POLECAMY

Po co komu ślub? Przecież to tylko papier, który niczego nie zmienia w życiu zakochanej pary. Na pewno?

Michała i mnie często pytano, kiedy w końcu weźmiemy ślub. Odpowiadaliśmy zawsze, że za jakiś czas...

/ 4 miesiące temu
Po co komu ślub? Przecież to tylko papier, który niczego nie zmienia w życiu zakochanej pary. Na pewno? fot. Fotolia

Michała i mnie często pytano, kiedy w końcu weźmiemy ślub. Odpowiadaliśmy zawsze, że za jakiś czas, bo teraz mamy na głowie ważniejsze sprawy. Chcieliśmy najpierw skończyć studia, potem pochłonęło nas kupno i urządzanie mieszkania, a w końcu rozkręcanie wspólnej firmy. Nigdy nie czuliśmy też presji ze strony rodziny – Michał stracił rodziców w wypadku samochodowym, a ja nie zamierzałam mieć z moimi nic wspólnego.

Już w szkole średniej uciekłam do internatu, żeby być jak najdalej od domu, w którym panowała przemoc i w którym nikt mnie nie chciał. Michał, podobnie jak ja, nie miał rodzeństwa, a wyprawianie wesela dla znajomych wydawało nam się stratą czasu i pieniędzy.

– No to może weźmy tylko ślub i poinformujmy wszystkich po fakcie – proponował czasami mój ukochany. Ja jednak nie potrafiłam się zdecydować. Z jednej strony taki pomysł mi się podobał, z drugiej czasami marzyłam o hucznym weselu, białej sukni, wystawnej uroczystości… Nasze rozmowy o ślubie nigdy nie wyszły poza sferę planów, a my zapewnialiśmy siebie nawzajem, że przecież to tylko papier, który niczego tak naprawdę nie zmienia.

Szybko też okazało się, że nasza firma cieszy się na rynku dużym powodzeniem, dostawaliśmy coraz więcej zleceń, więc skupiłam się już tylko na pracy. – Nie sądzisz, że trochę przesadzamy? – zapytał pewnego niedzielnego wieczoru Michał, a ja wiedziałam, co miał na myśli.

Wybrać marzenia, czy pomóc córce?

Weekend minął niepostrzeżenie, bo cały spędziliśmy na przygotowywaniu kolejnych ofert handlowych. Zaczęliśmy też stawać do coraz większych przetargów. – Kiedy ostatnio mieliśmy choć jeden wolny dzień? – spytał poważnym tonem.

Zastanawiałam się nad odpowiedzią dłuższą chwilę i nagle zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam, żebyśmy przez ostatnie kilka miesiące odpoczywali chociaż po południu czy wieczorem. Tym bardziej nie mieliśmy od dawna żadnego pełnego dnia laby. – Rozkręćmy biznes jeszcze trochę, a potem odpoczniemy. Może nawet uda nam się zatrudnić kogoś do pomocy – stwierdziłam. – Wyglądasz na zmęczoną – Michał spojrzał na mnie z troską. – Dobrze się czujesz? – Ostatnio rzeczywiście niespecjalnie
– przyznałam, bo przypomniało mi się, że codziennie budziłam się z okropnym bólem głowy, zmęczona mimo kilku godzin snu.

Nie miałam na nic siły, chociaż starałam się pobudzić mocną kawą.
– Połóż się dziś wcześniej i wyśpij się porządnie – powiedział mój chłopak.
– Daj spokój, muszę jeszcze coś skończyć – zaprotestowałam. – Nic mi nie będzie. Posiedziałam nad ofertą do drugiej w nocy, a potem wykończona poszłam do łóżka. Zasnęłam w sekundę, ale po jakimś czasie obudził mnie potworny ból głowy. Czułam się tak, jakby ktoś miarowo, raz za razem, uderzał mnie tępym narzędziem. Postanowiłam pójść do kuchni, żeby napić się wody i zażyć tabletkę. Ból powoli stawał się nie do wytrzymania. Resztę zdarzeń tamtej nocy pamiętam jak przez mgłę…

Podobno od razu po tym, jak wstałam, straciłam przytomność i upadłam. Niestety, tak niefortunnie, że uderzyłam głową o szafkę nocną, przy okazji zbijając stojącą na niej lampkę. Rozcięłam sobie głowę, a gdy Michał zerwał się z powodu hałasu, zobaczył mnie leżącą na podłodze we krwi.
Chwilę później ocknęłam się, jednak wtedy znów poczułam ból głowy, więc jeszcze tej samej nocy wylądowałam w szpitalu. Ze względu na upadek i rany po uderzeniu od razu skierowano mnie na prześwietlenie głowy, a nawet tomograf. Protestowałam, bo chciałam jak najszybciej wracać do domu, jednak lekarz był nieugięty.

Mówił że kocha mnie, a kochał tylko moje pieniądze...

