POLECAMY

Kiedyś to mama została sama z dwojgiem dzieci, a teraz ja. Tyle że ja sobie w ogóle nie radziłam

Amelia została sama z dwojgiem dzieci. Nie radziła sobie z tym w ogóle

/ 6 miesięcy temu
Kiedyś to mama została sama z dwojgiem dzieci, a teraz ja. Tyle że ja sobie w ogóle nie radziłam fot. Fotolia

Mój związek z Pawłem był intensywny i burzliwy. Jeszcze przed ślubem zrywaliśmy ze sobą trzy razy, a potem – wielkie powroty, wyznania typu: „Nie mogę bez ciebie żyć” i fantastyczny seks na zgodę.

Po ślubie oczywiście nadal się kłóciliśmy i godziliśmy na przemian, kilka miesięcy po urodzeniu Moniki napisałam nawet pozew rozwodowy. Byłam wtedy pewna, że to już koniec naszego małżeństwa; sprawdziłam nawet, który autobus dojeżdża do gmachu sądu, żeby zawieźć dokument. Nim jednak to nastąpiło, Paweł znowu zrobił coś wzruszającego, ja uznałam, że kocham go nad życie – i od nowa wskoczyliśmy na huśtawkę emocjonalną. Może dlatego, gdy po kolejnej dzikiej awanturze tym razem to on oznajmił, że ma dość, i złożył pozew rozwodowy, nie potraktowałam tego poważnie.

Myślałam, że wycofa pozew, kiedy znowu się pogodzimy. Ale tym razem to nie nastąpiło. – Nie rozumiesz, Amelia? Ja już tak dłużej nie mogę! Chcę żyć normalnie! – krzyczał. – Masz kogoś, tak? – zaatakowałam go natychmiast. – Kim ona jest?! – Nie mam nikogo. Chwilowo w ogóle nie mam ochoty myśleć o kobietach. Ale to nie znaczy, że tym razem się ugnę i wycofam pozew. Mówię serio: chcę rozwodu. Na rozprawie miałam uczucie, że to wszystko jest kompletnie nierealne. Ja w sali sądowej. Jakaś kobieta z łańcuchem na szyi wypytująca o to, kiedy ostatni raz współżyliśmy i czy kocham męża. Paweł, który mówił o nerwicy, bezsenności i depresji, w które rzekomo wpędziło go małżeństwo ze mną… Rozwiedliśmy się ostatecznie na trzeciej rozprawie. Paweł wspaniałomyślnie zostawił mi mieszkanie i wszystkie nasze oszczędności. Chciał tylko świętego spokoju. Spokoju ode mnie. Niczego więcej. Jednak wcale już tego nie chciał jakiś czas później, kiedy spotkaliśmy się na ślubie znajomych.

Nie mam męża ani dzieci, ale mam za to kochanka i dobrze mi z nim

Emocje wzięły górę

Przez całą ceremonię czułam na sobie jego wzrok, a kiedy się odwróciłam, trafiłam spojrzeniem prosto w jego źrenice. Doświadczyłam wtedy dokładnie tego samego co wtedy, gdy spotkaliśmy się pierwszy raz. Emocji nie do zignorowania. Wiedziałam, że on też zareagował, jakby poraził go prąd. Tak właśnie na siebie działaliśmy. Podczas wesela nie mogłam się powstrzymać, żeby na niego nie zerkać co jakiś czas. Przyłapał mnie na tym, oczywiście. A może to ja przyłapałam jego? Wpadliśmy na siebie – mało romantycznie – pod toaletą. No i stało się: znowu wzięły górę szalone emocje i fizyczne pożądanie.

Znajomi gratulowali nam, że do siebie wróciliśmy. Przytuleni przetańczyliśmy całą noc, a potem poszliśmy do jednego pokoju. Sielanka trwała niecałe dwa tygodnie. Jak zawsze przyszły konflikty, pretensje i znowu dzikie emocje, tym razem negatywne. – Idiotyczny błąd – tak skomentował Paweł nasz powrót do siebie. – Nie chcę cię nigdy więcej spotkać. Mówię poważnie. To, co nas łączy, jest toksyczne. Kompletnie chore! Zgodziłam się z nim i kazałam mu zniknąć na dobre z mojego życia.

