POLECAMY

Mama czy babcia?

Nie martwię się, że Paulinka dowie się, kim naprawdę dla niej jestem. Nie ma jej kto powiedzieć. Może ja powinnam?

Mama czy babcia?
Paulinka jest dla mnie największym skarbem, sensem mojego życia. Wiele przeszłam, przeżyłam śmierć dziecka. Mam sobie dużo do zarzucenia, ale teraz jestem naprawdę szczęśliwa.

Mamo, myślisz, że ta bluzka do mnie pasuje?
– Paulina wyginała się przed lustrem, starając się dojrzeć swoją sylwetkę z każdej strony. – Nie jest za bardzo wyzywająca? Kurczę, jakoś jej nie czuję.
Patrzyłam z dumą na swoją pociechę. Miała 17 lat, była ładna, zgrabna i – co najważniejsze – mądra. Owszem, jak to nastolatka, lubiła się bawić, tańczyć, biegała na dyskoteki, chodziła na imprezy. Ale jednocześnie poważnie myślała o nauce. Z jednej strony – zapalona fanka rapu czy jak tam się nazywa ta ich muzyka, z drugiej – laureatka konkursu wojewódzkiego z języka niemieckiego. Oj, miałam prawo być z niej dumna!

– Nie wiem, czy wyzywająca – odpowiedziałam na jej pytanie, przyglądając się krytycznie. – Wiesz, na co dzień nie chodzisz z odsłoniętymi ramionami, dekoltem, po prostu nie jesteś do tego przyzwyczajona… Czy ja wiem? Ważne, żebyś się w niej dobrze czuła. A w ogóle to gdzie się wybierasz i z kim?
– No właśnie, idziemy na tę bitwę…
– Na jakąś inscenizację? Rekonstrukcję historyczną? – Zapytałam.
– No co ty – Paulina oderwała wzrok od lustra i spojrzała na mnie ze szczerym zdziwieniem w oczach. – Na muzyczną imprezę, na tę freestyle’ową, w klubie. No, mówiłam ci przecież.

Fakt, mówiła, teraz mi się przypomniało. Nie lubię takich imprez. Zaczynają się późno i trwają do rana. Co prawda, młodzież rzeczywiście tam się bawi – nie pije, nie pali, nie rozrabia. Ale za każdym razem, gdy widzę te zakapturzone postacie w za dużych spodniach, to mam ochotę zabrać stamtąd Paulinę jak najszybciej.
– No to nie wiem, może faktycznie zbyt wyzywająca – jeszcze raz spojrzałam na bluzkę. – No wiesz, że ja nie do końca zachwycam się towarzystwem na takich imprezach.
– Wiem – Paula roześmiała się. Lubiłam jej śmiech, był taki szczery. – Dobra, przebiorę się w coś skromniejszego. I tak nie najlepiej się w niej czuję.

Pokręciła się jeszcze po mieszkaniu, przymierzyła kilka ciuchów, sprawdziła, czy ma naładowaną komórkę i cmoknęła mnie w policzek.
– Pa, mamuś, wychodzę – uśmiechnęła się. – Wiem, że nie lubisz jak tam biegam, ale będę bezpieczna. Idziemy z całą paczką. Jak dojadę, to zadzwonię… Potem też się postaram odezwać. Ale nie denerwuj się, jak nie będziesz się mogła dodzwonić, bo mogę nie słyszeć dzwonka. Najwyżej oddzwonię. Kocham cię, mamuś.
I poleciała. Poszłam do jej pokoju posprzątać. Jest wspaniała, ale porządek nie jest jej mocną stroną. Składając porozrzucane ciuszki, uśmiechnęłam się do swoich myśli. Pa, mamuś – powiedziała. Gdyby wiedziała…
Jaka tam ze mnie mamuś. Tak naprawdę, wcale nie jestem jej mamą, tylko… babcią. Młodą i w niezłej formie, więc na szczęście wyglądem nie odbiegam bardzo od reszty rodziców. No i staram się dbać o siebie, ubieram się modnie, właśnie dla Paulinki. To moje jedyne szczęście w życiu. Jak to się stało, że wychowuję swoją wnuczkę, która w dodatku nic o tym nie wie? Los bywa dziwny, życie pisze najbardziej niesamowite scenariusze.

