POLECAMY

„Pogódź się z tym, że twój syn wie, co to seks. Ognia w papierek nie zawiniesz!”

Krew nie woda.

/ 2 miesiące temu
„Pogódź się z tym, że twój syn wie, co to seks. Ognia w papierek nie zawiniesz!” fot. Fotolia

Kiedy w trakcie rozmów o wychowaniu naszego syna Andrzej chciał mnie zdenerwować, mówił, że Bartek to cały tatuś, czyli on – koneser kobiecego piękna. Fakt, dawno temu mój mąż miał opinię bawidamka; kobiety lgnęły do niego jak muchy do miodu, aż trafił na tę jedyną, czyli na mnie. Niemniej święty nie był, a dzieci wszystko podłapują.

Dwunastoletni Bartek potrafił na basenie na widok jakiejś ładnej, zgrabnej dziewczyny, zawołać: "Mamo, patrz jaka fajna!". Albo podczas spaceru na widok kobiety o bujnych kształtach wypalić: "Ale zdrowa mama!", co już było mniej zabawne. Na sto procent taki tekst mógł usłyszeć z ust Andrzeja, naturalnie gdy mnie nie było w pobliżu.

Gimnazjum i pierwsza klasa liceum były pasmem nieustannego zauroczenia kolejnymi dziewczętami, a czasem nauczycielkami. Bartek beztrosko nam o tym opowiadał, bo od małego mu wpajaliśmy, że może z nami rozmawiać o wszystkim. Zakochiwał się i umawiał ekspresowo, bez jakiejś głębszej refleksji czy przemyślanego planu podbicia serca wybrance. O ile w ogóle współczesny nastolatek zastanawia się nad naturą miłości. Wyglądało to bardziej na kolekcjonowanie zdobyczy.

Być mamą nastolatka...

Wszechobecna kultura porno też nie nastrajała nas optymistycznie jako rodziców. Jakkolwiek byśmy blokowali komputer, jakiekolwiek udziwnienia i zabezpieczenia stosowali, młody człowiek i tak dotrze do zakazanych stron. Co prawda podczas rozmów uświadamiających na temat seksu Andrzej posiłkował się światłą myślą pewnego francuskiego pisarza, że "erotyka to ciało, pornografia to mięso", ale wiedzieliśmy, że rodzicielska edukacja to nie wszystko. Prócz głupkowatych kolegów są jeszcze telewizja i internet. Czerpanie inspiracji z takich źródeł może doprowadzić do  dramatycznych perturbacji.

Kretyn. Czy takie imię wybrałaś dla dziecka?

Oprócz płci pięknej Bartek uwielbiał ekstremalną jazdę na rowerze. Kiedy złamał nogę i na ponad miesiąc został uziemiony w swoim pokoju, przekonaliśmy się, jaka duża jest skala zjawiska pod tytułem "Bartek i dziewczyny". Do naszego domu zaczęły kolędować istne pielgrzymki dziewczyn, które przychodziły, by biedaczek odpisał lekcje i zorientował się na bieżąco w przerabianym materiale.

Po dwóch tygodniach została jedna.

Andrzej zaczynał powątpiewać, czy to aby na pewno koleżanki z klasy. Poza tym w dobie komputeryzacji można było zwyczajnie napisać maila o tym, co aktualnie w szkole się dzieje, a lekcje w zeszycie zeskanować i też wysłać. Po niecałych dwóch tygodniach z tabunu uprzejmych rówieśniczek została tylko jedna, Klaudia, i to ona wzięła na swoje wątłe barki nadrobienie szkolnego opóźnienia Bartka oraz zapewnienie mu towarzystwa, bo w domu nudził się jak mops. Ileż w końcu można surfować po sieci albo grać w strzelanki?

Klaudia przychodziła zaraz po szkole, uprzejmie dziękowała za obiad, na który zawsze zdążyła się załapać, po czym zamykali się w pokoju i do wieczora przebywali w swoim towarzystwie. Gdy zbliżała się pora ostatniego autobusu, którym Klaudia wracała na osiedle, gdzie mieszkała z rodzicami i licznym rodzeństwem, młodzi czule się żegnali. Nazajutrz scenariusz się powtarzał. Na moje pytania, czy Klaudia nie ma żadnych domowych obowiązków, Bartek odburkiwał coś zdawkowo, a z jego wymuszonych odpowiedzi wynikało, że rodzinna sytuacja Klaudii zbyt wesoła nie jest.
To nas nie uspokajało. Na osobę z patologicznego domu nie wyglądała, ale różnie bywa. Doszło do tego, że zaczęliśmy się zachowywać jak dziadek Pawlak z "Nie ma mocnych". Mój mąż wchodził znienacka do pokoju Bartka, by sprawdzić, czy nie cieknie zawór w kaloryferze, choć sezon grzewczy skończył się dawno temu, albo czy z kontaktem wszystko w porządku, bo przeczuwał zwarcie instalacji. Młodzi przeważnie oglądali w internecie jakieś głupawe filmiki, ale niepokój i podejrzenia budził fakt, że był koniec maja, a oni siedzieli pod kocem, jakby szalała zima stulecia.
– Tego jeszcze brakuje, żebym została babcią przed czterdziestką!
– Nie panikuj – uspokajał mnie Andrzej. – Bo i ja wpadnę w panikę. Nieraz z nim rozmawiałem, aż taki głupi chyba nie jest. Choć nie zaszkodziłoby, gdyby sobie zrobili jakąś przerwę.

