POLECAMY

Karałam moje dziecko za kapryszenie i histerię. Żałuję, bo okazało się, że to objawy choroby

Wielu rodziców wciąż ma problem z uwierzeniem, że ADHD to choroba, a nie wymysł.

/ tydzień temu
Karałam moje dziecko za kapryszenie i histerię. Żałuję, bo okazało się, że to objawy choroby fot. Fotolia

Córka Julity była rozhisteryzowana, kapryśna, nie mogła spać po nocach. Okazało się, że Ola jest chora!

Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, miałam czterdzieści dwa lata i syna, który właśnie dostał się na studia i wyprowadzał z domu. To była absolutnie nieplanowana ciąża. Mieliśmy z mężem w końcu zająć się realizacją marzeń z młodości – podróżować, zwiedzać, spotykać się ze znajomymi przy kolacji i winie. Nie chciałam wracać do pieluch, kaszek i placów zabaw. Los jednak postawił mnie przed faktem dokonanym i nie pytał o zdanie.

Pierwsze tygodnie ciąży przepłakałam. Nie mogłam pogodzić się z nową sytuacją. Rodzice moi i męża byli już zbyt starzy i schorowani, żeby nam pomóc. Wiedziałam, że będę musiała zrezygnować z pracy w drukarni, bo była zbyt męcząca i w dodatku w systemie zmianowym. Niestety mój szef nigdy nie był skłonny, by komukolwiek pójść na rękę. To wszystko powodowało, że nie potrafiłam cieszyć się z ponownego macierzyństwa. Dopiero gdy po raz pierwszy zobaczyłam maleństwo na USG (gdy byłam w ciąży z Kamilem lekarze nie mieli takiego sprzętu), zaczęłam wierzyć, że wszystko się dobrze ułoży.

Cieszyłam się, że to ma być dziewczynka. Od razu postanowiłam, że nazwę ją Ola. Mężowi też zawsze podobało się to imię. Ku mojemu zdziwieniu, zdecydował się nawet na udział w porodzie, choć wcale go nie namawiałam. Wciąż pamiętałam, jak przykrym doświadczeniem były dla mnie narodziny syna. Nie byłam pewna, czy chcę, by mąż to oglądał.  A jednak jego obecność okazała się prawdziwym wsparciem. Gdy maleńka się urodziła i przytuliłam ją po raz pierwszy, poczułam, że będzie moim oczkiem w głowie.
Od czasu gdy Kamil był mały, tak wiele się zmieniło, że czułam się jak debiutująca matka. Wcześniej używałam pieluch tetrowych, teraz pampersów. Kiedyś gotowałam posiłki, teraz karmiłam małą ze słoiczków. Kiedyś miałam kilka par śpiochów, dziś całą komodę pajaców, body i sukieneczek. Zupełnie zwariowałam na punkcie Olci. Kupiłam jej ładny wózek, łóżeczko z baldachimem i bujak, który sam kołysze dziecko. Chuchałam na nią i dmuchałam, aż mąż się ze mnie śmiał, że obchodzę się z nią jak z jajkiem. Trochę tak było. Kamila tak nie traktowałam. Młode mamy mają widocznie więcej luzu.

Gdy córeczka skończyła rok, coś zaczęło się zmieniać. Płakała z byle powodu, rzucała jedzeniem, uciekała mi, gdy chciałam ją przewinąć albo przejść przez ulicę.

Nie potrafiłam nad nią zapanować i nie rozumiałam, skąd nagle taka zmiana. Nie miałam koleżanek w swoim wieku, które miałyby tak małe dzieci i mogły mi coś podpowiedzieć, a nie zamierzałam radzić się smarkul w wieku mojego syna. Uznałam, że sama sobie poradzę. W końcu mam doświadczenie!

Z miesiąca na miesiąc było jednak coraz gorzej. Mąż nazywał Olę: Pani Histeria. To określenie doskonale do niej pasowało. Szczerze mówiąc, była nieznośna. Nie dało się z nią pobawić, przeczytać jej książeczki ani zjeść spokojnie obiad. Wszystko, co z nią robiłam, było jak działania na polu walki. Z Kamilem nigdy nie miałam takich kłopotów.

