POLECAMY

Nie chciałam urodzić tego dziecka... Nie temu mężczyźnie! - smutna historia Sandry

Czy moja córka jest taka... przeze mnie?

/ 3 miesiące temu
Nie chciałam urodzić tego dziecka... Nie temu mężczyźnie! - smutna historia Sandry fot. Fotolia

Dziewięć miesięcy  to dużo czasu na myślenie. Dość, żeby zrozumieć, czego się chce, a czego się nie chce... Ja nie chciałam urodzić tego dziecka.  
Nie temu mężczyźnie.

Pisk – przeraźliwy, świdrujący w uszach, bez żadnego rytmu, bez końca i początku, tym razem urwał się na "ta... ta... tat...".
– Czy ona tak musi? – to starsza córka zagląda do kuchni i zniecierpliwiona macha ręką, zanim zdążę cokolwiek odpowiedzieć.

"Wszystko już zostało powiedziane"

– przebiega mi przez myśl, gdy obie nasłuchujemy dźwięków zza ściany.
Żeby oderwać Elizę od tego wrzasku, mówię, że dzisiaj do szkoły odwiezie ją ciocia Alicja. Może biec, jeśli już się spakowała, a jestem przekonana, że zrobiła to jeszcze wczoraj wieczorem. Uśmiecham się na samo wyobrażenie Elizy segregującej książki i zeszyty.

Moja dziesięcioletnia córa w niczym nie przypomina radosnej trzpiotki, jaką ja byłam w jej wieku. Jest zdyscyplinowana i odpowiedzialna. "Nawet za bardzo" – tak uważają nauczyciele oraz szkolna pedagog, która, jak podejrzewam, szczerze mnie nienawidzi. Sądzi, że obarczam córkę zbyt wieloma obowiązkami związanymi z opieką nad młodszą, niepełnosprawną siostrą. "Gówno prawda, głupia babo! – powtarzam w myślach, ilekroć mijam ją w szkole.
– Nie masz pojęcia o moich dzieciach, o naszych problemach, o naszym życiu!".

Przez jego paranoję zmarło dziecko mojej kuzynki...

Jestem przekonana, że kobieta doskonale zdaje sobie sprawę z uczuć, jakie do niej żywię, ale czy kiedykolwiek zastanowiła się nad ich przyczyną? Pomyślała o moim zmęczeniu? O niekończących się wyrzutach sumienia okraszonych permanentnym zniechęceniem? Czy ona wie, z czym musi się mierzyć matka odtrącona przez córkę?
– Lecę z nóg, a to dopiero siódma rano
– Mateusz wychodzi z pokoju i pada na krzesło w kuchni naprzeciwko mnie.
"Ciszej, jeszcze ją obudzisz" – proszę w myślach, chociaż akurat jemu nie powinnam zwracać na to uwagi. Radzi sobie z Matyldą lepiej ode mnie. Nie musi stąpać po grząskim gruncie, sondować niepewnych nastrojów, bo jest akceptowany na tyle, na ile może aprobować kogoś autystyczne dziecko.
– Muszę pędzić – dopija kawę.
Mateusz tak łatwo ze mnie, z nas, zrezygnował...
Dzieli nas tylko wąski stół – niewiele, żeby musnąć swoje dłonie, cmoknąć w policzek lub choćby powietrze tuż przy nim, ale od dawna nie wykonujemy już wobec siebie czułych gestów. Nawet w tej chwili Mateusz prześlizguje się wzrokiem gdzieś nad moją głową.
– Trzeba było usunąć tę ciążę! – aż wstrząsa mną dreszcz na wspomnienie tamtego wyznania sprzed siedmiu lat.
– Nie mów tak! Poradzimy sobie – Mateusz przytulił mnie wtedy mocno. – Potraktujmy to jak znak i nowy początek – zaproponował.
Pośpiesznie wycofałam się w głąb siebie i zamiast opowiedzieć o lęku i braku zaufania do niego, zdobyłam się na wymuszony uśmiech. Nie chciałam, żeby Mateusz zorientował się, że nie przemawia przeze mnie chwila słabości, lecz pewność.