Diagnoza, którą usłyszałam jakiś czas później, ścięła mnie z nóg. Poczułam szum w uszach i przez chwilę wydawało mi się, jakbym wszystkiemu przysłuchiwała się gdzieś z oddali. Guz mózgu… Konieczna pilna operacja… Zrobiło mi się słabo. Dopiero Michał przekazał mi więcej szczegółów w drodze do domu. Okazało się, że wymagam natychmiastowej operacji,
na dodatek w innym mieście. – Za tydzień będzie już po wszystkim
– pocieszał mnie, ale widziałam, że jest bardzo poruszony. – Wytną ci to świństwo i po sprawie, zobaczysz. Jest tylko jeden problem – zawahał się, a ja czekałam z niepokojem na jego dalsze słowa. – Wiadomo, że wszystko będzie dobrze, ale… gdyby coś ci się stało, o twoim losie musieliby zadecydować twoi rodzice. Ja nie miałbym takiego prawa…

Mijaliśmy akurat urząd stanu cywilnego, gdy nagle Michał zatrzymał samochód i zaparkował go w niedozwolonym miejscu. – Mam pomysł! – zawołał i wziął mnie za rękę, a ja wiedziałam, co chce zrobić. – Michał, nie ma szans, na pewno nie będzie wolnego terminu w tak krótkim czasie. Poza tym takich decyzji nie podejmuje się pod wpływem chwili. Czy ty w ogóle tego chcesz? – zaczęłam protestować. – Tak, i to od dawna. I myślę, że ty też – powiedział stanowczo. – Tylko nie wiadomo dlaczego zwlekamy z tym od lat.

Nad nami musi wisieć klątwa. Tak powiedziała babcia

Przedstawiliśmy naszą sytuację urzędniczce. Czasu pozostało nam naprawdę mało, bo operacja miała być już w następnym tygodniu. Kobieta wysłuchała nas cierpliwie, uśmiechając się do mnie współczująco.
– Rozumiem, że to wyjątkowe okoliczności – powiedziała. – Niestety wszystkie terminy są już zajęte. Proszę poczekać, zapytam  kierowniczkę, czy coś dałoby się zrobić.

Od początku spodziewałam się kategorycznej odmowy, więc reakcja urzędniczki miło mnie zaskoczyła. Chwilę później wróciła z szerokim uśmiechem. – Kierowniczka zgodziła się przyjąć państwa za dwa dni po wszystkich umówionych ślubach. Trzeba tylko jak najszybciej dostarczyć wszystkie wymagane dokumenty. Wyszliśmy z urzędu zadowoleni. Dopiero wieczorem ogarnęły mnie wątpliwości. – Misiek – objęłam ukochanego. – A czy ty przypadkiem nie żenisz się ze mną z litości? Albo z powodu moich rodziców? Przecież nasz ślub miał wyglądać zupełnie inaczej… – A jak? Bo z tego, co pamiętam, to nigdy nie podjęliśmy żadnej sensownej decyzji. A teraz przynajmniej klamka zapadła i zostaniesz wreszcie moją żoną – odparł. – Po prostu… nie chcę, żebyś za chwilę został wdowcem, gdyby operacja się nie powiodła – wyznałam ze smutkiem. – Nawet o tym nie myśl. Jeszcze zobaczysz, że będą o nas kiedyś mówić „stare dobre małżeństwo”. A teraz koniec z czarnymi myślami. Pora się wyspać, bo jutro robimy sobie wolne. Oferty mogą poczekać, my mamy ważniejsze sprawy, czyli zakupy.

Poddałam się bez gadania i następny dzień spędziłam na polowaniu na ślubną kreację. Michał znalazł garnitur, a ja całkiem fajną sukienkę. Zadzwonił też do naszych przyjaciół, żeby poprosić ich, by w ekspresowym tempie zostali świadkami na ślubie. Wieczorem ukochany zabrał mnie na kolację do restauracji i wręczył mi pierścionek.

Tamten czas wspominam jako niesamowitą przygodę. Wszystko potoczyło się tak szybko, że nie miałam nawet czasu pomyśleć o mojej chorobie czy zbliżającej się operacji. Na ślubie popłakałam się ze wzruszenia, bo okazało się, że Michał poinformował nie tylko świadków, ale też resztę naszych znajomych, i stawili się prawie wszyscy.

Oprócz standardowych życzeń dostałam też cały stos kartek od… moich ulubionych postaci książkowych i gwiazd filmowych. Michał przez dwie noce szykował wycinanki ze zdjęciami moich idoli i z zabawnymi tekstami. Ania z Zielonego Wzgórza napisała do mnie: „Gratuluję, ja też marzę o takiej miłości”, a Emma Bovary: „Skoro uważasz, że w małżeństwie można być szczęśliwym, to życzę Ci, żebyś była z niego bardziej zadowolona niż ja ze swojego”. Najbardziej rozbawiła mnie kartka od Ryana Goslinga, który twierdził, że złamałam mu serce. Patrzyłam na Michała i nie mogłam zrozumieć, dlaczego zwlekałam z decyzją o ślubie.

Mam 30 lat i wciąż jestem dziewicą! Co robić?

Dwa dni później pojechaliśmy na operację. Mój świeżo upieczony mąż żartował, że ta nietypowa podróż poślubna do innego miasta to dopiero wstęp do naszego miesiąca miodowego. Na moje nieśmiałe pytanie o pracę tylko prychnął: – Od teraz bierzemy tylko te zlecenia, które jesteśmy w stanie zrealizować najpóźniej do godziny szesnastej. I to od poniedziałku do piątku! Koniec z tą gonitwą.

Zabieg okazał się nieskomplikowany. Ucieszyłam się, gdy po przebudzeniu ujrzałam twarz Michała. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że wycięty guz nie był złośliwy i naprawdę możemy pojechać w podróż poślubną. Niektórzy ludzie od razu wiedzą, czego chcą. Inni, jak my, potrzebują gwałtownych wstrząsów, żeby przewartościować swoje życie. Moja choroba trwała krótko, ale zmieniła mnie na zawsze. Dopiero dzięki niej zrozumiałam, co jest w życiu ważne.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)