Jednak trzy tygodnie później zostawiłam mu na poczcie głosowej wiadomość: „Jestem w ciąży. Z tobą, więc racz się odezwać”. Nawet nie pamiętam, czy wtedy chciałam, żeby Paweł do mnie wrócił. W jednej chwili za nim tęskniłam, w drugiej przypominało mi się, jak wiele mam do niego żalu o różne sprawy. Miotałam się między pragnieniem jego bliskości a czymś, co niebezpiecznie przypominało nienawiść. To on zadecydował, że nie będzie żadnego powrotu.

Nasze wesele było katastrofą i zakończyło się... rozwodem

Zostałam samotną matką z dwójką dzieci

Tak samo jak moja mama. – Ja dałam sobie radę, to i ty dasz – pocieszała mnie. – My, kobiety musimy być dzielne, bo na mężczyzn nie można liczyć. Twój ojciec zażądał rozwodu, kiedy miałaś niecałe dwa lata, a Asia pięć miesięcy. I co miałam zrobić? Załamać się? Nie! Byłam twarda. A teraz ty też musisz! Moja mama była niemal heroską. Wychowała mnie i siostrę w latach 90. Utrzymywała nas z jednej pensji, bo ojciec skutecznie wymigiwał się od płacenia alimentów. Był skończonym dupkiem i egoistą, miał w nosie swoje dwie córki i byłą żonę. Pamiętałam go z dzieciństwa: odwiedził nas kilka razy, zawsze ze swoją mamą, babcią Tosią. Cieszyłyśmy się z siostrą z tych wizyt, bo oznaczały prezenty, lody i wesołe miasteczko. Szłyśmy z tatą, trzymając go za ręce i zajadając się słodyczami, które nam przywoził.

Dopiero jako nastolatka zorientowałam się, że zawsze za wszystko płaciła babcia; ona też z pewnością kupowała dla nas upominki. Zrozumiałam – i to był dla mnie cios – że ojciec nigdy nie odwiedziłby nas z własnej woli. Robił to, bo jego matka dosłownie go zmuszała. Kiedy już byłam dorosła, mama powiedziała mi, że od byłej teściowej dostawała regularne wpłaty na konto. Coś na kształt dobrowolnych alimentów. Kiedy babcia Tosia zmarła, poszłyśmy wszystkie trzy na pogrzeb. I tylko my płakałyśmy nad jej grobem.

Wszystkie dzieci są chrzczone, ja swojego nie mam zamiaru!

Tamtego dnia ojciec podszedł do nas sztywnym krokiem i przywitał się, wyciągając do każdej rękę. Uścisnęłam ją, czując się tak, jakbym witała się z zupełnie obcym człowiekiem. Którego w dodatku nie lubię. – Myślałam, że z Pawłem i ze mną będzie inaczej… – rozkleiłam się przy mamie. – Wiem, że córki często powtarzają błędy matek, że nieraz powielają całą historię ich życia, ale myślałam, że mnie się uda! Dlaczego wszystko musiało się tak skończyć? Gdzie zrobiłam błąd?! – Nie jesteś niczemu winna, kochanie – powiedziała mama z czułością. – Po prostu, tak jak ja, trafiłaś na nieodpowiedniego mężczyznę. Niedojrzałego, egocentrycznego palanta, który nie potrafił cię docenić… Który zostawił cię z dwójką dzieci, chociaż przysięgał ci miłość i opiekę aż po grób! – rozkręcała się coraz bardziej. – Odrażającego, samolubnego sukinsyna, który… Nagle uświadomiłam sobie, że mama wcale nie mówi o Pawle. Wylewała złość i żal do mojego ojca. A Paweł jedynie potwierdził to, co od swojego rozwodu sądziła o wszystkich mężczyznach…

Na szczęście okazało się, że jej historia nie powtórzyła się w każdym detalu. Paweł wprawdzie niezbyt interesował się Moniką, a już wcale Kubusiem, ale przynajmniej płacił alimenty. Miałam więc minimum pieniędzy na życie. Wykańczało mnie co innego. – Cały czas siedzę z dziećmi, nie mogę nawet wyjść na szybkie zakupy! – skarżyłam się mamie i siostrze. – A najgorsze jest to, że do przedszkola w pierwszej kolejności przyjmowane są dzieci rodziców pracujących. Jeśli nie pójdę do pracy, Monika się do przedszkola nie dostanie. A jak ona się nie dostanie, to ja przez następne trzy lata nie będę mogła wrócić do pracy! Błędne koło!