Ja naprawdę nie chciałam urodzić tego dziecka

"Może dlatego Matylda mnie nienawidzi... – zastanawiam się w myślach po raz tysięczny. – Może doskonale wie, że jest moim kompromisem. Strachem przed samotnością. Może wyczuwa, że gdyby nie ona, gdyby nie tamten weekend, nie dałabym jej ojcu drugiej szansy".
– Wrócę późno, ale nie na tyle, żeby się nią nie zająć – obiecuje Mateusz.
Kiwam głową na znak, że przyjęłam do wiadomości jego słowa.
"Wtedy także wracał późno" – myślę, zbierając kubki i talerze po śniadaniu.
Od razu zaczynam się krzątać, żeby nie uznał mnie za leniwą, choć pewnie postrzega mnie w ten sposób. Przecież on zarabia pieniądze na nasze utrzymanie, a ja zostaję z Matyldą w domu. Zostaję z nią, mimo że Mateusz znalazł świetlicę środowiskową dla upośledzonych dzieci, w której nasza córka miała spędzać kilka godzin dziennie, żebym ja mogła zająć się sobą. Zawsze byłam aktywna, taką mnie poznał i taką pokochał, więc uznał, że z pewnością ucieszy mnie jego propozycja.

Tyle że jedyne, czego pragnę, to uciec do dawnych przyjaciółek, zaszyć się z nimi na jakimś odludziu jak wtedy, kiedy jedna przez drugą przekonywały mnie, żebym go przepędziła.

Eliza ledwie skończyła dwa lata, gdy dowiedziałam się o płomiennym romansie Mateusza z seksowną blondynką z działu kadr. Energiczną, pewną siebie dziewczyną, jaką jeszcze niedawno ja także byłam. Wypierał się, chociaż przedstawiłam mu niezbite dowody w postaci zdjęć wykonanych przez jedną ze znajomych. Zamiast się kajać, spróbować wytłumaczyć, wściekł się, że ktoś śmie się wtrącać w nasze sprawy. Wyrzuciłam go z domu, a za nim poszybowały z balkonu jego rzeczy. Upokorzony zebrał jedynie część ubrań, czmychając przed wracającymi z pracy sąsiadami.

Wiedziałam, że postąpiłam słusznie, a jednak nie mogłam przeboleć rozstania. A zwłaszcza tego, jak szybko Mateusz pogodził się z nową sytuacją. Natychmiast wprowadził się do kochanki.
Sama nie wiem, dlaczego dałam mu wtedy szansę
– Czego się spodziewałaś? – pytała siostra, gdy szukałam w niej sojuszniczki. – Ona tylko na to czekała, a on jest za głupi, żeby zrozumieć, co stracił. Może z czasem, ale z pewnością nie teraz, gdy buzują hormony. Lepiej zastanów się, co ty chcesz zrobić ze swoim życiem. Musisz złożyć pozew o rozwód, zawalczyć o alimenty i mieszkanie. Samochód także ci się należy. Znasz jakiegoś dobrego prawnika, czy kogoś ci poszukać?

Patrzyłam na nią osłupiała.

Z taką łatwością przeszła do porządku dziennego nad moim rozstaniem z mężem, już oczekiwała gotowych rozwiązań. A przecież ja ledwie chwilę temu zostałam sama z dzieckiem i rozszarpanym na strzępy sercem. Nie byłam w stanie pozbierać myśli, ukoić bólu, a co dopiero działać.
– Jola, czy ty wiesz, co to znaczy zostać oszukaną? – zapytałam.
– W biznesie tak – wzruszyła ramionami.
– Ja mówię o życiu! O najważniejszej osobie, z którą przysięgałam się zestarzeć, być w zdrowiu i chorobie! To tak, jakby ktoś zabrał część mnie... – rozpłakałam się.

Nikt nie rozumiał, z czym muszę się mierzyć.

W rodzinie nie byłam pierwszą zdradzaną żoną, ale jedyną, która wyrzuciła z tego powodu męża, i to w chwili dla niej najtrudniejszej, gdy ledwie została matką. Wzbudzałam podziw, lecz także irytację, bo za pierwszym odważnym czynem nie poszły następne. Ludzie, nawet najbliżsi, pragnęli szybkich rozwiązań, nagłych zwrotów akcji zwieńczonych sukcesem niczym w hollywoodzkich filmach, a ja stanęłam w miejscu. Nie potrafiłam podjąć żadnej decyzji, jakby ból sprawiało mi samo myślenie o definitywnym rozstaniu, przypieczętowanym urzędowym pismem.

