POLECAMY

Mam 36 lat i apetyt na miłość! Czy to grzech, że założyłam konto w portalu randkowym?

Poznajcie Beatę i jej zdumiewającą historię...

/ 2 miesiące temu
Mam 36 lat i apetyt na miłość! Czy to grzech, że założyłam konto w portalu randkowym? fot. Fotolia

Otwórz się na nowe znajomości – mówiła Grażyna.
– Jak masz znaleźć faceta, skoro cały wolny czas spędzasz w czterech ścianach – dodawała Ilona.
– Przede wszystkim musisz wyjść do ludzi – stwierdzała Krystyna i w tym momencie czułam zwykle, że, faktycznie, muszę wyjść, ale z pokoju, bo jeśli jeszcze chwilę spędzę z moimi koleżankami z pracy, to na pewno wyjdę, ale z siebie.

Kretynki! Te dobre rady mogą sobie włożyć wiadomo gdzie... Ja przecież jestem szalenie otwarta na wszystkie nowości, wcale nie spędzam czasu w czterech ścianach sama – tylko głównie z nimi! Jak mam niby wyjść do tych innych ludzi! Stanąć na środku ulicy i zacząć krzyczeć: Tu jestem, obywatele! Widzicie mnie?! To ja, Beata, lat 36, blondynka, księgowa?! Lubię chodzić do kina, lubię tańczyć, czytać romanse i jeździć na wycieczki, no i szukam faceta!
– Ty nie rozglądasz się uważnie wokół siebie – kontynuowała niczym niezrażona Krystyna, ale ja wydałam z siebie tylko pogardliwe prychnięcie. Rozglądać się, dobre sobie...

Czy ktokolwiek z was był kiedyś w szkole księgowości, pracował w biurze księgowości, obracał się wśród księgowych? Nie? No to nie wiecie jednego: wszędzie gdzie tylko spojrzysz są same baby. To właśnie jest sedno problemu!

Naprawdę nie miałam gdzie tych facetów poznawać. Koledzy ze szkół pozostali w rodzinnym mieście, tutaj miałam tylko koleżanki księgowe. I mieszkanie na dziesiątym piętrze w starym bloku, wśród sąsiadów, którzy w większości byli dużo starsi ode mnie. Ale miałam już jednak dość samotności i mądrych rad moich koleżanek, dlatego pewnego dnia wzięłam głęboki oddech, przeżegnałam się i weszłam na stronę internetową "połówkapomarańczy.com".

„Wychowałam syna na nieodpowiedzialnego dziecioroba.” Przeczytajcie historię Marii...

A potem się zalogowałam.

Nie wstawiłam zdjęcia, na którym można by mnie było rozpoznać, tylko sylwetkę od tyłu. Na wszelki wypadek, gdybym się jednak rozmyśliła. Napisałam mniej więcej to, co bym wykrzyczała na środku ulicy: 36 lat, księgowa, lubię tańczyć, chcę mieć dzieci. Po niespełna półgodzinie do mojej skrzynki mailowej wskoczyło piętnaście wiadomości, do których dołączone były fotografie męskich torsów różnej jakości. Same "cześć słodka", "chcesz się spotkać" albo – co gorsza – "proponuję niezobowiązującą przyjaźń". Zniechęcona wyłączyłam komputer, złapałam smycz i wyciągnęłam Gerwazego na spacer. Wychodząc z klatki, mruknęłam "dzień dobry" sąsiadowi piętro wyżej, ale wgapiał się w komórkę i nawet nie zauważył, że ktoś obok niego stoi.

Przez parę dni nie zaglądałam do maila, bałam się kolejnych obleśnych propozycji od niewiernych małżonków. Gdybyż oni rozumieli, jak wielu jest ludzi, którzy o udanym rodzinnym życiu mogą tylko pomarzyć! W końcu jednak ciekawość zwyciężyła... Oczywiście, skrzynka była pełna podejrzanych ofert, ale był też jeden list wyraźnie różny od pozostałych. Bez zdjęcia i już samo to wydało mi się ciekawe.

Mój potencjalny korespondent pisał tak:

"Cześć, nazywam się Tomek i jestem od ciebie młodszy o dwa lata, ale mam nadzieję, że cię to nie zrazi. Jestem informatykiem i typem samotnika. Nie lubię tańczyć, a do kina chodzę tylko na science fiction. Jeśli wciąż nie udało mi się ciebie odstraszyć, to może zechciałabyś napisać coś więcej o sobie?".
Z jednej strony bardzo ciężko się pisze do kogoś, o kim kompletnie nic nie wiesz, nie znasz nawet jego twarzy, z drugiej strony – łatwo sobie wyobrazić, że po tej drugiej stronie siedzi ktoś życzliwy, przyjazny, o miłym spojrzeniu... I tak też mi się wyobraziło, że odezwał się do mnie człowiek, z którym mogłabym i chciałabym się zaprzyjaźnić. Zaczęłam więc od rzeczy najdawniejszych. Zwierzyłam mu się z tego, jak byłam nieszczęśliwa, gdy zmarł mój tata, a miałam zaledwie dziewięć lat. Opowiedziałam, że ostatnią rzeczą, jaką od niego dostałam, był "Mały Książę" – książka, która zastępowała mi latami wszystkie ważne rozmowy z tatą. O tym, że chciałam studiować etnografię, ale mama uparła się, żebym zdobyła zawód...