Jak matka psuje życie dorosłej córce

Ale nie robili. Co więcej, Bartek zapowiedział stanowczo, że wyjeżdżają razem na wakacje, więc mamy już szykować pieniądze na tę eskapadę.
Kategorycznie się sprzeciwiłam i zapowiedziałam, że pojedzie z nami do cioci na wieś. Pooddycha świeżym powietrzem, będzie chodził na grzyby i jagody, wraz z ojcem pomoże cioci Stasi w uzbieraniu opału na zimę.
Bartek nie chciał o tym słyszeć. Uparł się jak osioł, że na co najmniej dwa tygodnie ruszają z Klaudią w góry pod namiot. I koniec. Świadectwo będzie miał zadowalające, zatem liczy na jakąś nagrodę za wyniki w nauce.
– A ty się dla nas uczysz czy dla siebie? – spytał go kąśliwie Andrzej. – Na koedukacyjny wypoczynek masz jeszcze czas, osiągnij pełnoletność, żebyś sam odpowiadał za swoje wygłupy!
– Czyli niby za rok będę bardziej dorosły niż teraz, i wszystko będę mógł, tak?! – zaperzył się Bartek.
– Jeśli teraz wybijesz sąsiadowi okno, to mnie będą wzywać. Za rok tłucz szyby we wszystkich sklepach i sam szoruj do pierdla! Rozumiesz różnicę?
Andrzej był dość obcesowy, ale przecież miał rację. Bartek mruknął, że pożałujemy, i powlókł się do swojego pokoju w oczekiwaniu na kolejną regularną wizytę Klaudii.

A ty dokąd się wybierasz? Po co ci ta kamerka?

Tydzień przebiegł spokojnie, temat samodzielnych wakacji naszego syna i jego dziewczyny umarł, wydawałoby się, śmiercią naturalną. Piątkowego wieczora młodzi tak bardzo zajęli się sobą albo głupotami w internecie, że Klaudia przegapiła ostatni autobus do domu. Oczywiście nie było mowy, by wracała sama. Bartek poprosił Andrzeja, żeby ją odwiózł, a mój mąż przystał na to bez żadnych obiekcji.
– Może ona ma więcej oleju w głowie... – szepnęłam Andrzejowi, gdy wychodził. – Spróbuj jej przemówić do rozumu z tymi wakacjami.
Małżonek tylko wzruszył ramionami. Za pół godziny był z powrotem. Tematu z młodą nie poruszył.

Teściowa, która jest nie do zniesienia? Skąd ja to znam...

Dziewczyna mojego syna wymyśliła sobie gwałt

W sobotę Klaudia również się zjawiła. Jakby czekała na moment, gdy Andrzej pójdzie do garażu, gdzie zamierzał robić z dawna zapowiedziane porządki, i zdybała mnie w kuchni.
– Pani mąż dobierał się do mnie w aucie – powiedziała bez wstępów i ogródek, a ja aż przysiadłam. – Chciał mnie zgwałcić. Ale...
– Ale co?! – wydusiłam po dłuższej chwili, a ręce mi się trzęsły.
– Ale nie pójdę na policję. Tylko pozwólcie nam razem wyjechać na wakacje. Nie zgłoszę tego.
Krew uderzyła mi do głowy. Mój mąż oskarżony o próbę gwałtu, a to biedne dziewczę myśli, że jak puszczę z nią syna na wspólne wakacje, to wszystko będzie tip-top?! Odesłałam Klaudię do pokoju Bartka i pognałam do garażu. Od razu na męża naskoczyłam. Ręce mi się trzęsły, głos dygotał, a Andrzejowi nawet powieka nie drgnęła.
Nalał sobie spokojnie soku.
– Ależ te dzieciaki są głupie, Boże drogi! – westchnął ciężko. – Głupsze niż ustawa przewiduje po prostu... I to mój syn z panią swojego serca!
– Może byś się tak wytłumaczył, co?! – wrzasnęłam, bo jego spokój doprowadził mnie do furii. – Ej, co robisz? Gdzieś się wybierasz?!
Andrzej wsiadł do wozu i wymontował kamerkę samochodową, którą kupił dwa miesiące temu. Po ostatniej stłuczce nie ze swojej winy wolał się zabezpieczyć. Drogi pełne są palantów, próbujących wymigać się od odpowiedzialności i kary, gdy doprowadzą do wypadku.
Wróciliśmy do salonu, gdzie Andrzej podpiął kamerę do swojego laptopa.
– Wołaj tu tych szantażystów od siedmiu boleści – polecił; niby spokojnie, choć jego ton tchnął chłodem.
No i stanęli przed nami. Nasz bezmyślny synek ze swoją równie bezmyślną dziewczyną. Butnym młodzikom szybko miny zrzedły, gdy patrząc w ekran, podziwiali film nagrany we wnętrzu naszego auta. W rolach głównych Andrzej i Klaudia.

