POLECAMY

Potrzebowałam czasu, by pokochać syna... - prawdziwa historia samotnej matki

Z mężem czy bez, zamierzam być szczęśliwa. W końcu mam teraz przy boku innego mężczyznę, który bez względu na wszystko, zawsze będzie mój... Tak myślałam.

/ 4 miesiące temu
Potrzebowałam czasu, by pokochać syna... - prawdziwa historia samotnej matki fot. Fotolia

Z mężem czy bez, zamierzam być szczęśliwa. W końcu mam teraz przy boku innego mężczyznę, który bez względu na wszystko,
zawsze będzie mój.

Kto jeździ jesienią nad morze? Przecież właściwie nie ma to sensu. Nie jest już ciepło, wiatr nie opala, panuje nieprzyjemny chłód... A jednak w tamtej chwili odpowiadało mi to dużo bardziej niż ścisk dużego miasta. Wolałam spacer po pustej, choć skąpanej w deszczu, plaży niż codzienne wyprawy do pracy tramwajami naszpikowanymi uczniami, studentami, stażystami. I wszystko wydawało mi się lepsze niż dom, w którym był on.

Nie mogłam patrzeć na ludzi. Chciałam być sama i czuć się źle. Wśród ludzi trzeba wciąż udawać, że wszystko jest w porządku. W pracy nikogo nie obchodzą stany depresyjne, szef chce raporty na wczoraj, koleżanki liczą na miłe plotki przy kawie, klienci oczekują profesjonalnej i kompetentnej obsługi. A ja nie miałam siły na stawienie czoła żadnemu wyzwaniu. Brakowało mi energii nawet na ugotowanie obiadu. Dlatego od kilku tygodni jadłam tylko płatki z mlekiem. Nie myłam włosów i chodziłam w czapce. Kiedyś lubiłam zakupy, fajne ciuszki i kosmetyki. Teraz straciłam chęć nawet do tego, by ładnie wyglądać. Nie malowałam paznokci, ust ani rzęs.

Niewinna zabawa o tragicznym finale. Kolejna gra, przed którą przestrzegamy dorosłych, młodzież i dzieci!

Może właśnie dlatego ten brzydki pensjonat za grosze, bez śniadań i obsługi hotelowej, wydawał mi się doskonałym otoczeniem na ten czas. Wcześniej chybabym umarła, gdybym miała spać w takim obskurnym miejscu. Noworoczne plany na ten rok jeszcze całkiem niedawno wydawały się być na wyciągnięcie ręki.

Miałam wyjść za mąż, urodzić dziecko i być szczęśliwa. Były to proste życzenia prostej dziewczyny wypowiedziane w niebo w sylwestrową noc. Było blisko. Bardzo blisko. Ten rok miał dla mnie jednak inne plany...

Wszystko miałam już dokładnie zaplanowane

Kiedy kilka miesięcy temu Krzysiek do mnie zadzwonił, myślałam, że chce omówić szczegóły poszukiwań naszego nowego mieszkania. Właściwie wszystko już ogarnęłam. Nie było czego omawiać. Byłam już umówiona w agencji nieruchomości na spotkanie. Pani, z którą rozmawiałam, zapewniła, że szukanie zajmie nam nie dłużej niż tydzień. Wiedziałam dobrze, czego chcemy. Ładnego, niedrogiego mieszkania na przedmieściach Katowic. Najlepiej takiego, do którego wystarczy wnieść meble i można już zamieszkać. Myśl o remoncie mnie przytłaczała i z góry skazywała takie oferty na porażkę.
– Cześć, skarbie – uśmiechnęłam się do telefonu.
– Słuchaj.... – głos Krzyśka był zmieniony. Inny niż zwykle.
"Ktoś umarł! Jego matka? Albo brat. Tylko nie to" – modliłam się w duchu, żeby wszyscy żyli i żeby głos mojego narzeczonego był tylko wynikiem infekcji gardła.
– Coś się stało?
– Tak – odpowiedział sucho.
Milczałam, żeby mógł zebrać myśli. Serce jednak kołatało mi w piersi tak, jakby chciało z niej wyskoczyć.
– Olu... Ja nie wrócę z Londynu.
– Co?! – parsknęłam. – A czemu? Przecież dostałeś pracę w polskiej filii naszej firmy. Jakieś problemy z przeniesieniem? Znowu jakaś papierologia? Pewnie ktoś nie przystawił pieczątki w odpowiednim miejscu...
– To nie przez pracę. Nie dam rady.