Ja zaszłam w ciążę, kiedy miałam niespełna 17 lat. Głupia wpadka, w głupiej sytuacji z głupim facetem. Na szczęście, moi rodzice zachowali się na poziomie. Owszem, awanturę urządzili, ale nie zostawili mnie w potrzebie i nie zmuszali do ślubu. Bo mnie i Przemka praktycznie nic nie łączyło. Zrozumiałam to, jak tylko okazało się, że jestem w ciąży. Przemek długo zwlekał, żeby wyznać prawdę swoim rodzicom, zwyczajnie się bał. Mnie namawiał na usunięcie, ale ja byłam zdecydowana urodzić to dziecko. Wreszcie stanęło na tym, że on i jego rodzice będą pomagać mi finansowo. Ślubu na razie nie będzie, a potem to się zobaczy. No i się zobaczyło. Ja siedziałam z Anetką w domu, a on biegał z kolegami i podrywał panienki. On był wolny, ja musiałam pogodzić naukę i opiekę nad niemowlakiem.

Gdyby nie rodzice, w życiu by mi się to nie udało. Tak naprawdę, to głównie oni wychowywali moją córkę. Rano dawałam jej jeść, zmieniałam pieluchę i leciałam do szkoły. Po lekcjach szłam z małą na krótki spacer i wracałam do książek. Wieczorem czytałam jej przed snem i na tym właściwie moja rola matki się kończyła. Tak było przez parę lat, bo po maturze zdecydowałam się na studia. Zdobyłam tytuł magistra i dobry zawód, ale jednocześnie straciłam córkę. Bo co tu dużo mówić – dziadkowie jak to dziadkowie – pobłażali jej w zbyt wielu rzeczach. Ja, zajęta kolejnymi kolokwiami, a potem robieniem kariery w firmie nie widziałam, czy też nie chciałam widzieć wszystkiego. Nie zauważyłam, że moja córka w wieku 12 lat zaczęła popalać papierosy. O tym, że pije zorientowałam się dopiero gdy pewnego dnia przyszła pijana do domu. Miała wtedy 14 lat. Zrobiłam awanturę... i tyle.

I zupełnie przegapiłam moment, gdy zaczęła ćpać. Opamiętanie na mnie, na matkę, przyszło zbyt późno. Dziadkowie od dawna widzieli co prawda, że Anetka schudła, że taka blada, że zmęczona albo dziwnie pobudzona. Ale narkotyki nie przyszły im do głowy. Ja z kolei za mało ją widywałam, by zauważyć niepokojące symptomy.

Zrozumiałam to, gdy pewnej niedzieli Anetka zemdlała przy obiedzie. Rozpięłam jej bluzkę, podwinęłam rękawy, żeby przyłożyć chłodny kompres do nadgarstków i wtedy to zobaczyłam. Sińce, krwiaki, ślady wkłucia. Nie zastanawiałam się ani chwili, od razu wezwałam karetkę. Przyznałam się lekarzowi do swojego zaniedbania, błagałam ze łzami w oczach o pomoc. Patrzył na mnie z dezaprobatą, ale okazał wiele wyrozumiałości.

– Niestety, nie jest pani jedyną matką, która nie widzi, co dzieje się z dzieckiem – powiedział smutno. – I tak dobrze, że zemdlała przy pani, że już pani wie i zdążyła ją do nas przywieźć. Zazwyczaj dzieciaki trafiają do nas przywiezione z ulicy, w tragicznym stanie, a nam pozostaje tylko poinformować rodziców o najgorszym. Nie mam jeszcze wyników badań pani córki. Nie wiem, jak bardzo zaawansowane jest wyniszczenie organizmu. Na pewno bierze od dawna, ale dopiero szczegółowe badania pomogą coś ustalić. No i rozmowa z pani córką, jeżeli będzie chciała rozmawiać...
Kiedy następnego dnia poszłam do szpitala, lekarz od razu poprosił mnie do siebie, do gabinetu.
– Nie ukrywam, że sprawa jest bardzo poważna – zaczął, a ja poczułam, jak cała krew odpływa mi do nóg. – Mamy wstępne wyniki badań. Wszystko wskazuje na to, że pani córka faszeruje się narkotykami od długiego czasu. Organizm jest szalenie wyniszczony, a w dodatku silnie uzależniony. Musimy jej podawać leki. Ale najgorsze jest to, że jest w ciąży…
– Jak to… jak to w ciąży – wydukałam. – Przecież ona ma dopiero 16 lat!