Gdy Ola skończyła trzy lata, wróciłam do pracy, a ona poszła do przedszkola. Szczerze mówiąc, poczułam ulgę, że będę mogła spędzić trochę czasu wśród dorosłych i zrobię sobie przerwę od ciągłego biegania za rozwrzeszczanym maluchem. Nigdy szczególnie nie przepadałam za swoją pracą, ale w porównaniu z wojną, jaką każdego dnia toczyłam w domu, był to odpoczynek.

Liczyłam, że w towarzystwie innych dzieci Ola nabierze nieco ogłady. Niestety! Po miesiącu nauczycielka zasugerowała mi, że powinnam z Olą iść do psychologa.
– Przecież ona jest jeszcze za mała! – parsknęłam rozbawiona.
Ale wychowawczyni nie zamierzała odpuścić.  Powiedziała, że im szybciej wkroczy profesjonalista, tym lepiej dla mojej córki. Wyjaśniła, że Ola jest agresywna, nie potrafi włączać się w zabawy grupowe i trudno jej usiedzieć w miejscu dłużej niż pół minuty. Nie było to dla mnie nic nowego. Doskonale o tym wiedziałam. Mimo to przez dwa tygodnie zwlekałam z podjęciem decyzji. Głupio mi było przyznać się nawet mężowi, że trzylatka ma iść do psychologa. Przecież to śmieszne. Gdy jednak Ola zaczęła walić głową o ścianę tak mocno, że polała się krew, wiedziałam, że nie ma żartów.

Zadzwoniłam, żeby umówić się na wizytę

Oczywiście nie skończyło się na jednym spotkaniu. Po przeprowadzeniu różnych zabaw, testów i rozmów, psycholog uznał, że mała ma ADHD. Nieraz słyszałam w telewizji tę nazwę. Często powtarzała się w kontekście źle wychowanych dzieci, którym zajęci rodzice załatwiają zaświadczenie, żeby nie czepiali się ich nauczyciele. Nie przypuszczałam, że przyjdzie mi się zmierzyć z tym stereotypem.

Zaczęłam czytać w internecie o objawach ADHD i miałam wrażenie, że ktoś pisał o Oli.

Kłopoty z zasypianiem, niezdolność do poczekania na swoją kolej, wiercenie się na krześle, denerwowanie się bez powodu! To wszystko były typowe zachowania mojej córki. Im więcej czytałam, tym bardziej docierało do mnie, że czekają mnie całe lata walki i nieustającej terapii. Zupełnie się załamałam. Do tej pory żyłam w przekonaniu, że to przejściowy bunt i że Ola z tego wyrośnie. Już teraz byłam zmęczona zmaganiami z nią, a z tego, co czytałam na forach internetowych, wynikało, że gdy zaczyna się szkoła, bywa jeszcze gorzej.
Przeczytałam mężowi fragmenty znalezionych w internecie wypowiedzi, ale on wciąż bagatelizował problem.
– Przestań doszukiwać się choroby. Ola jest zdrowa, tylko rozpuszczona jak dziadowski bicz. Wprowadzimy większy rygor i będzie dobrze.
– Nic nie rozumiesz, ona potrzebuje terapii. Ludzie chodzą na zajęcia grupowe, do psychologa, do logopedy i stosują terapię behawioralną.
– Co to znaczy?
– Nie wiem! – wzruszyłam bezradnie ramionami.
Rzeczywiście, nie miałam pojęcia, co to wszystko znaczy. Ani tym bardziej, co to oznacza dla nas jako rodziny. Już teraz nie czułam wsparcia męża. Coraz później wracał z pracy i unikał kontaktu z Olą. Ja też już nie miałam do niej siły, zwłaszcza że byłam z tym problemem sama.