Nagle poczułam, jak w mojej głowie zaczyna pulsować krew.

– Co to znaczy... nie dasz rady?
– Nie dam rady – powtórzył. – To wszystko... ciąża, ślub, wspólne mieszkanie. Nie jestem na to gotowy, Olu, zrozum.
Zrozum?! Jak to zrozum?
– Krzysiek, powiem ci, co ja rozumiem! – próbowałam się opanować. – Rozumiem to, że jestem w ciąży! Że będziemy mieli dziecko!
– Wiem, skarbie. Wiem. Ale to dla mnie za dużo. Ja jestem zbyt... Nie zrozum mnie źle... Jestem wolnym duchem. Potrzebuję adrenaliny, nowoczesności. A w tej dziurze, w Katowicach... Ja się tam uduszę, rozumiesz? Nie dam rady być ojcem. Nie wyobrażam sobie siebie targającego wózek i zmieniającego pieluchy. To nie jestem ja.

Nie. Nie rozumiałam.

Zakończyłam dla tego drania swój siedmioletni związek. Zrobiłam to, bo mój poprzedni chłopak oznajmił, że nie chce mieć jeszcze dzieci. A Krzysiek niczym rycerz w srebrnej zbroi pokochał mnie od pierwszego wejrzenia... Jak on to mówił: "czystą, pierwotną miłością, taką dla której można umrzeć".

Boże! Jaka ja byłam naiwna. Jaka głupia...

Liczyłam, co prawda, w pierwszej kolejności na pierścionek zaręczynowy, ale już sama myśl o tym, że Krzysiek chce mieć ze mną dziecko, sprawiła, że zatraciłam się w tym uczuciu bez reszty. Cieszyłam się jak idiotka, że nie wyszłam za mąż za Rafała, który wciąż uważał, że na dziecko mamy jeszcze czas. Byłam przekonana, że w końcu trafiłam na kogoś, kto mnie kocha i rozumie. Kto widział we mnie mądrą, odpowiedzialną i ciepłą kobietę – materiał na matkę i żonę.

Instynkt macierzyński, który wcześniej próbowałam w sobie tłamsić, rozkwitł wtedy bez granic.

Każdej nocy śniło mi się nasze dziecko. Raz byłam z nim na mieście. Innym razem uczyłam je chodzić po schodach. To znowu karmiłam je piersią. Ta ostatnia fantazja była najbardziej intensywna i abstrakcyjna.

Gdy się budziłam, patrzyłam na swoje piersi z niedowierzaniem. "Czy miseczka B da radę wykarmić niemowlę? Jakie to będzie uczucie, kiedy maluch przyssie się do piersi?". Oglądałam programy o ciąży i wychowaniu dzieci. Nie mogłam się dłużej powstrzymać. Czułam, że to doskonały czas na dziecko. Byłam już po trzydziestce, miałam chłopaka, którego kochałam. "Skoro nie śpieszy mu się do ślubu, trudno. Dzisiaj są inne czasy. Nie muszę mieć najpierw obrączki!"– przekonywałam samą siebie.

Wydawało mi się, że wystarczy bardzo chcieć

Tymczasem czułam, że Krzysiek zaczyna się wycofywać. Wystraszyłam się, że może moje opowieści o instynkcie macierzyńskim go przytłaczają. Może powinnam zachować niektóre myśli dla siebie, ale z drugiej strony – wydawało mi się, że szczerość w związku jest najważniejsza.
– Kochanie, dziecko przyjdzie, kiedy będzie na nie pora.

