„Wymusiłam oświadczyny na ukochanym. Nasze wesele było katastrofą, a już po 2 miesiącach był rozwód”

para młoda fot. Fotolia
„To od początku nie miało prawa się udać. Wymusiłam zaręczyny, chciałam inne wesele i jeszcze ta bójka na przyjęciu. Nie mogłam dojść do siebie przez długi czas. Gorzej być nie mogło...”.
/ 13.03.2022 21:13
para młoda fot. Fotolia

Gdy zarówno we mnie, jak i w Grzegorzu dojrzała myśl, że na sto procent jesteśmy połówkami tego samego jabłka, czyli chcemy być ze sobą na serio i pięknie się razem zestarzeć – siłą rzeczy musieliśmy poruszyć temat ślubu. Mieliśmy w tej kwestii nieco odmienne poglądy.

Grzegorz zrzędził, że papierek nic nie zmieni, a skoro ludzie się kochają, to po co im jakieś wygłupy w urzędzie albo w kościele, plus nie daj Boże zakrapiany ubaw na konto młodej pary, zwany weselem. Ja, może dlatego, że zostałam tradycyjnie wychowana, argumentowałam, że to kwestia dojrzałości, odpowiedzialności za rodzinę i życia na własny rachunek.

Pierwszy raz pokłóciliśmy się właśnie o to po 5 latach związku. Jako kobieta miałam w zanadrzu argumenty nie tylko werbalne, więc w końcu wymogłam na Grzegorzu nieporadne oświadczyny. Choć mój narzeczony jak zdarta płyta powtarzał, że małżeństwa są główną przyczyną rozwodów. Prorocze słowa… Gdy już osiągnęliśmy porozumienie, że zostaniemy mężem i żoną, przeszliśmy do dyskusji, jak mają wyglądać nasz ślub i wesele. Należało znaleźć złoty środek między uroczystą mszą i weseliskiem na 200 osób, a skromnym obiadem dla rodziców i rodzeństwa po wizycie w urzędzie stanu cywilnego.

Problemy były od początku

Nieco zasmuciliśmy rodzinki wieścią, że ślub będzie jednak cywilny, ale za to poweselimy się w lokalu w gronie 80 osób. Tylko żadnego pajaca z kamerą, żadnego nagrywania, o weselu mają krążyć opowieści. Tak sobie wymyślił mój ukochany narzeczony, a że były to czasy przed telefonami komórkowymi, wesele bez setek idiotycznych filmików w sieci oraz firmowego VHS-u na pamiątkę było możliwe. Tyle że znowu Grzegorz wykrakał, tym razem o krążących opowieściach… Któregoś dnia usiedliśmy, aby ułożyć listę gości.

Sekundowała nam moja mama, co rusz wyskakując ze swoją oryginalną logiką.
– Wujka Wieśka z ciotką Helą wypadałoby zaprosić – mówiła na przykład. – Byliśmy u nich na weselu w siedemdziesiątym piątym.
– Mamo, to wy byliście, nie ja – wznosiłam oczy do nieba. – A to moje wesele.
– Tak nie można, to w końcu rodzina…
– Czyjaś na pewno, ale czy nasza? Daleki kuzyn dalekiego kuzyna. Mamo, proszę cię.
Grzegorz pękał ze śmiechu, słuchając tych naszych przepychanek. Sam miał od dawna gotowy krótki wykaz swoich krewnych i znajomych, którzy mieli zaszczyt brania udziału w świętowaniu naszego szczęścia. Zrobiło się poważnie, gdy doszło do cioci Marysi, ulubionej kuzynki mamy. Biedna kobieta tkwiła w nieszczęśliwym małżeństwie z emerytowanym wojskowym, wujkiem Władkiem. Nigdy się nad sobą nie użalała, ale wiedzieliśmy, że nie było u nich wesoło.