Męża, nawet idealne nie można zostawiać z atrakcyjną koleżanką

Zaczynałam wpadać w histerię

Ze względu na małą różnicę wieku, woziłam dzieciaki w jednym wózku – Monikę spacerówką z przodku, Kubusia w gondoli. Na dole zakupy. W efekcie wózek ważył jakieś dwadzieścia pięć kilo i nie byłam w stanie wnosić go po schodach czy do autobusu. Kupiłam więc dla Kubusia nosidełko i woziłam tylko Monikę. I było mi jeszcze ciężej i trudniej. – Ty cholerny sukinsynu… – mamrotałam, szarpiąc się z ciężkimi siatami i dwójką małych dzieci na śliskim chodniku. W wyobraźni ciągle przemawiałam do mojego podłego eksmęża, który – jak do mnie szybko dotarło – przeżywał właśnie pełnię młodości, szlajając się po klubach nocnych z kolejnymi dziewczynami. Wiele razy prosiłam mamę o pomoc, ale ona wciąż pracowała na cały etat i mogła posiedzieć z dziećmi najwyżej czasami wieczorem.

Oczywiście sprawdziłam ceny prywatnych żłobków i przedszkoli, zadzwoniłam do kilku opiekunek z ogłoszenia – i opadły mi ręce. Jeśli chciałam wrócić do pracy, dzieciaki musiałyby chodzić do placówek publicznych. A nie miały szans się do nich dostać, ponieważ nie miałam pracy! Asia, moja siostra, też bardzo chciała mi pomóc, lecz jako pielęgniarka miała jeszcze mniej wolnego czasu niż zwykły człowiek. Jedyne, co mogła zrobić, to wysłuchiwać moich narzekań i utyskiwań na mężczyzn, których zaczynałam szczerze nienawidzić. – Zaczynasz mówić jak mama – zwróciła mi raz uwagę. – Bo mama ma rację! – wrzasnęłam. – Ojciec ją zostawił z dwójką dzieci, Paweł mnie zostawił z dwójką dzieci! Co z facetami jest nie tak?! No powiedz mi! Po drugiej stronie linii zapadła chwila ciszy, a potem Asia rzuciła bombę. – À propos… Widziałam się niedawno z ojcem. Wiesz, on żałuje, że tak wszystko schrzanił… Przepraszał mnie ze sto razy… To teraz starszy człowiek, który ma świadomość, że zawiódł wszystkich. – I po co mi to mówisz? – eksplodowałam. – Ma poczucie winy? No nie mów! Zostawił nas na łasce losu i się zwinął, bo nie chciało mu się brać odpowiedzialności za rodzinę! A teraz mam mu wybaczyć, bo się zestarzał i żałuje? Błagam cię… Asia zawsze miała miększe serce niż ja. A może moje po prostu stwardniało, bo dostałam od życia mocniej w kość?

W każdym razie odmówiłam spotkania z ojcem. Podobno prosił ją, żeby to załatwiła. Nie miałam najmniejszej ochoty go widzieć. Siostra jednak chyba mnie nie posłuchała i kilka dni po tej rozmowie, późnym wieczorem, ktoś zadzwonił do moich drzwi. – Słucham pana? – powiedziałam do wysokiego, starszego mężczyzny w okularach. – Amelia… To ja. Tata… – powiedział cicho. Tak, to był on. Ogolił brodę i posunął się w latach, dlatego go nie poznałam. Prosił, żebym go wpuściła, chciał porozmawiać. Sprzeciwiłam się, ale wtedy z pokoju dobiegł mnie płacz Kubusia. Nie miałam czasu dłużej dyskutować w drzwiach. – No dobrze, wejdź, ale tylko na chwilę – zastrzegłam się.

Okazało się, że Kubuś był rozpalony. Kompletnie zignorowałam więc ojca i zajęłam się odmierzaniem dawki syropu i mieszaniem mleka dla dziecka. – Asia mówiła, że masz dwójkę maluchów – zaczął ojciec. Siedział przy stole w kuchni i próbował nawiązać ze mną kontakt. – Tak, mam – ucięłam. – Możesz to pomieszać? A potem przelać to tutaj? Monisiu, kochanie, czemu chodzisz boso? – zwróciłam się do córeczki, która przydreptała do kuchni, zwabiona krzykami brata. – Możesz jej założyć skarpetki? To ostatnie pytanie skierowałam do ojca, bo na rękach miałam wijące się niemowlę, syrop ściekał mi z łyżeczki, a trzylatka chodziła na bosaka po zimnej podłodze.