Te słowa mnie zmroziły. Słyszałam je już kiedyś od Rafała. Krzysiek miał być inny. Przecież chciał dziecka. Mówił nieraz, że będzie je zabierać na mecze na największe stadiony świata.
– A co, jak to będzie dziewczynka?
– Nie będzie! Mam za dużo testosteronu – droczył się ze mną.
Kiedy moja miesiączka się spóźniała, pobiegłam do apteki po test ciążowy. Wiedziałam, że to będzie ten dzień. Miałam ochotę powiedzieć Krzyśkowi jeszcze przed testem, że to już. Pokazać, jak doskonale znam swój organizm, jak czujna jestem na zachodzące w nim zmiany. Czułam drażliwość piersi, mdłości, nawet wydawało mi się, że poniżej pępka pojawiła się nieco ciemniejsza linia charakterystyczna dla kobiet w ciąży. Postanowiłam jednak poczekać i pokazać mu dwie kreski na teście.

Dwie minuty ciągnęły się w nieskończoność. Starałam się początkowo nie patrzeć, ale niecierpliwość wzięła górę i zaczęłam przyglądać się testowi. Pojawiła się jedna kreska...

– Na pewno po chwili pojawi się druga – powiedziałam do siebie pocieszająco. – Na pewno...
Kolejne trzydzieści sekund nie zmieniło rezultatu. Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież tak dokładnie przestrzegałam dni płodnych. Trzydzieści trzy lata to wciąż nie za późno na pierwsze dziecko. Teraz większość kobiet w tym wieku decyduje się na pierwsze. Mój ginekolog był dobrej myśli. Po miesiącu historia się powtórzyła. Potem znów i znów. Po sześciu miesiącach poszłam do ginekologa upewnić się, że wszystko jest w porządku. Uspokoił mnie. Powiedział, żeby próbować bez stresu.
– Łatwo powiedzieć – wypaliłam.
– Proszę nie wywierać zbyt wielkiej presji na męża. To powoduje konflikty w małżeństwie.

Tylko że my nawet nie byliśmy z Krzyśkiem małżeństwem. Dopiero mieliśmy być. Tymczasem on coraz rzadziej o tym wspominał. Pokazywałam mu sale do wynajęcia, pytałam o listę gości, o to, kogo poprosi na świadka i czy będzie organizował wieczór kawalerski. Coś tam odpowiadał, ale teoretycznie. Jakby to miało wydarzyć się w bliżej nieokreślonym czasie.
Zaczynałam się denerwować. Słyszałam od mamy, że Rafał znalazł nową dziewczynę i na samą myśl o tym, że mogłabym ją zobaczyć z brzuchem, robiło mi się słabo. Zawsze byłam przekonana, że poznam kogoś, kto pokocha mnie bezwarunkowo i założy ze mną rodzinę. Czemu, u licha, okazało się to takie trudne? Przecież cały świat się opiera na małżeństwach, dzieciach, potem wnukach. Tyle nastolatek zachodzi w ciążę przez głupotę i niefrasobliwość. Ja miałam wyższe wykształcenie, a nie potrafiłam znaleźć mężczyzny, który chciałby ze mną założyć rodzinę.

Chciałam odpuścić, ale nie potrafiłam.

Bałam się, że jeśli odejdę od Krzyśka, kolejna szansa na urodzenie dziecka może się szybko nie powtórzyć.

Po trzech miesiącach od wizyty u lekarza znów kupiłam test.  Tym razem nie miałam zbyt wielkich nadziei. Straciłam już wiarę, że to się uda. Czułam się jak przy sprawdzaniu odpowiedzi na ofertę pracy, której i tak nie miałam szansy dostać. Spojrzałam na test. A kiedy zobaczyłam słabo widoczną drugą kreskę, nie mogłam uwierzyć. Pobiegłam do apteki po trzy kolejne testy.