Wie pani, w ciążę mogą zajść nawet 12-latki i nie jest to medyczne kuriozum – lekarz patrzył na mnie ironicznie. – Nie będę osądzał pani i dziecka, nie do mnie należy ocena państwa sytuacji rodzinnej. Teraz musimy się raczej zastanowić, co dalej. Nie wiem, czy pani córka jest w stanie donosić tę ciążę. I nie wiem, jak narkotyki, które bierze, wpłynęły już na rozwój płodu. To dopiero sam początek, pierwszy miesiąc. Córka nawet jeszcze nie zorientowała się, że jest w ciąży. W związku z tym mamy na szczęście czas na podjęcie jakiejś decyzji. Na razie Anetka pozostanie w szpitalu, musimy ją wzmocnić, porobić kolejne badania. Ale nie ukrywam, że trzeba będzie liczyć się z długim leczeniem i być może, podjęciem radykalnych kroków. Dla dobra pani córki.

Poszłam do sali, w której leżała Anetka. Była blada, ale przytomna. Patrzyła na mnie przestraszona i dopiero wówczas dotarło do mnie, jak mało znam swoje dziecko, jak mało spędzałam z nią czasu. I jaka ona jest jeszcze mała! Usiadłam koło niej, wzięłam za rękę, a po twarzy płynęły mi łzy. Anetka zresztą też płakała. Ale nie chciała mi powiedzieć, co się stało, z kim ma to dziecko. Otworzyła się dopiero po kilku dniach.
– Mamo, ja wiem, że to głupie – powiedziała. – Ale ja chyba chcę je urodzić. Jeżeli okaże się, że jest zdrowe. Lekarz powiedział, że muszę poczekać, aż będą mogli zrobić więcej badań, na razie jest jeszcze za wcześnie. Ja nie sądziłam, nie przypuszczałam… Ojej, to znaczy wiem, że z tego mogą być dzieci, ale nie myślałam o tym.
– Ale kto to jest, córeczko? – Zapytałam, siląc się na spokój. – To coś poważnego? Kochasz go?
– Nie wiem… Nie wiem, mamo. To było na jakiejś imprezie. Może Michał, a może Maciek. Akurat wtedy skończyłam chodzić z jednym i zaczęłam z drugim. Nie wiem.

Czas mijał, lekarze robili kolejne badania. Anetka powoli dochodziła do siebie. Okazało się, że płód raczej nie został uszkodzony, chociaż lekarz nie ukrywał, że badania nigdy nie dają stuprocentowej pewności.
– To jest ryzyko – uprzedził. – System nerwowy dziecka mógł zostać uszkodzony. Wiem, że córka chce urodzić, ja przecież nie mogę jej zmusić ani namawiać do aborcji, chociaż w tym wypadku byłaby ona legalna. Ale to jej i pani decyzja, bo córka jest niepełnoletnia. Z medycznego punktu widzenia w tej chwili wszystko jest w porządku, ale nie jestem w stanie dać gwarancji, że dziecko będzie w pełni zdrowe. To jest ryzyko.

Nie chciałam zmuszać Anetki do zabiegu. Moja córka tak bardzo pragnęła urodzić to dziecko. Widziałam, jak się zmieniła. Ja zaś wiedziałam, że jej pomogę, tak jak mi pomogli rodzice.
– Damy radę – mówiłam, siedząc przy jej łóżku. – Teraz się tobą zajmiemy, potem też pomożemy. Będę tu codziennie przychodzić, dziadkowie też. Jeżeli naprawdę chcesz urodzić, zgadzam się.
Anetka przez całą ciążę musiała zostać w szpitalu. Po pierwsze, ze względu na wyniszczony organizm, który bez kroplówek, leków i stałej obserwacji nie wytrzymałby takiego obciążenia. A po drugie okazało się, że ma nieprawidłową budowę i musi leżeć. To było dla niej trudne, ale widziałam, że chce. Widziałam jej determinację.
CMS_PAGE_BREAK] Paulinka przyszła na świat nieco przed czasem. Była zdrowa, przynajmniej pierwsze badania po porodzie nie wykazały żadnych odchyleń.
– Mała powinna być pod szczególną obserwacją – tłumaczył mi lekarz, gdy moja córka i wnuczka wychodziły ze szpitala. – Jest w grupie ryzyka, dostaną panie skierowanie do szpitala na dokładne badania neurologiczne. Proszę pamiętać, że jeżeli coś jest nie tak, to im wcześniej zareagujemy, tym większe będą szanse na wyleczenie.
Wróciłyśmy do domu, a nasze życie znowu się zmieniło. Tym razem też dziadkowie mocno nam pomagali, ale gros obowiązków przejęłam ja. Anetka miała dużo chęci i mało wytrwałości. Widziałam, jak denerwuje ją płacz dziecka, męczy nocne wstawanie. Zapominała o godzinach karmienia, a o wizytach u lekarza i podawaniu leków musiałam pamiętać ja. Na szczęście, wszystkie kolejne badania były dobre, mojej wnuczki chyba nie dotknęło uzależnienie jej mamy.