Władek za kołnierz nie wylewał, a po alkoholu robił się nieprzyjemny. Dzieci nie mieli, o co wujek miał do cioci pretensje. Awantury były na porządku dziennym. Co do rękoczynów, nikt z nas pewności nie miał, ale też nikt ich nie wykluczał. Na sugestie krewnych, żeby w końcu się z draniem rozwiodła, ciocia Marysia miała zawsze jeden koronny argument, że jemu ślubowała przed Bogiem. Zaprosiliśmy oboje. Niech się ciocia trochę rozerwie. A może wujek Władek upije się raz na wesoło i wszyscy będą zadowoleni?

Lista gości została zamknięta, menu oraz muzyka w lokalu dograne, skromne ślubne kreacje odebrane, obrączki z białego złota też – pozostawało czekać na wielki dzień.

To był „piękny” dzień...

Zaczął się jak każdy inny, wschodem słońca. Pięknym. Nie padało. Nikt nie spanikował ani się nie pochorował. Obrączki się nie zapodziały. Buty nie cisnęły. Bukiet dotarł. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Drobnym zgrzytem okazała się dopiero przydługa urzędowa ceremonia zaślubin, bo pani kierowniczka Urzędu Stanu Cywilnego uraczyła nas mową cywilno-liturgiczną, jakby chciała nam wynagrodzić brak kazania z ust księdza. W końcu jednak wsunęliśmy sobie na palce obrączki, a ona zezwoliła na pierwszy małżeński pocałunek. Wyglądało to na pewno przeuroczo, ale przez moment w duchu przyznałam rację Grzegorzowi. Groteska… Po co dwojgu kochającym się ludziom takie szopki?!

Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Część kulinarno-artystyczna uroczystości zaczęła się standardowo – od wzajemnych prezentacji, przełamywania lodów, nieśmiałych tańców do muzyki z płyt, które sami wybraliśmy, żeby żaden zespół nie raczył nas własnymi wersjami znanych szlagierów. Do pierwszej ciekawej sytuacji doszło, gdy byli sobie przedstawiani wujek Władek i Andrzej, kuzyn Grzegorza. Andrzej zmierzył wzrokiem męża cioci Marysi i wycedził:
– My już się znamy…

Wujek Władek, dość grzecznie jak na niego, stwierdził, że sobie nie przypomina, ale mogą wrócić do tematu później. Zabawa, tańce, alkohol, pełne półmiski – wszystko, jak każe tradycja. Może dlatego Grzegorz podczas kolejnego tańca wyszeptał mi do ucha dowcipnie:
– Szkoda, że nie jesteśmy na wsi i przed restauracją nie ma płotu. Jakaś bitwa na sztachety by się przydała
– Ależ ty jesteś głupi, mężu mój… – odparłam. – I ja za ciebie wyszłam.
– Owszem. Klamka zapadła.

Wśród gości prym w spożyciu trunków wiódł oczywiście wujek Władek oraz, o dziwo, kuzyn Andrzej. Wieczorem obaj wyszli na zewnątrz, a ich powrót zdumiał wszystkich, niektórych przeraził, innych zasmucił, a mnie, co tu kryć, przyprawił o spazmy.

Wrzaski obu panów przebiły się przez głośną muzykę, a po chwili kuzyn Andrzej po ciosie w szczękę bez gracji wylądował na jednym ze stołów. Brzęk tłuczonych naczyń zlał się z krzykiem żeńskiej części wesela. Andrzej dzielnie się poderwał i zaprawił Władka ciosem w splot słoneczny. Wujek stęknął, ale jeszcze się odwinął młodszemu przeciwnikowi – białą koszulę Andrzeja upstrzyły krople krwi z rozbitego nosa. Wtedy rozeźlony kuzyn przeszedł do kontrataku, waląc we Władka jak w bęben i charcząc coś o Orzyszu, karze, zmarnowanej młodości i czymś tam jeszcze.

Gdy uruchomił nogi do kopniaków, goście, którzy dotychczas stali jak wryci, uznali, że czas wkroczyć. Zaczęto rozdzielać krewkich oponentów. Ktoś oberwał, ktoś się przewrócił. Pamiętam tylko, że płakałam jak bóbr, a Grzegorz i rodzice mnie pocieszali. Jeszcze jeden szczegół utkwił w mojej świadomości. Spojrzenie cioci Marysi. Zwykle zahukanej, psychicznie zmaltretowanej cioci, która teraz jakby nie była sobą. Stała pewna, wyprostowana, ironicznie uśmiechnięta, podczas gdy jej małżonek przyjmował lawinę ciosów.

