POLECAMY

„Są takie chwile, kiedy człowiek ma ochotę wsiąść do pierwszego lepszego pociągu i ruszyć przed siebie. Ja tak zrobiłam”

Pierwszy samodzielny wyjazd po rozwodzie okazał się inny niż przypuszczałam...

/ 2 miesiące temu
„Są takie chwile, kiedy człowiek ma ochotę wsiąść do pierwszego lepszego pociągu i ruszyć przed siebie. Ja tak zrobiłam” fot. Fotolia

Miały to być niezapomniane wakacje… I w zasadzie były, choć z zupełnie innych względów, niż się spodziewałam.

Ten pierwszy samodzielny wyjazd po rozwodzie traktowałam jak lek na przykre przeżycia związane z rozstaniem. Wycieczkę do Grecji zaplanowałam więc w szczegółach. Wybrałam taki termin, żeby uniknąć upałów i sezonowego tłoku. Kupiłam dwa kostiumy kąpielowe i okulary przeciwsłoneczne, zaopatrzyłam się w kremy do opalania z wysokim filtrem. Przeczytałam przewodniki o okolicach Riwiery Olimpijskiej, na której zamierzałam wypoczywać. Dostałam urlop i zaczęłam szykować się do podróży.

Po co komu ślub, przecież to tylko papier?

W dniu wyjazdu stawiłam się na lotnisku i podekscytowana przyglądałam się podróżnym. Próbowałam zgadnąć, którzy z nich polecą razem ze mną. Wreszcie wyświetlono odprawę na lot do Salonik. Ustawiłam się w kolejce, szykując się do kontroli. Przypominałam sobie, że lustrzankę, telefon i klucze muszę wyłożyć z torebki na tacę. W ręku trzymałam dokumenty. Odprawa przebiegała sprawnie i kolejni pasażerowie przechodzili w głąb hali. W końcu przyszła pora na mnie. Pewnym ruchem podałam urzędnikowi dowód i bilet. Coś mu się nie spodobało, bo zwrócił mi dowód i rzekł: – Paszport poproszę. – Ale ja do Grecji. Przecież to strefa Schengen… – patrzyłam na niego zdezorientowana. – Wystarczy dowód. – Teoretycznie tak – zgodził się uprzejmie. – Pod warunkiem, że jest ważny. A pani  dokument ważność niedawno utracił. Dlatego paszport poproszę. – Nie mam! – jęknęłam, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Gapiłam się jak zaczarowana w mój dowód. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że rzeczywiście data ważności minęła trzy dni wcześniej. W tym samym momencie kazali mi się odsunąć na bok i nie zakłócać płynności odprawy. Wtedy się ocknęłam. Przysiadłam na jednym z niewygodnych krzesełek terminalu, a urzędnicy przestali zwracać na mnie uwagę. Pochwyciłam kilka współczujących spojrzeń niedoszłych współpasażerów i zrozumiałam, że moje wymarzone wakacje nie dojdą do skutku. Wstałam i, ciągnąc za sobą walizkę, ciężkim krokiem opuściłam terminal. Powlokłam się na przystanek autobusowy. Wsiadłam do autobusu i pogrążyłam się w niewesołych myślach. Ocknęłam się dopiero na końcowym przystanku, przy dworcu PKP. Wcale nie chciałam tam jechać. Po prostu się zagapiłam. Jednak nagle przyszła mi do głowy buntownicza myśl: „Nie pozwolę sobie zepsuć wakacji! Skoro już tutaj dotarłam, mam urlop, jestem spakowana,  to mogę odpocząć gdzieś w kraju”.

Zdałam się na los, postanawiając, że wsiądę w pierwszy odjeżdżający pociąg. Sprawdziłam rozkład jazdy. Okazało się, że za piętnaście minut mogę jechać do Kołobrzegu. Bez problemu kupiłam bilet i znalazłam miejsce w prawie pustym przedziale.  Oprócz mnie siedział w nim tylko jakiś mężczyzna. Uprzejmie pomógł mi ulokować bagaż na półce i pogrążył się w lekturze. 

Ja bezmyślnie gapiłam się w okno. Dopiero gdzieś za Szamotułami współtowarzysz odłożył gazetę i zaczął rozmowę. – Pani do sanatorium? – spytał. – Nie, tak sobie jadę – odparłam. – Do rodziny? – nie ustawał. – Też nie – uśmiechnęłam się przepraszająco. – Właściwie… sama nie wiem. Musiałam go zaintrygować, bo popatrzył na mnie i uśmiechnął się łobuzersko. – Uciekła pani z domu? – Nie, po prostu… mój dowód stracił ważność i przepadła mi wycieczka – odparłam, czując z irytacją, że na to wspomnienie do oczu napływają mi łzy. Mężczyzna podał mi chusteczkę. – Niech się pani wypłacze. To pomaga. Nie wiem, czy na skutek tej zachęty, czy z nerwów, ale rzeczywiście zaczęłam płakać.

Dotarło do mnie, że żona od samego początku mnie oszukiwała

Trochę potrwało, zanim uspokoiłam się na tyle, żeby przeprosić za swój wybuch emocji. Widząc jego łagodne, zaciekawione spojrzenie, poczułam się w obowiązku opowiedzieć,  co właściwie mi się przytrafiło. Słuchał, nie przerywając głupimi uwagami typu „Jak można było zapomnieć?!”. Wydawało się, że naprawdę mi współczuł. – Mam nadzieję, że tak bez zapowiedzi uda mi się wynająć na miejscu jakiś pokoik… – zakończyłam swoją opowieść. Mężczyzna pokiwał głową. – Oczywiście. Jest wiosna. O tej porze  roku nie ma zbyt wielu chętnych na snucie się po plaży – zapewnił mnie. – Bardzo dobrze pani zrobiła, decydując się w takiej sytuacji jechać w nieznane.