Zanim uśpiłam Kubusia i ponownie położyłam spać Monikę, minęła prawie godzina. Niewiele mnie obchodziło, że w tym czasie mój ojciec siedział samotnie w kuchni. Nie zaproponowałam mu nawet szklanki wody i miałam to gdzieś. – Amelko, ja przepraszam, że ci przeszkadzam, ale chciałem… – Tak, wiem, porozmawiać – prychnęłam, biorąc się do czyszczenia butelek spiralną szczotką. – Cholera! – krzyknęłam, bo potrąciłam kubek i wylało się z niego mleko z miodem, którego nie dopiła Monika. Czekaj, posprzątam to – rzucił ojciec, chwycił kilka papierowych ręczników i klęknął na podłodze. – W sumie to dalej się klei – zauważył, dotykając podłogi palcem. – To możesz ją umyć! – warknęłam rozzłoszczona. – Ja nie mam czasu się w tyłek podrapać! – Dobrze, a gdzie masz szmatę? To pytanie zbiło mnie z tropu. Naprawdę ten obcy facet, mieniący się moim ojcem, chciał zmywać podłogę w mojej kuchni?! Okazało się, że chciał – umył nie tylko podłogę, ale starł też stół, wyszorował patelnię i poskładał całą miskę prania. A potem zapytał, w czym jeszcze może mi pomóc.

Po rozwodzie chciałem się zmienić, nie wyszło!

Nagle opadłam z sił. Wieczorami zawsze byłam koszmarnie zmęczona, dosłownie kleiły mi się oczy. Nie miałam energii, żeby zrobić ojcu porządną awanturę o przeszłość. Powiedziałam więc, że jeśli naprawdę chce mi pomóc, to może następnego dnia iść po numerek do przychodni, żebym mogła zawieźć małego do lekarza. – Trzeba stanąć w kolejce pod przychodnią o szóstej – poinformowałam go nie bez satysfakcji. – To co? Pójdziesz? – Oczywiście! Zadzwonię, jak tylko go zarejestruję! – obiecał. Załatwił numerek na dziesiątą. Nie mam pojęcia, jak zdobyłabym go w inny sposób. Przecież nie mogłam stać na zimnie z chorym maluchem i marudzącą trzylatką… Ojciec czekał w przychodni. Wziął na ręce Monikę, żebym mogła zająć się Kubusiem. Został z nią w poczekalni, a potem poszedł do apteki po antybiotyk.

W domu pilnował dzieci, podczas gdy ja gotowałam zupę, a kiedy zapadły w drzemkę, zapytał, co jeszcze może zrobić. Powiedziałam, że zepsuła mi się klamka w jednym oknie, więc zajął się jej naprawą. Przez cały dzień słowem nie wspomniał o moim dzieciństwie czy własnej potrzebie ekspiacji. Po prostu mi pomagał, a ja przyjmowałam to z rosnącą ulgą, że wreszcie nie jestem z tym wszystkim sama. Kolejnego dnia zaproponował, że przywiezie duże zakupy. Dałam mu pieniądze i listę.

Przywiózł cztery torby, oddał mi listę z przekreślonymi pozycjami oraz całą kwotę. – Mam dobrą emeryturę – wyjaśnił, lekko skrępowany. – Proszę, pozwól mi zapłacić za ten rachunek. Chciałam mu zrobić awanturę. Zapytać, co on sobie myśli, i czy sądzi, że jedne głupie zakupy zrekompensują lata niepłacenia alimentów. Byłam jednak za bardzo zmęczona po nocy nieprzespanej z powodu choroby Kuby. Machnęłam więc ręką i po prostu zajęłam się rozładowywaniem siatek. Przez całą chorobę synka ojciec przychodził codziennie, żeby zabrać Monikę na plac zabaw czy skoczyć do apteki. Raz odkurzył mi całe mieszkanie. Innym razem naprawił kółko w spacerówce. Uszczelnił cieknący kran i zawiózł do naprawy mikrofalówkę.

