POLECAMY

Chciałam schudnąć, łykając tabletki. Pomogły? Tyle, że zgubiłam kilogramy podczepiona do kroplówki

A to wszystko dla faceta...

/ 2 tygodnie temu
Chciałam schudnąć, łykając tabletki. Pomogły? Tyle, że zgubiłam kilogramy podczepiona do kroplówki fot. Fotolia

Nigdy nie uważałam się za grubą, ale też nigdy nie wyglądałam jak te dziewczyny z okładek kolorowych czasopism. Czułam się dobrze ze swoją figurą, choć przyznaję, że w trakcie ostatniego semestru studiów nieregularny tryb życia i stres zrobiły swoje: przybyło mi kilka kilogramów. Nie przejmowałam się tym za bardzo, dopóki nie spotkałam Zbyszka.

Poznałam go przypadkiem, krótko przed obroną pracy magisterskiej. Dorabiał sobie w punkcie ksero, a na co dzień pisał doktorat z jakże bliskiej mojemu sercu dziedziny: iberystyki. Chyba z początku nie zwrócił na mnie uwagi, ale ja – cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności – zostawiłam swoją pracę na stoliku przy drukarce. Znalazł ją, chciał zostawić wydruk przy kasie, żebym odebrała go następnego dnia, ale zauważył literówkę na stronie tytułowej. Uznał, że sprawa jest poważna, odszukał w stopce mój adres mailowy, napisał i... tak się zaczęło.

Poszliśmy na jedną randkę, kolejną, a kilka tygodni później byliśmy już nierozłączni. Do czasu. Ja się obroniłam, a on w lipcu pojechał na stypendium do Hiszpanii. Oczywiście zachęcał mnie, bym go odwiedziła w Barcelonie, jak już zadomowi się w nowym miejscu, a ja nie zamierzałam przepuścić takiej okazji. Z wyprzedzeniem kupiłam bilety na koniec sierpnia.
Rozłąkę ze Zbyszkiem postanowiłam wykorzystać przede wszystkim na doprowadzenie swojej sylwetki do ładu. Może to się komuś wydać śmieszne: Ania leci do ciepłych krajów, więc chce dobrze wyglądać w bikini. Ale z drugiej strony cóż w tym dziwnego, że zakochana dziewczyna pragnie zaskoczyć swojego faceta pozytywną zmianą? Szczególnie gdy jej mężczyzna jest na co dzień otoczony smagłymi ślicznotkami.

„Romeo i Julia są klasycznym przykładem romantycznej miłości dlatego, że umarli krótko po ślubie”. 6 prawd o związkach według Johna Graya

Cztery tygodnie to niewiele czasu na odchudzanie, ale wtedy uznałam, że będzie to banalnie proste. Zrzucenie tych kilku zbędnych kilogramów potraktowałam priorytetowo. Plan był taki: rano ćwiczenia rozciągające, następnie bieg w parku, potem znowu rozciąganie. Trzy razy w tygodniu miałam też być na siłowni. Jak niemal każdy nowicjusz popełniłam jednak grzech niecierpliwości i nadgorliwości: trenowałam zbyt długo i intensywnie.

Skutki były opłakane

W sobotę obudziłam się z potwornym bólem pleców i ramion. Nie byłam w stanie wykonać serii najprostszych ćwiczeń, nie mówiąc już o biegu po parku. Poczłapałam więc do sąsiada, starego lekarza, któremu czasem pilnowałam wnuków. Pan Jacek, cudowny człowiek, oczywiście przyjął mnie bez wahania i dokładnie zbadał.
– Nawet nie wiem, ile mięśni naciągnęłaś, dziewczyno. Przez tydzień daj sobie spokój z gimnastyką, a potem zacznij od nowa, ale tak, jak trzeba: powoli i konsekwentnie.

Gdy wyznałam, że chcę zrzucić sześć kilo w ciągu najbliższych tygodni, westchnął tylko cicho i dodał stanowczym tonem:
– Panienko, tak się nie da. Ciało to nie worek ziemniaków, z którego można ot tak wysypać nadmiar kartofli. Idź do jakiegoś dietetyka z prawdziwego zdarzenia, skonsultuj się z trenerem na siłowni. Ja naprawdę nie znam sposobu, by w tak krótkim czasie, nie narażając swojego zdrowia, zrzucić aż tyle kilogramów.

Sięgnęłam więc po ostateczne rozwiązanie, przynajmniej dla takich naiwniaków jak ja, czyli internet.

Z powodu swojej obsesji na punkcie odchudzania, z tłumaczeń lekarza zrozumiałam jedynie to, że on nie wie, jak mi pomóc w osiągnięciu figury osy. Sięgnęłam więc po ostateczne rozwiązanie, przynajmniej dla takich naiwniaków jak ja, czyli internet. Czego tam w sieci nie pisali! O głodówkach i żywieniu się kroplówkami. O połykaniu jaj tasiemca, o ekstremalnych dietach. Z góry odrzuciłam te najgłupsze sposoby i zostały... te po prostu głupie.