To była klapa

Po tej katastrofie, zwanej naszym weselem, byłam kompletnie rozbita i prawie tydzień dochodziłam do siebie. W takim stanie zaczęłam miodowy miesiąc. Grzegorz uiścił dodatkowe opłaty za zniszczenia dokonane przez uczestników bijatyki. O co w ogóle poszło? Jak się okazało, gdy kuzyn Andrzej odbywał zasadniczą służbę wojskową, trafił do jednostki, gdzie rej wodził wujek Władek w stopniu kapitana. Doszło do konfliktu na linii podwładny – przełożony. Ostatnia awantura skończyła się odesłaniem Andrzeja do jednostki karnej, gdzie biedak poddawany był morderczym musztrom, marszobiegom z plecakiem wyładowanym kamieniami i upokarzającym ćwiczeniom z atrapą karabinu.

Po latach spotkał sprawcę swej niedoli na naszym weselu. I po pijanemu postanowił się na nim odkuć. Jaki ten świat jest mały. Ostatni akt wesela, o którym do dziś krążą opowieści, dokonał się jakieś dwa miesiące po przyjęciu. Wróciliśmy już z podróży poślubnej i w chwilach wolnych od pracy urządzaliśmy nasze mieszkanie. Któregoś dnia zjawił się niespodziewany gość. Ciocia Marysia. Zaskoczona zaprosiłam ją do środka, przepraszając za bałagan.
– Ależ nie szkodzi, moje dziecko – powiedziała. – Nie chciałam się wielce zapowiadać. Wpadłam tylko na chwilę, żeby podziękować.
– Za co? – spytał Grzegorz przytomnie.
– Za zaproszenie na wesele. Spojrzeliśmy na siebie zdumieni. – Odchodzę od Władka. Rozwodzę się.

Tego się nie spodziewaliśmy. Nie wiedzieliśmy, jak skomentować taką nowinę. Gratulować czy załamywać ręce?
– Zawsze się go bałam. Tyran, pan i władca… Dopóki nie zobaczyłam go w sytuacji, gdy był bezradny, upokorzony. Na kolanach. Dosłownie. Wtedy przestałam się go bać.
– Czy on… – przygryzłam wargi. – Czy on ciocię bił? – wykrztusiłam w końcu.
– Zdarzało się. Ale tu nawet nie chodzi o ból fizyczny. Można ranić na wiele sposobów… Obyś nigdy się o tym nie przekonała. Przepraszam, że zawracałam wam głowę, i jeszcze raz dziękuję. Do widzenia.

Dziwna jest moc przypadku. Jeszcze tydzień wcześniej myślałam, że dwóch narąbanych idiotów zepsuło nam wesele, czułam się winna wobec zaproszonych gości, czułam niesmak po całym zajściu. Teraz cieszyłam się z powodu tej bójki, bo miała pozytywne konsekwencje. Otworzyła drogę do szczęścia osobie, która tego szczęścia w życiu nie zaznała. A na pewno na nie zasługiwała. Coś, co nam zepsuło wesele, dla cioci stała się początkiem nowego życia.

Marysia jest dziś pogodną sześćdziesięciolatką u boku pana Mariana, dzięki któremu przynajmniej częściowo zapomniała o przeszłości. My z Grzegorzem też się do tego przyczyniliśmy. Nieświadomie, ale jednak. W końcu gdybyśmy Marysi i Władka nie zaprosili na wesele, pewnie nic by się między nimi nie zmieniło…

Czytaj także:Z okazji 42 urodzin miała przebiec maraton, a trafiła do szpitala z podejrzeniem ciężkiej choroby„Byłam pogodzona z losem, a właściwie z tym, że już nic mnie nie czeka”. O samotności i depresji - niezwykła historia Krystyny„Zwolniłam ją za podrywanie mężów pacjentek i flirtowanie z lekarzami. Niestety za późno”

Redakcja poleca

REKLAMA