Zaczęłam z nim normalnie rozmawiać jakoś tak po dwóch tygodniach. Dowiedziałam się, że mieszka sam, ma tylko kota. Że przez rok pracował na Ukrainie, ale wrócił do kraju z powodu wojny. Jako emerytowany pracownik naukowy miał zaskakująco wysoką emeryturę. I że był współautorem jakiegoś podręcznika akademickiego dla studentów politechniki. To wszystko było dla mnie nowością, bo przecież tak naprawdę prawie nic o nim nie wiedziałam.

Najbardziej zdumiało mnie, że miał tytuł doktora. Mój ojciec był doktorem! – z tego powodu poczułam nieoczekiwany i… nieco zawstydzający przypływ dumy. Przecież wcale nie zamierzałam być z niego dumna! Ani nawet go lubić! Musiałam jednak przyznać, że odkąd zjawił się w moim życiu, z wszystkim było mi łatwiej. Dzieci go uwielbiały, a on chętnie zabierał je na spacery. Zyskałam w ten sposób czas na przygotowanie swojego CV. A potem rozsyłałam je, gdzie tylko mogłam. Wiosną dostałam pierwsze zaproszenie na rozmowę o pracę, potem następne. W końcu ktoś oddzwonił z wiadomością: – Jest pani przyjęta. I wtedy padł na mnie blady strach! Prawdę mówiąc, nie liczyłam na to, że ktoś mnie zatrudni. Nie wierzyłam, że stanie się to tak szybko. I co teraz miałam zrobić z dziećmi?

Kiedy ojciec wrócił ze spaceru, zastał mnie gorączkowo wydzwaniającą do opiekunek z listy, którą pospiesznie ściągnęłam z internetu. Gdy na chwilę przerwałam, zapytał, dlaczego nagle szukam opieki do dzieci. – Bo dostałam pracę! – podzieliłam się z nim dobrą nowiną. – Będzie mnie stać na opiekunkę, chociaż będę musiała jej oddać większość pensji… No ale trudno, nie mogę przepuścić takiej okazji. – Amelia, a może ja bym się zajął dzieciakami? – zapytał ojciec, sprawnie przebierając Kubusia w pajacyk. – Mam dużo wolnego czasu, a one mnie lubią – uśmiechnął się do Moniki, która usiłowała zainteresować go swoim pluszowym kangurkiem. – Po co masz płacić obcej osobie, skoro mogą zostać z własnym dziadkiem?

Odruchowo odmówiłam, ale potem zaczęłam się zastanawiać. Nic nigdy nie zmieni faktu, że mój ojciec był fatalnym mężem i beznadziejnym tatą. Ale obserwowałam go od kilku tygodni i widziałam jedno: jako dziadek naprawdę się sprawdzał. Może zżerały go wyrzuty sumienia, a może po prostu późno dojrzał emocjonalnie – myślałam sobie. Jednak faktem było, że kochał wnuki, a ja potrzebowałam pomocy. Powiedziałam więc, że zobaczymy, jak to się sprawdzi. Opiekunkę zawsze mogłam zatrudnić później. Sprawdziło się bardzo dobrze. Ojciec bardzo zaangażował się w opiekę nad wnukami. Teraz, kiedy wracam do domu, dzieci są nakarmione, czyste i szczęśliwe. Złożyłam podanie do przedszkola i Monisia została przyjęta, zacznie tam chodzić od września. Kubuś dosłownie szaleje za dziadkiem. Trochę to komicznie wygląda, kiedy starszy pan w okularach, wyglądający na profesora, spaceruje z takim maluchem w nosidełku, ale chyba sąsiadki i mamy z osiedlowego placu zabaw się już przyzwyczaiły do tego widoku. Chyba nawet odrobinę mi zazdroszczą.

Jedyny problem jest z mamą. Kiedy dotarło do niej, kto opiekuje się moimi dziećmi, zrobiła mi awanturę, że jestem nielojalna i nie liczę się z jej uczuciami. Na szczęście następnego dnia przeprosiła. Trudno jej zaakceptować obecność byłego męża w życiu moim i dzieci, ale stara się, bo nas kocha. Niedawno Asia przyznała się, że to ona powiedziała ojcu o mojej dramatycznej sytuacji. Działali w porozumieniu. Ona chciała nas pogodzić, on – bliżej poznać. I cieszę się, że tak się stało. Już wystarczy tych rozstań i porzuceń w naszej rodzinie. Cudownie, że zdarzył się choć jeden powrót. W tym wypadku – ojca marnotrawnego.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/5 miesięcy temu
Lepiej pózno niz wcale.