Teraz wiem, że co nagle, to po diable

– ha, niby zawsze wiedziałam – ale fiksacja na punkcie smukłej sylwetki odzianej w skąpe w bikini nie odpuszczała. W końcu trafiłam na pewien portal aukcyjny, gdzie znalazłam kategorię: zdrowie/odchudzanie. Tabletki nazywały się, nomen omen, OSA i były rekomendowane przez kilkuset zadowolonych klientów, którzy pisali same pozytywne opinie. "To jest właśnie to!" – pomyślałam, czytając pobieżnie opis preparatu. Tabletki zapewniały "niezapomniane doznania, bez zwykłych trudów odchudzania" oraz były "polecane przez wielu zadowolonych amatorów dobrego samopoczucia".
Przyznaję szczerze, że wtedy nic mnie w tych opisach nie zaniepokoiło. Dlaczego byłam aż tak naiwna? Zwykle jestem bardziej sceptyczna i ostrożna. Naprawdę daleko mi do niedojrzałej nastolatki wierzącej reklamom. No więc, czemu?

Po pierwsze: z obsesji odchudzania wynikającej – jak podejrzewam – z zazdrości o Zbyszka. Pewnie ta zazdrość brała się z jakichś moich kompleksów, które ujawniły się dopiero teraz. Po drugie: idiotyczne rzeczy robią również całkiem bystrzy ludzie, bo... są tylko ludźmi i czasem opuszcza ich rozsądek, a zastępuje go zaćmienie umysłu. A po trzecie: byłam otępiała przez środki przeciwbólowe, które brałam, a jednocześnie pełna ogłupiającej nadziei na osiągnięcie sukcesu.

Kurier przyniósł pastylki już we wtorek rano. Nie rzuciłam się na nie od razu, z czego była bardzo dumna, tylko poczekałam do późnego popołudnia. Chciałam przyjąć pierwszą dawkę w takim momencie, by pozbyć się wieczornego głodu i nie jeść kolacji. Na czerwonym opakowaniu nie znalazłam żadnych zaleceń dotyczących dawkowania, co powinno dać mi do myślenia. Napisane było tylko, żeby nie brać więcej niż trzech pastylek na dobę. Potraktowałam to jako radę, a nie zakaz. Wyjęłam więc aż cztery kapsułki z opakowania, jedną po drugiej popiłam wodą i...

To był fatalny  pomysł, ale miałam niewiarygodne szczęście. Akurat tego wieczoru pan Jacek postanowił do mnie zajrzeć i sprawdzić, jak się czuję po weekendzie. Dzwonił, pukał do drzwi, w końcu uznał, że mnie nie ma. Dzięki Bogu zanim odszedł przyłożył ucho do drzwi i usłyszał, jak wymiotuję. Natychmiast poszedł do pani Kwiatkowskiej z naprzeciwka, wziął od niej zapasowe klucze do mojego mieszkania, bo wiedział, że zawsze trzymam je u sąsiadów, tak na wszelki wypadek.

Znalazł mnie na podłodze w kuchni, w beznadziejnym stanie

Wezwał pogotowie, a sam udzielił mi pierwszej pomocy: wlał we mnie kilka litrów wody i doprowadził do tego, że znów zwymiotowałam. Nim sanitariusze weszli na piętro, zdążył już wypłukać ze mnie znaczną część toksyn. Ale i tak musiałam pojechać do szpitala na dalsze odtrucie organizmu i obserwację.

Co się okazało? Moich podejrzeń nie wzbudziła szemrana reklama egzotycznego produktu, i fantazyjnie nazwane dopalacze wzięłam za cudowną substancję odchudzającą. A potem moja głupota sięgnęła zenitu: nie dość, że na pusty żołądek przyjęłam znaczną dawkę niebezpiecznego specyfiku, zrobiłam to tuż po połknięciu silnych środków przeciwbólowych. Gdyby nie mój sąsiad, mogłoby się skończyć znacznie gorzej niż na płukaniu żołądka, podłączonej kroplówce i kilku dniach, które musiałam spędzić w szpitalu na obserwacji.

Tymczasem pan Jacek szybko zaniósł OSĘ na policję. Z tej mojej bezmyślności wyszło tyle dobrego, że odpowiednie służby zdemaskowały kolejny narkotyk sprzedawany pod przykrywką niegroźnej substancji. Ludzka głupota przynajmniej na coś się przydała. O tak, zrzuciłam w szpitalu te swoje zbędne kilogramy... Leżąc pod kroplówką obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie zrobię czegoś równie idiotycznego. Po powrocie do domu podziękowałam panu Jackowi. Czasem wpada do mnie na... rozmowę kontrolną. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, jak mówi za każdym razem.
Lekarze zezwolili na mój wyjazd, ale przez te szpitalne przygody wyglądałam strasznie. Zbyszek czule się mną zaopiekował i spędziliśmy wspaniałe dwa tygodnie nad Morzem Śródziemnym. Wróciłam do Polski pełna nowych sił. Teraz jest jesień i bikini trafiło na dno szuflady, ale ja nie zawiesiłam ćwiczeń. Gimnastykuję się, biegam, do tego zdrowo odżywiam. Budowanie zgrabnej sylwetki nie jest proste, ale coraz lepiej mi idzie. Bez żadnych niebezpiecznych cudów.

Bajki, które uczą buntu, a nie poddaństwa i bierności. Najcenniejsza książka, jaką możesz podarować dziewczynce

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)