Jakoś się pozbierałam, na nowo uwierzyłam w swoją siłę, a wtedy Mateusz przyszedł do naszego mieszkania i wydukał:
– Przepraszam za całe zło, które ci wyrządziłem. Kocham cię... Wybacz mi.
Powinnam była zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale zawahałam się, a wtedy z pokoju wybiegła Eliza i rzuciła się tacie na szyję.
Ze względu na nią pozwoliłam mu wejść, rozsiąść się na podłodze przy małej i wodzić za mną tęsknym wzrokiem.
– Możesz już iść – powiedziałam, kiedy utulona przez Mateusza Elizka zasnęła.
– Ale jeszcze wrócę – obiecał i nieoczekiwanie padł przede mną na kolana. – Byłem idiotą, wybacz. Dopiero teraz wiem, że romanse się zdarzają, a miłość jest tylko jedna. Kocham cię i będę walczył o ciebie.

Kolejne miesiące przypominały emocjonalny rollercoaster. Z jednej strony schlebiała mi jego adoracja, z nieskrywaną satysfakcją patrzyłam, jak korzy się przede mną i stara spełnić wszelkie zachcianki, nadrabiając choćby z Elizą stracony czas. Z drugiej, nie byłam w stanie się przełamać i mu uwierzyć. "To tylko czcza gadanina, puste gesty" – powtarzałam w myślach, podczas gdy Mateusz robił wszystko, żeby przekonać mnie do siebie.
Mówił poruszająco i nad wyraz mądrze, lecz wystarczył dźwięk urwanego połączenia lub nadchodzącego SMS-a, jakiś bliżej nieokreślony gest, ukradkowe spojrzenie na piękną dziewczynę – i natychmiast dystansowałam się wobec każdego wcześniej wypowiedzianego słowa.

Od czasu rozstania nie sypialiśmy ze sobą, a przecież seks zawsze był dla niego bardzo ważny.
– Z kim to robisz? – katowałam pytaniami jego i siebie.
– Z samym sobą – zbywał mnie żartem.
Gdyby nie Eliza... Choć nie, to nie ma żadnego wytłumaczenia. To ja złamałam swoje zasady, uchyliłam bramę twierdzy, w której zamknęłam się przed niewiernym i zgodziłam się na weekend tylko we dwoje. Wynajęliśmy osobne pokoje w uroczym, spokojnym hotelu nad jeziorem. Tyle że dwie butelki wina później poczuliśmy się jak za czasów narzeczeństwa. Żartowaliśmy, przekomarzaliśmy się jak dawniej i wylądowaliśmy w łóżku.
Byłam przekonana, że specjalnie upił mnie i uwiódł, więc uciekłam nad ranem, nie tylko z jego pokoju, ale także z hotelu. A niecałe trzy tygodnie później wyłam ze strachu.

"Po co powiedziałam mu o tej ciąży? Mogłam zwierzyć się dziewczynom, siostrze... Tyle ludzi miałam dookoła siebie, a powiedziałam właśnie jemu!".

Zajrzałam do pokoju Matyldy. Zadziałały lekarstwa i cierpliwe ramiona ojca, bo wciąż twardo spała z twarzą bez wyrazu, zanurzona w nieodgadnionym dla mnie świecie. Wróciłam do kuchni i osunęłam się na krzesło.
Dochodziła 9, wiedziałam, że za trzy, a może już dwie godziny córka obudzi się i znowu zacznie piszczeć, wrzeszczeć lub rzucać czym popadnie, bo zamiast tatusia zastanie znienawidzoną matkę... Za każdym razem, gdy zostawałyśmy same, wpadałam w panikę. Niczym przyczajone zwierzę czekałam na ataki, a te następowały nieuchronnie.
– To tylko głupia, dawno podważona teoria, że dziecko odtrącone przez matkę zapada na autyzm – tłumaczyła mi psycholożka pracująca z rodzicami takich dzieci.
– Wiem, czytałam – odpowiadałam, lecz w duchu dodawałam: "Tyle że mnie to zdarzyło się naprawdę. Autyzm mojej córki jest karą za te miesiące wahania, za myśl, że powinnam się jej pozbyć, bo inaczej nigdy już nie wyrwę się Mateuszowi".
– Jak ty ją kochasz! – zachwycały się przyjaciółki, gdy czasem nas odwiedzały.
Nie zaprzeczałam, ale nie przez grzeczność, lecz dlatego, że naprawdę kocham Matyldę. To miłość niełatwa, wymagająca, pełna potknięć i niekończących się wyrzutów sumienia. Zupełnie inna od tej, jaką darzę Elizę. Nie dlatego, że starsza córka jest zdrowa, ale że łatwiej jest mi ją rozszyfrować.