Ola bardzo potrzebuje naszej pomocy

Pewnego dnia, gdy Kamil przyjechał do domu, powiedziałam mu, co się dzieje. Wysłuchał mnie ze zrozumieniem, jakiego potrzebowałam. Nie mówił nic, nie doradzał, ale sam fakt, że słuchał, był pomocny. Ola przy nim zachowywała się jeszcze gorzej niż zwykle. Nie chciała jeść, kąpać się ani przebrać w piżamę. Ciągle krzyczała i rzucała się na podłogę. W końcu Kamil jakoś namówił ją na czytanie bajki na dobranoc. Poszli razem do sypialni. Gdy za drzwiami pokoju zapadła cisza, wśliznęłam się do środka. Mała już spała. Kamil siedział i przyglądał się siostrze.
– Popatrz na nią – szepnął do mnie. Leżała w piżamce, miała zaróżowione policzki, malutkimi paluszkami obejmowała misia. – Jest cudowna. Potrzebuje naszej pomocy, żeby poradzić sobie z emocjami. Gdyby miała jakąś chorobę ciała, zrobilibyśmy wszystko i znaleźlibyśmy najlepszych lekarzy, żeby ją wyleczyć. Skoro ma chorobę emocjonalną, też trzeba tak zrobić.

Popatrzyłam na niego i łzy napłynęły mi do oczu. Jak to możliwe, że potrafił ocenić sytuację tak dojrzale. Przytuliłam go mocno i spojrzałam na Olę. Nad jej łóżkiem wisiało zdjęcie zrobione, gdy miała miesiąc miała miesiąc. Była maleńka i bezbronna. Przypomniało mi się, jak bezwarunkową miłością darzyłam ją tamtego dnia. Postanowiłam wbrew wszystkiemu, przywołać te uczucia i postarać się, by moja dziewczynka wyrosła na samodzielnego i mądrego człowieka. Takiego jak jej starszy brat.

Następnego dnia zadzwoniłam do terapeutki, którą polecił mi psycholog dziecięcy. Znalazłam też w naszym mieście grupę wsparcia dla rodziców dzieci z ADHD. Rozmowy z nimi pomogły mi zacząć na nowo układać relacje z Olą i z mężem. Po dwóch miesiącach on także dał się namówić na uczestnictwo w spotkaniach. W tej chwili Ola ma sześć lat i coraz lepiej radzi sobie z emocjami. Kamil często przyjeżdża i zabiera ją na jednodniowe wycieczki, żeby dać nam trochę odpocząć. My także nauczyliśmy się, jak należy z nią rozmawiać i jak wspierać w chwilach kryzysu. Mimo że nie było łatwo, jestem dumna, że dzięki wsparciu najbliższych udało mi się przetrwać rodzinny kryzys i wyjść z niego obronną ręką.

Czasami, gdy Ola kładzie się spać i rozmawiamy spokojnie, żeby wyciszyć jej emocje, patrzy na mnie i mówi, że mnie kocha. Wzruszam się wtedy i wiem, że warto było przejść przez to wszystko, by móc usłyszeć te słowa.

 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (5)
/6 dni temu
Ewa nie ma co marnowac slow na nieduczonych.. Wracajac do artykuly, jest przykre ze jest tak wiele osob niestety ktore na schorzenia typu ADHD czy SPD czy Echolalia potrafi podsumowac to wlasnie tak jak Julity maz "potrzebna silnej reki.." itd. Swietnie ze maz (i tata) zrozumial jednak ze to nie jest cos wysnionego przez rodzicow. Moja corka ma zaburzenia przetwarzania sensorycznego - klopoty z ubieraniem, zmiany otoczenia, nagle zmiany planow, zbyt glosno, zbyt wiele ludzi, nerwica itd. Ale dziekuje Bogu ze mamy dobrego psychiatre dzieciecego, ze mamy doskonala terapeutke ktora co dwa tygodnie z name pracuje, ze szkola mojej corki pomaga wiecej niz jest to od nich wymagane. Dobra uwaga w opowiadaniu; chorobe fizyczna sie widzi, choroby o podlozu psychicznym nie widac i latwo o stereotyp ze rozpiesczone, rozpuszczone. A to jest powazne! Bo to ze rodzice sie mecza to jedno, ale dziecko cierpi tak ze nie jeden dorosly czlowiek zakladam wybral by czesto samobojsto..
/6 dni temu
No,mnie nie boli. wyprowadzał się jak była w poczatkowych miesiącach ciąży i miał 20 lat plus 6 lat ma już mała. Mnie to daje 26 lat ale może są jakieś inne sposoby dodawania.
/tydzień temu
W tekście jest informacja, że syn "właśnie dostał się na studia i wyprowadzał z domu" więc miał raczej 20 lat a nie 26. Czytanie ze zrozumieniem nie boli.
POKAŻ KOMENTARZE (2)