sam to widział, i jeszcze zanim doszło do tragedii, to się wystraszył, że tym razem to może się źle skończyć. Nie spróbował jednak nawet jakoś delikatniej się z nią rozstać. Podobnie jak poprzednie dziewczyny – i tę porzucił bez słowa. Nie odbierał telefonów, nie wpuścił jej nawet do mieszkania, jak przyszła go szukać. Kiedy przestała się w końcu odzywać, myślał, że ma spokój.

Tymczasem któregoś dnia pod domem rzucił się na niego z łapami jakiś facet. Okazało się, że to ojciec tej dziewczyny. Podobno próbowała się otruć lekami. Uratowali ją, ale straciła dziecko. Jego dziecko…
Ona po tym wszystkim trafiła do szpitala psychiatrycznego, a jej rodzina na różne sposoby się na Adrianie mściła. Przychodzili do pracy, robili awantury, sąsiadom opowiadali, jaki to drań. Dopiero jak zobaczyli, że on się nie broni, że im nie pyskuje i że się zmienił, zmizerniał, to mu odpuścili.
– Od tego czasu szukam rozgrzeszenia – wyznał z ciężkim westchnieniem.
– U niej próbowałeś? U tej dziewczyny?
– To by było samolubne – pokręcił głową. – Najlepiej będzie, jeśli ona nigdy więcej mnie nie zobaczy. Za bardzo mnie kochała… – spojrzał na mnie z rozpaczą, a ja wtedy wszystko zrozumiałam.
– Ty chcesz tego przebaczenia ode mnie. Żebym ja ci wybaczyła za te wszystkie dziewczyny! – krzyknęłam. Nie zaprzeczył, a we mnie aż się wszystko zagotowało ze złości.

Więc o to mu chodziło! Pozbyć się wyrzutów sumienia za to, co zrobił tamtej lasce… A ja, głupia, znów coś sobie ubzdurałam! Kolejny raz poczułam się wykorzystana. Wstałam bez słowa, zabrałam z auta swoje rzeczy i poszłam łapać stop. Nawet za mną nie zawołał. Nie wiem, czy ze wstydu, czy po prostu z obojętności. Dojechałam do domu sama. Jechałam trzy razy dłużej, ale przynajmniej nie musiałam na niego patrzeć. Postanowiłam, że raz na zawsze z nim skończę, nie będę już zawracać nim sobie głowy.

Po powrocie do miasta poszłam do szefa, żeby się zwolnić. Nie chciał mnie puścić, ale w końcu się zgodził. Miałam zostać jeszcze tylko dwa tygodnie, żeby zdążył znaleźć kogoś na moje miejsce. Tymczasem Adrian o wszystkim się dowiedział i on też poszedł do szefa i chciał się zwolnić, żebym ja została. Szef się porządnie wkurzył, nawymyślał nam od dzieciaków i kazał się dogadać.
– Ja się zwalniam – zapowiedział Adrian, jak tylko zostawił nas samych.
– Nie, ja – odparłam nastroszona.
– Iza, przestań, ja! – zawołał.
– A co to, przedszkole?! Ja i już! – wypaliłam, a on się wtedy uśmiechnął. I mnie ta sytuacja rozbroiła. W duchu zaczęłam się już śmiać, ale coś kazało mi się jednocześnie gniewać. Przez to zrobiłam taką minę, jakbym naprawdę miała kilka lat. W końcu jednak oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Szef to usłyszał, uznał, że jesteśmy pogodzeni i pogonił do roboty.

Dziwne były kolejne dni. Niby nastała zgoda, ale żadne z nas nie wiedziało, na ile pozwala zawieszenie broni i w jakich jesteśmy teraz relacjach. Aż któregoś dnia Adrian nie wytrzymał. Podeszłam do baru po piwo, a on… zaprosił mnie na randkę! Powiedział, że nie chce ode mnie żadnego rozgrzeszenia, ale czuje się ze mną dobrze. A te nasze wspólne wyjazdy do domu, to były pierwsze chwile od dawna, w których się naprawdę uśmiechał. Pomyślałam, że znowu mnie nabiera, że miałam mieć go już z głowy, a to całkiem niepotrzebna komplikacja. Ale, oczywiście, się zgodziłam. Poszliśmy na kolację i do kina. Było… fajnie. A raczej byłoby fajnie, gdybym nie zastanawiała się ciągle nad tym, czego on ode mnie chce, dlaczego nie daje mi spokoju. Martwiłam się też, że umawia się ze mną ze względu na wspomnienia, na te wszystkie zdarzenia, a nie dlatego, że mu się podobam. I niezmiennie ogarniała mnie wtedy złość. Na niego, ale przede wszystkim na siebie, że znowu daję mu się omamić.
Miotałam się tak przez kilka randek. Miałam nawet plan, żeby się na nim zemścić. Ale zrobiłam zupełnie co innego… Tym razem to ja zaciągnęłam go do łóżka. Pomyślałam, że nawet jeśli on mnie znowu porzuci, to nie będę się czuła już tak wykorzystana, skoro to był mój pomysł, nie jego. No i w tym łóżku się przekonałam, że to już zupełnie inna relacja niż wtedy. Kobieta wyczuwa takie rzeczy. Wszystko jest w pocałunkach, pieszczotach i spojrzeniach. Od tamtej nocy to był mój Adrian. Nie wiedziałam tylko na jak długo…

Dowiedziałam się po roku z okładem. W środku lata wziął mnie na elegancką kolację, po czym powiedział, że uzbierał już dość pieniędzy, żeby otworzyć małą restaurację w pobliżu naszych miejscowości.
– Byłoby wspaniale, gdybyś się nią zajęła. Razem ze mną – oznajmił mi nagle.
– Ale jako kto, wspólnik? Przecież ja nic nie mam… Parę groszy odłożone.
Zawahał się i wziął głęboki oddech.
– No jako wspólnik… Ale taki bliższy… Jako żona – wyciągnął pierścionek, a ja nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Byłam w szoku. Szczęście walczyło we mnie z wątpliwościami. Ale zgodziłam się.
Czy dobrze zrobiłam? Nie wiem. Może ta myśl, że jestem jego odkupieniem, będzie mnie długo prześladowała. Może będę się nieustannie martwiła, czy jest mi wierny. Jednak z drugiej strony, dopóki nie przestanie całować mnie tak jak teraz, to będę spokojna. A miasto? Cóż. Chyba to nie o nie chodziło. Chyba miałam inne marzenia.

Więcej prawdziwych historii:

Redakcja poleca

REKLAMA