POLECAMY

Odkąd urodził się nasz syn, dla żony przestałem istnieć - prawdziwa historia Szymona

To częsty problem wielu małżeństw.

/ 3 miesiące temu
Odkąd urodził się nasz syn, dla żony przestałem istnieć - prawdziwa historia Szymona fot. Fotolia

Zawsze wydawało mi się, że nasze małżeństwo jest bardzo udane. Pobraliśmy się z Karoliną z wielkiej miłości, po długim okresie narzeczeństwa. Zdążyliśmy poznać swoje wady i zalety, więc świetnie się dogadywaliśmy. Owszem czasem się na siebie boczyliśmy, miewaliśmy gorsze dni, ale w którym związku ich nie ma? Zresztą po każdej kłótni szybko dochodziliśmy do porozumienia i wszystko wracało do normy. Było nam ze sobą dobrze.

Rusowicz urodziła dziecko po 10 latach starań. „Lekarz rzucił na odchodne, że przez policystyczne jajniki, nie będę mieć dzieci”

Trzy lata po ślubie doszliśmy do wniosku, że czas na dziecko. Ja byłem już po trzydziestce, Karolina tuż przed, nie było na co czekać. No więc, jak to mówią, zabraliśmy się do roboty i rok później pojawił się na świecie Piotruś. Gdy zobaczyłem go po raz pierwszy w szpitalu, omal nie oszalałem ze szczęścia. Oczami wyobraźni już widziałem, jak w przyszłości uczę go jeździć na rowerze, grać w piłkę... Dziś mały ma pół roku, a mój entuzjazm do ojcostwa znacznie osłabł. I to nie dlatego, że maluch płacze i marudzi. To, choć z wielkim trudem, jestem jeszcze w stanie wytrzymać. Zresztą zaopatrzyłem się w całkiem niezłe słuchawki, które skutecznie tłumią te wrzaski. Chodzi o to, że synek przesłonił żonie cały świat.

Była moją bratnią duszą, najlepszym przyjacielem i doradcą.

Cały świat mojej żony kręci się wokół naszego synka

Przed narodzinami dziecka czułem, że jestem dla Karoliny kimś ważnym. Interesowała się moimi problemami, dbała o to, bym czuł się zadowolony, dopieszczony i zadbany. Gdy miałem w pracy jakiś problem, siadaliśmy i gadaliśmy o tym nawet do białego rana. Była moją bratnią duszą, najlepszym przyjacielem i doradcą.

Od kiedy jednak ma Piotrusia, moje sprawy niewiele ją obchodzą. Ważny jest wyłącznie synek. To on narzuca rytm dnia, nocy i rządzi całym domem. Wystarczy, że zapłacze, zakaszle, a żona rzuca wszystko i biegnie do jego łóżeczka. I nieważne, że właśnie wróciłem z pracy po dziesięciu godzinach harówki i chciałabym zjeść kolację. "Jedzenie jest w lodówce, zrób sobie coś" – rzuca od niechcenia i chwyta małego w ramiona.

A nasze rozmowy? Ograniczają się jedynie do tego, co zjadł Piotruś, jaką kupkę zrobił, ile razy się uśmiechnął, który ząbek mu wyrósł.
Nie powiem, lubię te opowieści, bo przecież dotyczą mojego dziecka. Ale bez przesady. Po ciężkim dniu w firmie chciałbym także porozmawiać o czymś innym. Niestety, gdy tylko zmieniam temat, żona odpływa myślami gdzieś daleko, krzywi się lub robi znudzoną minę. Kiedy to widzę, nie mogę uwierzyć, że jeszcze całkiem niedawno mieliśmy tyle wspólnych tematów...

Jakby tego było mało, Karolina non stop narzeka. Przede wszystkim na to, że nie zajmuję się dzieckiem.