Jednak nie cieszyliśmy się długo tym szczęściem. Paulinka miała niecałe pół roku, gdy Aneta znowu zaczęła ćpać. Tym razem zauważyłam to szybko, ale byłam bezradna. Raz i drugi zaprowadziłam ją na odwyk, zawoziłam do szpitala. Przemowy nic nie dawały. Widziałam, że ona by chciała z tym zerwać, że kocha córkę, chce dla niej dobrze. Ale narkotyki wygrały. Paulinka miała niewiele ponad rok, gdy Aneta skończyła 18 lat. Moja władza nad nią, możliwość zmuszania do leczenia, się skończyła.

A córka nie miała siły, by walczyć z nałogiem. Wiecie, jak to boli, gdy patrzy się na własne dziecko, które powoli się wykańcza? Cierpiałam strasznie. A w dodatku zrozumiałam że cała odpowiedzialność za Paulinkę spada na mnie. Zmusiłam córkę, by uczyniła mnie prawnym opiekunem. Ona nie była w stanie podpisywać dokumentów czy chodzić do lekarza. A żeby cokolwiek załatwić z małą, musiałam mieć na to papiery. A potem stało się to, o czym mówił ten lekarz. Pewnego dnia dostałam telefon ze szpitala. Anetkę znaleziono nieprzytomną na ulicy, na ratunek było już za późno. Lekarze robili co mogli, ale tym razem wstrzyknęła sobie jakieś świństwo, które ją zabiło.

Nigdy sobie nie wybaczę, że dopuściłam do tego. Bo to moja wina. To ja nie widziałam, co dzieje się z córką, nie zadbałam o nią. To ja ją zabiłam! Nigdy nie pogodziłam się z jej śmiercią ani nie pozbyłam wyrzutów sumienia. Ten ból będę czuła zawsze. Gdy nieco doszłam do siebie, zaczęłam porządkować życie swoje i wnuczki. Załatwiłam pełne przysposobienie. Prawnie zostałam mamą Paulinki, która w dniu śmierci swojej prawdziwej mamy miała niecałe dwa lata. Ona jej zupełnie nie pamięta. Myśli, że to ja jestem jej biologiczną mamą. Przecież zawsze przy niej byłam. Ma zdjęcia, gdy to ja idę z nią na spacer w wózku, siedzę przy piaskownicy, uczę jeździć na rowerze.

Wychowując Paulinkę, starałam się nie popełnić tych błędów, które popełniłam, wychowując własną córkę. Chyba mi się to udaje. Jest wspaniała i mądra. Różni się od swojej mamy i ode mnie. Przecież ja w jej wieku już zostałam mamą i to zupełnie nieodpowiedzialną. Może Paulince uda się przełamać rodzinne fatum? A ja tylko zastanawiam się czasem, czy wyznać jej prawdę. Bo córka stawia świeczki na grobie swojej mamy myśląc, że to jej ciocia. Mieszkamy teraz w innej dzielnicy, tu nikt nie zna naszej przeszłości. Widzę, że Paulinka jest szczęśliwa, więc czy jest jakikolwiek sens to szczęście niszczyć?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/5 lat temu
Zostaw to tak jak jest,moglaby Ci nie wybaczyc ze tyle lat ja oklamywalas....a jakby Ci nie wybaczyla moglaby sie stoczyc jak Twoja corka...