Osiem minut bez jednego niestosownego słowa czy gestu, z datą i godziną, na koniec grzeczne "dziękuję i dobranoc" w wykonaniu Klaudii. Andrzej odwzajemnia się uprzejmym "dobranoc". Koniec seansu. Para siedemnastolatków pospuszczała głowy.
– Ta kamera ma podwójną funkcję
– objaśnił z kamienną twarzą Andrzej. – Rejestruje drogę, ale również to, co dzieje się w aucie. Miałem nosa z tym zakupem, prawda?
Bartek i Klaudia milczeli. Chyba zaczęła do nich docierać powaga sytuacji oraz ich bezbrzeżna głupota.
– To był mój pomysł – bąknął Bartek.
– Nie, mój! – krzyknęła Klaudia.
– Mój!
– Właśnie że mój! Cicho, idioto!
Było w tym coś wzruszającego.
Powinnam była to dziewuszysko palnąć w łeb, mojego syna też, i to parę razy, ale ta scena mnie rozczuliła niemal do łez. Młodzieńcza miłość naprawdę potrafi być szalona...
– A jakbym nie miał tej kamery? – Andrzej zburzył atmosferę wzruszenia. – Zamknęlibyście mnie w kryminale?
– To była tylko taka próba... – wystękał Bartek. – Przecież to nie na poważnie, nie poszlibyśmy na policję, co ty.
– Podsumowując, daliście nam kolejny argument, że nie można was razem nigdzie puścić, dopóki nie zmądrzejecie – podsumował mąż.
O dziwo, młodzi przytaknęli.
Niemrawo, bo niemrawo, ale jednak.
Klaudia pociągnęła nosem.
– Przepraszam, bardzo przepraszam. Pomogę pani zrobić kolację, co? – zaofiarowała się, pełna skruchy.
– Bardzo proszę. A ty siadaj wreszcie na tyłku, bo masz nogę w gipsie!
Bartek klapnął na krześle.

– Ja też przepraszam. W internecie przeczytałem o takiej próbie szantażu w Ameryce. Pomyślałem... Właściwie to nie pomyślałem. Przepraszam.
Zjedliśmy wspólnie kolację i atmosfera się rozładowała. Mamy z Andrzejem nadzieję, że Bartek i Klaudia faktycznie zrozumieli, że ten ich diabelski plan był efektem młodzieńczej głupoty, z której muszą wyrosnąć.
Gdy zostaliśmy sami, wciąż komentowaliśmy całą sytuację.
– Wiesz co? – Andrzej dopił herbatę. – A może weźmiemy ich oboje do cioci Stasi? Położy się ich spać osobno... Wiem, że to nic nie da, ognia w papierek nie zawiniesz, ale jakoś będą i z nami, i razem. Zawsze ryzyko mniejsze. Pojadę do rodziców Klaudii i z nimi pogadam. Co o tym myślisz?
– Myślę, że to jednak ja pojadę i z nimi pogadam. Bo niby czemu nie?
Klaudia aż popłakała na wieść o naszej propozycji. Porozmawiałam z jej rodzicami. Nie są żadną patologią, po prostu im się nie przelewa, jak w większości rodzin wielodzietnych. Bartek nam nie dowierzał, ale też się cieszył jak małe dziecko, bardziej niż na ściągnięciu gipsu z prawidłowo zrośniętej kości nogi.

No nic, zobaczymy, co przyniosą wspólne wakacje na wsi. Może młodzież się od nas czegoś nauczy. A może my podpatrzymy coś od nich...

Wybaczając matce, uczymy się wybaczania innym ludziom. To ważne. Dla nas! Nie dla nich...

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)