Urodziłam dziecko na prośbę męża. Nie umiałam być dobrą matką

– "Mały Książę" to także moja ulubiona książka – odpisał Tomek po paru godzinach. Byłam akurat w pracy i zadzwoniła mi komórka, gdy przyszedł mail od niego. Tak sobie ustawiłam, żeby nie przegapić żadnej wiadomości. Ze skruchą muszę powiedzieć, że tego dnia nie byłam skoncentrowana na rzędach liczb, jak to zwykle bywa. Z drżeniem serca wyczekiwałam kolejnych wiadomości, a one – nadchodziły! W ciągu 8 godzin wymieniliśmy 32 listy. Nieźle! Z każdym zdaniem nabierałam pewności, że oto trafił mi się człowiek, który do mnie pasuje, z którym mam mnóstwo wspólnych tematów i zainteresowań, choć niespecjalnie przepadam za kinem science fiction. Wracałam do domu z nosem w komórce, jedną ręką otwierałam drzwi na klatkę, drugą wciskałam guzik "wyślij".

Niewiele brakowało, a źle by się to skończyło

Mój sąsiad, kompletny fajtłapa, nie zauważył, że idę, bo jak zwykle gapił się w ekran swojego smartfona. On chyba nigdy nie podnosi głowy, no w każdym razie odkąd tu mieszkam, nie udało mi się zobaczyć, jak wygląda. Wytrącił mi telefon, dobrze, że się szybka nie stłukła. A patrzył na mnie przy tym tak nieprzytomnym wzrokiem, jakby był pod wpływem jakichś środków odurzających. Wreszcie wydusił z siebie "przepraszam", ale i tak byłam zła.
Korespondowaliśmy z Tomkiem przez całe wakacje.

– Próbuję sobie wyobrazić jak wyglądasz – napisał któregoś dnia. Nie miałam ochoty wysyłać mu na razie zdjęcia. Do tej pory cieszyliśmy się całkowitą anonimowością, byliśmy dwoma głosami szepczącymi w ciemności. Nie chciałam tego zmieniać, tym bardziej że z nikim od lat tak nie rozmawiałam. Odpisałam więc coś wymijająco, on jednak drążył temat.

– Myślę, że masz długie jasne włosy, że chodzisz ubrana jak hipiska, widziałbym cię w zielonej sukience... Aż mi się gorąco zrobiło. Swoje długie włosy spinałam w kok, kochałam styl boho i tego dnia miałam na sobie fantastyczną szmaragdową sukienkę kupioną na Allegro. No, prawie fantastyczną, bo ten kretyn mój sąsiad przyciął mi ją drzwiami na klatkę – oczywiście maszerował z nosem w komórce – i nadszarpnął falbanę. Skąd ten Tomek tyle wie, może to ktoś znajomy? Nie... to zupełnie niemożliwe. Pewnie przypadkiem zgadł. Napisałam więc:
– Jesteś chyba jasnowidzem, faktycznie mam na sobie zieloną sukienkę!
W odpowiedzi dostałam serię uśmieszków i jedno zdanie: Nawet nie wiesz, jak mnie ucieszyłaś!

Wiedziałam, że pewnego dnia trzeba będzie skończyć z tą tajemniczością. I ten moment właśnie nadszedł. Tomek napisał: "Słuchaj, Beata, gadamy ze sobą trzeci miesiąc, najwyraźniej dobrze się rozumiemy. Trzeba jednak  popchnąć sprawy naprzód, bo utkniemy w tym Internecie na wieczność. Proponuję spotkanie. Nie musisz się obawiać.

Jeśli się okaże, że się sobie nie podobamy, że denerwuje cię mój nerwowy tik, nie lubisz mojego zeza, a moja ruda broda do pasa przyprawia cię o mdłości – nic strasznego się nie stanie. Przecież i tak zostaniemy dobrymi kumplami, prawda?".

Nie wiedziałam, co odpisać. Z tym zezem chyba nie mówił na serio? Miałam jednak trochę obaw. Gdy rozmawia się przez Internet, można snuć marzenia, natomiast rzeczywistość bywa daleka od bajki. Ja nie chciałam rozczarowania.