Może ten urlop wcale nie okaże się zmarnowany. – Bałtyk to nie Morze Egejskie, no ale… – Ale swoje uroki ma – dokończył. – Ja jadę do sanatorium. Też zachwycony tym nie jestem, ale czego się nie robi dla zdrowia. Jednak w przeciwieństwie do pani miałem czas oswoić się z faktem, że najbliższy czas spędzę w Kołobrzegu. To ładne miasto i… – Wiem – weszłam mu w słowo. – Już tam kiedyś byłam. Na wakacjach zresztą. Bardzo mi się podobała Nowa Starówka. Nagle okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów. Rozmowa okazała się tak wciągająca, że podróż minęła nam nie wiadomo kiedy. I tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy sobie mówić po imieniu.

Nad kobietami w mojej rodzinie wisi klątwa?!

Żegnając się na dworcu, wymieniliśmy się numerami telefonów. Tomek obiecał zadzwonić, kiedy już zainstaluje się w swoim sanatorium. Ja nie obiecałam mu niczego, bo nie wiedziałam, czy w ogóle uda mi się znaleźć jakieś lokum. Jednak tak jak przepowiedział mój nowy znajomy, nie miałam z tym najmniejszego problemu. Już w pierwszym miejscu, do którego zapukałam, przyjęto mnie z otwartymi ramionami. Pokój był ładny, okolica  spokojna, do morza niedaleko. Po odświeżeniu się po podróży ruszyłam na promenadę. Mimo że było grubo przed sezonem, przewalał się przez nią różnobarwny tłum, składający się głównie z dość wiekowych niemieckich turystów. Pogoda była taka sobie, wiał zimny wiatr. Znów poczułam żal, że zamiast wygrzewać się w słońcu i cieszyć oczy lazurowym błękitem morza, marznę i słucham wrzasku mew nad szarym Bałtykiem. Moja lekka kurteczka byłaby odpowiednia na greckie wieczory, ale nie na wiosnę w Kołobrzegu.

Zanim dotarłam do latarni morskiej, zdążyłam nieźle przemarznąć. Aby się nieco ogrzać, schroniłam się w maleńkim lokaliku, gdzie mi zapachniała smażona ryba. Po posiłku, czując narastające zmęczenie, wróciłam i położyłam się spać. Z drzemki wybudził mnie telefon. Mój nowy znajomy był ciekawy, jak sobie poradziłam. Zaproponował spotkanie następnego dnia. Zgodziłam się z przyjemnością. Przy kawie i koniaku dowiedziałam się, że Tomek też ma za sobą bolesne przeżycia. Był wdowcem, a trudne lata choroby żony przypłacił zawałem. Właśnie dlatego dostał skierowanie do sanatorium. Widywaliśmy się codziennie. Po południu chodziliśmy na długie spacery. Lubiliśmy odludne zakątki, do których nie docierali inni kuracjusze. Najbardziej polubiliśmy Podczele, gdzie godzinami obserwowaliśmy gniazdujące ptaki. Kiedy pogoda nie dopisywała, zaszywaliśmy się w jakiejś kawiarence i prowadziliśmy długie rozmowy.

Gdy mój pobyt w Kołobrzegu dobiegał końca, odkryłam, że zdążyłam polubić Tomka na tyle, że na myśl o rozstaniu robiło mi się przykro. Najwidoczniej jemu też, bo kiedy nadeszła chwila pożegnania, nieśmiało zapytał, czy podam mu adres mejlowy i pozwolę na kontynuowanie znajomości. Sprawił mi przyjemność tą prośbą, ale nie obiecywałam sobie zbyt wiele. Wiadomo – wakacyjne znajomości zwykle trwają dopóty, dopóki nie znikną wspomnienia. Podeszłam więc do sprawy racjonalnie i nie nastawiałam się, że Tomek zaleje mnie mejlami. Zaraz po powrocie złożyłam wniosek o nowy dowód. W pracy, pytana o wrażenia, odpowiadałam enigmatycznie: „Fajnie było”, a brak śródziemnomorskiej opalenizny tłumaczyłam używaniem kremu z filtrem. Okazało się przy tym, że jednak pomyliłam się co do Tomka: mejle od niego zaczęły przychodzić regularnie.

Czy mogę być z facetem jeżdżącym na wózku inwalidzkim?

Z humorem opisywał perypetie sanatoryjnego życia, wytykając mi, że porzuciłam go na pastwę kuracjuszek spragnionych męskiego towarzystwa. Potem były rozmowy na Skypie, pogaduszki telefoniczne, esemesy. Następnie coraz częstsze wizyty – jego u mnie, w Poznaniu, i moje u niego, w Lesznie. Zażyłość między nami pogłębiała się w szybkim tempie. Poznawaliśmy się coraz lepiej i coraz trudniej znosiliśmy rozłąkę. Odkryliśmy, że śmieszą nas te same rzeczy i te same sytuacje wywołują w nas irytację. Zaczęliśmy planowaliśmy wspólny wyjazd na urlop. Tak upłynął rok. I znowu czekam na lotnisku. Tym razem z ważnym dowodem i Tomkiem u boku. Lecimy na wspólne wakacje go Grecji. Dwutygodniowe, bo jak stwierdził Tomek, należy mi się porządna rekompensata za ten niedoszły zeszłoroczny pobyt. Chociaż gdybym wtedy poleciała, nie poznałabym jego.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)