No cóż, na początku chciałem jej pomagać, ale kiedy raz czy drugi usłyszałem, że coś robię nie tak, źle trzymam synka i na pewno połamię mu nóżki, mój entuzjazm osłabł. Potem już nie byłem tak chętny do pomocy, ale to nie oznacza, że całkiem umywałem ręce. Po pracy nie uwalałem się od razu przed telewizorem, zawsze znajdowałem czas, by chwilę pobyć z synkiem. I co? I znowu spotykałem się tylko z krytyką.

Okazywało się, że źle go trzymam przy kąpieli, przewijam, zabawiam.
"Daj, sama to zrobię, bo nie mogę patrzeć na to, co wyprawiasz" – słyszałem. No to przestałem pomagać. Nie miałem ochoty wysłuchiwać, że jestem beznadziejny albo że zrobię dziecku krzywdę. Efekt? Naburmuszona mina mojej żony. I wieczne żale, że nic nie robię...

Zero rozmów, zero seksu... Czy mam szukać kochanki?

Kolejny problem to wyjścia. A właściwie ich brak. Odkąd synek pojawił się na świecie, właściwie nie wyszedłem z domu sam. Wcześniej mieliśmy z żoną całkiem zdrowy układ.

Ona miała swoje babskie ploteczki, ja męskie wieczory. A teraz? Raz czy dwa udało mi się wyskoczyć po pracy z kumplami na piwo, ale na tym koniec. Bo Karolina zaraz miała pretensje. Twierdziła, że wszystko jest na jej głowie, że ciągle chcę żyć jak kawaler. "Teraz jesteś ojcem, masz natychmiast wracać do domu" – krzyczała.

Nie rozumiem dlaczego. Przecież do pomocy przy dziecku się jej zdaniem nie nadaję, tematów do rozmów też nie mamy. Dlaczego więc odmawia mi tej odrobiny swobody? Chyba tylko dlatego, żeby zrobić mi na złość.
Przecież ona ciągle ma te swoje koleżaneczki. Wpadają do nas w odwiedziny jak do siebie. A ja nie dość, że mam zakaz wychodzenia, to jeszcze kumpli zaprosić nie mogę. Bo są zbyt hałaśliwi, bo będą przeszkadzać albo mały się od nich czymś zarazi.

No i ostatnia sprawa – seks. Karolina zawsze bardzo dbała o to, by temperatura uczuć w naszym związku nie spadła nawet o stopień.

Kochaliśmy się często i bardzo, bardzo namiętnie. W łóżku, w łazience, na stole w salonie. Wystarczyło, że ją dotknąłem, a już była gotowa. Ja zresztą też.

Od narodzin syna o takich igraszkach mogę zapomnieć.

W naszej sypialni panuje ziąb jak na Syberii w środku zimy. "Daj spokój, jestem zmęczona, nie mam ochoty" – mówi żona, gdy próbuję się do niej przytulić.
Na palcach jednej ręki mogę policzyć noce, w których udało mi się do niej zbliżyć. A przecież nie jestem z kamienia, normalny facet ze mnie!
Nie wiem już, co robić. Próbowałem porozmawiać z Karoliną. Tłumaczyłem jej, że ja też mam swoje potrzeby. I psychiczne, i że tak powiem, fizyczne. Nawet nie chciała słuchać. Ledwie skończyłem trzecie zdanie, już na mnie napadła. Stwierdziła, że jestem egoistą, widzę tylko czubek własnego nosa. Gdy to usłyszałem, to nie próbowałem już dalej dyskutować. Stwierdziłem, że to nie ma sensu.

Czy kocham Karolinę? Tak. Ale jestem już zmęczony i rozdrażniony tą całą sytuacją. Boli mnie, że żona mnie nie zauważa, nie interesuje się moimi sprawami, nie myśli o moich potrzebach. Coraz częściej chodzi mi po głowie myśl, by czmychnąć w siną dal albo poszukać sobie kochanki. Kobiety, która mnie zrozumie, doceni. Bo jak długo można stać na bocznym torze?