 To, co wymyślił, było dosyć zwariowane. Zaproponował mi... grę w podchody. Przysłał mailem mapkę naszego miasta, na której był zaznaczony punkt, w którym czeka na mnie instrukcja, dokąd mam iść. Tego dnia wyskoczyłam z pracy jak z procy i pobiegłam do kawiarni Pod Różami, dwie przecznice od naszego biura rachunkowego. Tak jak poprosił mnie w mailu, podeszłam do pani za barem i spytałam, czy aby nie zostawiono dla mnie wiadomości. Zostawiono. I opłacono eklerkę. Wsunęłam ją czym prędzej, wcale nie chciało mi się siedzieć w kawiarni. A potem – zgodnie z dalszą instrukcją – udałam się do muzeum miejskiego, weszłam do drugiej sali, gdzie po prawej stronie miał wisieć obraz-wskazówka. Kościół Królowej Aniołów, namalowany ponad sto lat temu. Jako jedyny w naszym mieście nie został zburzony w czasie wojny. Stoi mniej więcej półtora kilometra od muzeum. Wybiegłam, nie oglądając reszty wystawy. Może pod tym kościołem czeka na mnie Tomek?

Nie, niestety nie czekał. Za to na chodniku przed wejściem do świątyni ktoś napisał kredą: Odwróć się, Beata! Odwróciłam się. Za mną stał drab z długą rudą brodą, najwyraźniej bezdomny. Zaprezentował mi przepiękny bezzębny uśmiech. Aż mnie dreszcz przeszedł. To chyba nie był on?! Ufff... Bezdomny wręczył mi czerwoną różę i list, w którym była kolejna tajemnicza wskazówka. Miałam przejść 500 metrów w linii prostej, skręcić w lewo i przeczytać ogłoszenie na drzewie. Pędem ruszyłam przed siebie, coraz bardziej niespokojna, co mnie czeka na końcu tej zwariowanej zabawy.

Szczęśliwie, krążąc po mieście, zbliżałam się coraz bardziej do mojego osiedla. W razie czego mogłam więc po prostu czmychnąć do domu.
Po chwili poszukiwań znalazłam przypięte do drzewa ogłoszenie. A brzmiało ono tak: "Spójrz w górę – na gałęzi wiszą dwie butelki. Jedna z wodą, bo na pewno chce ci się pić po tym szalonym biegu, w drugiej znajdziesz ostatni list ode mnie...".

No, niech ja go dorwę wreszcie, tego łobuza – zaczynałam być zdrowo wkurzona.

Czy to ja? 36-letnia księgowa pakuje się właśnie na drzewo, żeby ściągnąć z niego "message in the bottle"??? Nie było jednak wyjścia, podkasałam spódnicę i wspięłam się na gałęzie. Ściągnęłam z drzewa butelkę z wodą, faktycznie się przydała. Z drugiej wyciągnęłam kartkę.

"Beato, zanim spojrzymy sobie w oczy, chciałem ci powiedzieć to wszystko, czego prawdopodobnie nie będę w stanie wydusić z siebie na żywo. Od początku uważałem, że jesteś piękna i pewnie nigdy nie zdobyłbym się na odwagę, żeby podejść do tak zjawiskowej kobiety jak ty. Potem przez przypadek odkryłem twoje wnętrze – równie piękne, pełne wrażliwości, wdzięku, dowcipu. No dobrze. Nie był to do końca przypadek, nie grałem całkiem fair. Jestem, jak wiesz, informatykiem i mam dosyć niebezpieczne umiejętności... Udało mi się połączyć piękną kobietę, którą znałem z widzenia, z tą cudowną dziewczyną, z którą korespondowałem. Nawet nie wiesz, ja się ucieszyłem! Tak bardzo mi się wszystko w tobie podoba, że chciałbym z tobą rozmawiać całą wieczność. Długo zdobywałem się na odwagę, wreszcie zaproponowałem to zwariowane spotkanie. Nie lubię tańczyć, jestem samotnikiem, ale bardzo lubię się bawić... Mam nadzieję, że nie uznasz, iż zabawiłem się twoim kosztem. No więc mniej więcej za 500 metrów się zobaczymy. A teraz wracaj do domu."

Tym listem rozwalił mnie już kompletnie. Co to znaczy, wracaj do domu?! Kim on do cholery jest? Biegłam przed siebie jak oszalała. Przed blokiem nie było jednak nikogo, jeśli nie liczyć babci-rezydentki wygrzewającej się na ławce w promieniach wrześniowego słońca, jednej mamy pilnującej synka z brzegu piaskownicy, listonosza przeglądającego przesyłki... Ach, no i na schodach do mojej klatki siedział sąsiad z piętra nade mną, jak zwykle zapatrzony w ekran komórki. Zawsze musi blokować przejście, jest po prostu niesamowity! Kiedy go jednak mijałam, podniósł głowę i wreszcie mogłam mu spojrzeć w twarz, w jego wielkie roześmiane czarne oczy... A kiedy się do mnie uśmiechnął, serce zaczęło mi bić jak oszalałe i... sama nie wiedziałam już, co się dzieje. Chyba we mnie strzelił jakiś piorun, bo niby co to było...
A potem żyliśmy długo i szczęśliwie.

Miały 70 lat, kiedy mężowie się z nimi rozwiedli. Założyły firmę, produkującą wibratory dla seniorek z artretyzmem

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)