To bez wątpienia była ciąża! Boże, jak ja się ucieszyłam! Teraz już będziemy mogli na stałe wrócić z emigracji. Osiąść w Polsce. Kupić mieszkanie za zarobione pieniądze, a nie na kredyt, jak większość naszych rówieśników.
Trochę obawiałam się reakcji Krzyśka. Niepotrzebnie. Okazało się, że bardzo się ucieszył. Kupił mi kwiaty i zaczął snuć wizję wyjazdów na ryby z synem. Ja podeszłam do wszystkiego bardziej pragmatycznie. Rozwiązałam umowę o pracę, wykupiłam ubezpieczenie i ustaliłam z Krzysiem, że znajdę nam mieszkanie w Polsce. Początkowo coś wynajmiemy, potem kupimy. Kiedy odprowadzał mnie na lotnisko, był taki nieszczęśliwy, że wyjeżdżam.
– To tylko kilka tygodni. Załatw przeniesienie do filii w Polsce i zaraz będziesz ze mną – pocieszałam go.

Dlaczego tak nagle zmienił zdanie?

To były ostatnie zdania, które do niego powiedziałam przed wyjazdem. Nie czułam, żebym coś na nim wymuszała. Ustaliliśmy razem, że przyjedzie. Ale czy na pewno? Z czasem w mojej głowie pojawiło się coraz więcej wątpliwości. Więcej pytań bez odpowiedzi. Może zbyt mocno naciskałam? Może on wcale nie chciał dziecka? Ale teraz byłam już w ciąży.
– To siódmy tydzień – potwierdził ginekolog.

Leżąc na krześle ginekologicznym, czułam, jak mój świat osuwa się w nicość. Byłam "sama z brzuchem".

To wyświechtane powiedzenie przyszło mi na myśl całkiem niedawno. Wcześniej słyszałam je tylko od starszych pań. Teraz mówi się raczej samotna matka... Jednak bycie "samą z brzuchem\" wydawało mi się najbardziej trafne. Czułam, że brzuch jest osobnym bytem. Im bardziej rósł i mój stan stawał się oczywisty dla ludzi z zewnątrz, tym bardziej czułam, że jesteśmy ja i on – brzuch. Nie myślałam o dziecku. Książki o macierzyństwie wrzuciłam na dno szafy. Nie chciałam pożyczać ubranek od koleżanek, zapisać się na forum dla kobiet w ciąży, nie chciałam iść na zakupy, żeby obejrzeć wózki i łóżeczka, ani tapetować ścian w dziecięcym pokoiku. Nie obchodziło mnie już nawet, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka. Nie chciałam już tego dziecka. Nie sama! Chciałam je mieć z mężem.

Coraz częściej przychodziło mi na myśl, że właściwie to chciałam mieć męża, a dziecko miało być dodatkiem do obrazka szczęśliwej rodziny. A teraz co? Wcześniej wydawało mi się, że uwielbiam dzieci. Teraz patrzyłam na nie na ulicach z awersją. Płaczące, śliniące się, histeryzujące. Winiłam wielki brzuch o to, że nie mogę już spać ani zawiązać butów. Nic dziwnego, że Krzysiek uciekł z krzykiem. Sama bym to chętnie zrobiła, ale brzuch przyrósł do mnie. Nie dało się go oderwać. Nie dało wysłać do Londynu, do taty. W dziewiątym miesiącu czułam się jak słoń. Obce osoby uważały, że mają prawo do komentowania rozmiaru mojego brzucha, a nawet dotykania go.

W końcu stało się – zaczęły się skurcze. Byłam sama w domu. Jak zwykle zresztą. Nie wiedziałam nawet, co robić, bo wcześniej nie miałam siły czytać nic na ten temat ani radzić się przyjaciół czy rodziny. Wzięłam kluczyki od samochodu i ruszyłam. W centrum były takie korki, że myślałam, że urodzę na pierwszych światłach. Kiedy weszłam na oddział, miałam wrażenie, że głowa dziecka już zaraz wyjdzie. Nie myliłam się. Poród był bardzo bolesny, ale przynajmniej szybko było po wszystkim.

Noworodek urodził się chory, bo jego matka jadła w ciąży własne łożysko

Dziecko miało niedowagę. Było słabe. Kilka dni trzymano je w inkubatorze. Ale nawet nie poszłam go odwiedzić.