Kocham synka, ale tęsknię za... sobą. Stałam się matką kwoką, sama nie wiem kiedy!

Eliza przypomina mnie, Matylda to ciąg znaków zapytania. Uwielbia ojca – może czuje, że tylko on pragnął jej od samego początku. Nie wystraszył się ani mojej ciąży, ani jej choroby, nie uciekł do innej, zdrowszej rodziny ani nawet w nadgodziny. Nie wstydzi się pokazywać z Matyldą, nawet gdy nie jest pewien, czy za chwilę nie nastąpi kolejny atak. Szuka sposobów, jak do niej dotrzeć, a ja mu jedynie w tym asystuję, nie chcąc wtrącać się w ich relacje.

Staram się, ale nie umiem zapomnieć o przeszłości

W zasadzie nawet przyzwyczaiłam się do tego, że Mateusz, zaabsorbowany rolą opiekuna, przewodnika i ojca zapomniał, że jest też moim mężem. W pewnym sensie odpowiadają mi jego znikome potrzeby seksualne. Podziwiam go i zazdroszczę, jak łatwo wszedł znowu w moje życie, w jak naturalny sposób się w nim rozgościł. Jakby opieka nad córką zmywała z niego wszelkie grzechy.

Ja nie potrafię zapomnieć – ani tego, jak łatwo z nas zrezygnował, ani tego, co przez niego czułam do młodszej córki.

Nie usunęłam drugiej ciąży, bo jakąś częścią siebie pragnęłam wierzyć w nowy początek. W zasadzie nigdy wcześniej nie byłam sama, a samotne roczne macierzyństwo okazało się trudniejsze, niż sądziłam.
"Przecież wiesz, że się nie wyskrobiesz, nie potrafisz. A nie poradzisz sobie z dwójką dzieci, już teraz ledwie dajesz radę. Potrzebujesz mężczyzny" – rozmyślałam, wpatrując się w blednące kreski. Powtórzyłam test jeszcze dwukrotnie, zanim zdecydowałam się powiedzieć o ciąży Mateuszowi. Jego radość tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinnam zmusić się i dać mu szansę.
– Nie wyglądasz na szczęśliwą – zauważyła kiedyś jedna z przyjaciółek.
– To przez ciążę, źle się czuję... – bąknęłam, uciekając przed nią wzrokiem.
Rodziłam w bólu przez czternaście godzin, ale mała przyszła na świat zdrowa i silna.
– Z żadnego syna nie cieszyłbym się tak jak z tej księżniczki – Mateusz tulił ją od siebie, a pielęgniarki patrzyły na niego z zachwytem.
Robiłam przy małej wszystko, co trzeba, ze zdwojoną troską reagowałam na każdy jej gest i kwilenie. Długo sądziłam, że czas zmieni naszą relację na lepsze. Przestanę patrzeć na nią jak na porażkę, a ona wzmocniona przez miłość ojca wyrośnie na wspaniałą dziewczynkę. Ale Matylda zaczęła wycofywać się w głąb siebie i oddalać ode mnie.

Zazdrość i wyrzuty sumienia czynią w mojej głowie mieszankę wybuchową. Może gdyby Matylda była zdrowa, uległabym złudzeniu o szczęśliwej, wzmocnionej przez problemy rodzinie, jak postrzegają nas inni...

Chłopiec, który miał zostać odłączony od aparatury, wciąż żyje. Nie zgadniecie, kto zaoferował mu pomoc!

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/3 miesiące temu
Ciesz się że nie pije. To gorsze od zdrady i najgorsze że wszystkiego