Wakacyjna ozdoba oszpeciła ją na całe życie. 7-latka, przez tatuaż z henny, ma na ręku wielką bliznę

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (16)
/miesiąc temu
Mam córkę, która urodziła się 4 lata po ślubie, na dodatek okazało się , że jest niepełnosprawna w znacznym stopniu. Mój mąż okazał się super Tatą! Kochał mnie, pomagał przy córce, a nasze życie i pożycie nie zmieniło się wiele, może było rzadziej niż wcześniej, ale nadal kochaliśmy się i uprawialiśmy seks z miłością i wzajemnym pożądaniem. Kobiety powinny trochę odpuścić. Dom to nie muzeum a facet to człowiek i można go nauczyć opieki nad dzieckiem. Kompromis i luz = udany związek. Mimo trudności z chorobą córki nasze było spełnione. Nie tylko mąż potrzebuje miłości i seksu, My kobiety też, i warto zachować równowagę. Da sie
/2 miesiące temu
Szkoda mi Was drogie panie jak piszecie,że jesteście strasznie zmęczone jednym dzieckiem. Ja całe życie byłam aktywna. Kiedy urodziłam synka byłam z nim w domu na macierzyńskim,potem brałam zlecenia na 4-5 h dziennie,a dzieckiem zajmowała się niania. Zdecydowaliśmy się na drugie dziecko ,a kiedy zaszłam w ciążę okazalo się że to bliźniaki. Cieszyliśmy się z mężem bardzo. Córeczka miała dwa laka,kiedy urodzili się chłopcy. Zrezygnowałam z pracy i zajęłam się dziećmi na pełny etat. Bez żadnych babć i cioć,bez opiekunek,za to z wsparciem męża. Oczywiście na ile mógł (późnym popołudniem,bo pracuje do 18) kąpał, przewijał i karmił maluchy butelką. W nocy jedno dziecko budzilo się średnio 3-4 razy,a czasami dwuletnią córeczka też. Byłam zmęczona ale wiedziałam,że muszę dać radę. Dzisiaj chłopaki mają 6lat,córka 8. Właśnie poszli do zerówki ,a ja za miesiąc idę do nowej pracy i nie żałuję żadnej godziny spędzone z dziećmi w domu. Chociaż czasem było ciężko i źle to z chwilą urodzenia dzieci przewartosciowalam swoje życie i było warto. Pozdrawiam wszystkie mamy.
/3 miesiące temu
Jeżeli ktoś rzeczywiście rozumuje jak ten pan to nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgodzić się z jego żoną, że jest egoistą i widzi tylko czubek własnego nosa. Od siebie dodam jeszcze, że ma mentalność gimnazjalisty. Już na początku, gdy pisze "Dziś mały ma pół roku, a mój entuzjazm do ojcostwa znacznie osłabł. I to nie dlatego, że maluch płacze i marudzi. To, choć z wielkim trudem, jestem jeszcze w stanie wytrzymać. Zresztą zaopatrzyłem się w całkiem niezłe słuchawki, które skutecznie tłumią te wrzaski." można zauważyć coś dziwnego. Co robi ojciec, kiedy dziecko płacze? Nie sprawdza, czy wszystko jest w porządku, nie próbuje uspokoić, nie. Zakłada słuchawki, żeby nie słyszeć. I uważa, że jak on ma ochotę zjeść kolację, to żona w te pędy ma biec mu ją zrobić, nawet, jeśli w tym czasie trzeba się zająć dzieckiem. Układ pan + służąca. I jeszcze to dziecko, jak ono śmie płakać, kiedy PAN chce kolacje! Pan chciałby porozmawiać o czymś innym, niż syn, a służąca nie chce, woli rozmawiać o tym, czym zajmuje się 24h na dobę. Więc pan rozważa zwolnienie tej służącej i zatrudnienie innej ("Coraz częściej chodzi mi po głowie myśl, by czmychnąć w siną dal albo poszukać sobie kochanki."). Coś strasznego. Współczuję każdej kobiecie, która ma kogoś takiego w domu. I dziecku również.
POKAŻ KOMENTARZE (13)