– Jakie wpisać imię? – zapytała mama, która przyjechała do szpitala od razu, gdy tylko dowiedziała się o porodzie.
Była pełna zachwytu i miłości. Ona. Nie ja...
– Jakie chcesz – warknęłam.
– Co ty mówisz?! Jakie wybrałaś imię?
– Może być Rafał.
– Rafał? – lekko się zakrztusiła.
– Krzysiek raczej nie będzie zachwycony.
– Krzyśka dziecko nic nie obchodzi. Podobnie jak ja. Jak ci się nie podoba Rafał, to go nazwij Zbigniew, Alfred, Joachim albo Dawid. Wszystko mi jedno.

Potrzebowałam czasu, by go pokochać

Nazwała go Dawid. Leżał zawinięty w zielony kocyk. Drobniutki, miękki i ciepły. Taki, o jakim zawsze marzyłam, ale ja czułam, że nie jestem w stanie się nim zajmować. Bałam się wziąć go na ręce. Cała się wtedy trzęsłam. Dwa pierwsze tygodnie mama spędziła u mnie, podrzucając mi ulotki o depresji poporodowej, przewijając małego, myjąc, karmiąc i przytulając. Próbowałam się przemóc ze wszystkich sił, ale nie potrafiłam. Czarne myśli przejęły nade mną kontrolę.
– Wiesz, mamo... świetnie sobie radzisz. Myślę, że muszę wyjechać na trochę.
– Wyjechać? Olu! Ty masz dziecko! Musisz się w końcu nim zająć.
Nie miałam siły. Kupiłam bilet do Pobierowa. Wynajęłam brzydki pokój i leżałam całymi dniami plackiem na zimnej plaży, zastanawiając się, czy to możliwe, że zasnę, a przypływ zabierze mnie stąd do innego świata. Bez niego. Bez płaczącego niemowlaka.
Przypływ mnie nie zabrał. Obudził mnie za to chłopiec, który podbiegł do mnie, będąc na spacerze z rodzicami. Piękny, śniady chłopaczek. Na oko ośmioletni. Piegowaty, wesoły. Popatrzyłam na niego z zachwytem.
– Śpisz? – zapytał.
– Ja?
– Czy pani śpi? – powtórzył pytanie z uśmiechem.
– Spałam. Zbyt długo spałam. Dobrze, że mnie obudziłeś. Muszę wracać do domu...
– Dawid! Dawidku! Gdzie ty pobiegłeś sam? Przeszkadzasz pani... – krzyknęła za nim mama.

Przeszkadza mi? Poczułam ukłucie w sercu. Podniosłam się i patrzyłam, jak chłopiec odbiega i wpada w ramiona swojej mamy.
Jeszcze tego samego dnia stanęłam w progu mieszkania i zobaczyłam mamę tulącą mojego synka do piersi.
– Ola... – wyszeptała.
– Podaj mi go.

Przytuliłam Dawidka i poczułam, jak miłość wypełnia moje serce. Chwycił mnie kurczowo swoimi malutki rączkami, a ja pocałowałam go w główkę. Był taki piękny. Nie potrzebowałam już nikogo więcej.
– Mamusia była daleko, ale już wróciła – wyszeptałam.– I nigdy więcej cię nie zostawi.

Piekło kobiet. Czy serial „Opowieść podręcznej” to ostrzeżenie dla nas wszystkich?

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/2 miesiące temu
Początek podobny do mojej historii. Z tym że to on chciał założenia rodziny i bardzo mu zależało na wzięciu ślubu. Powoli kiełkowała we mnie ta myśl ale było więcej obaw. Nie palił się do pracy, a chciał dziecka i założyć rodzinę. Okazało się że jest bezpłodny (no nie do końca jak sie później okazało). Uciekł niby za granicę ale znalazł sobie kochankę. Olał mnie wtedy kiedy najbardziej go potrzebowałam... Zostawił mnie i naszego synka. Najbardziej bolało nie to że porzucił mnie i stworzył sobie nową rodzinę ale to że porzucił własne dziecko! Cieszę się z takiego obrotu sprawy bo mamy kochającego mężczyznę ja męża a synek tatę.