POLECAMY

"Przez jego paranoję zmarło dziecko mojej kuzynki" - jak naprawdę wygląda życie po przegranej w totka?

Podobno Gandhi kiedyś powiedział: "nic nie kosztuje tak wiele, jak utrzymanie pozorów ubóstwa". My zapłaciliśmy naszą dobrą do tej pory relacją małżeńską.

/ 2 miesiące temu
"Przez jego paranoję zmarło dziecko mojej kuzynki" - jak naprawdę wygląda życie po przegranej w totka? fot. Fotolia

Mądrzy ludzie mawiają, że jak Bóg chce kogoś pokarać, to spełnia jego marzenia. Tylko za co miałby karać mnie i mojego męża? Sama nie wiem, ale pewnie coś by się znalazło. Każdy ma coś za uszami.

Jacek zawsze marzył, żeby wygrać w totka. Odziedziczył to pragnienie po swoim ojcu, któremu nigdy nie udało się zdobyć wielkiej sumy. Grał ponad pół życia, umarł, a Jacek otrzymał w "spadku" po nim zestaw liczb. Posyłał je co losowanie. Stwierdził, że nie ma innego wyjścia, bo i tak zna je na pamięć, a poza tym, co by było, gdyby akurat nie posłał, a zostałyby wytypowane?
– Szlag by mnie trafił – twierdził.
– Przesadzasz. – Nieco lekceważąco traktowałam jego obawy. – Wyników byś nie sprawdził i już.
– Chyba nie dałbym rady wytrzymać!

Lata mijały, dzieci rosły, a my w pocie czoła przepracowywaliśmy kolejne lata do mitycznej emerytury.

Domowy budżet domykał się raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze figurowały w nim wydatki na kupony lotto. Ot, taki rytuał, który zrósł się z naszą codziennością jak spanie, jedzenie i picie. Wizyta Jacka w kolekturze była tak samo naturalna, jak wyniesienie śmieci czy umycie zębów.

Wiem, że jest mnóstwo spiskowych teorii na temat totka. Na przykład taka, że odkąd weszła komputeryzacja, jest to jedno wielkie oszustwo. Albo taka, że komputer typuje z bazy kombinacje, które jeszcze nie zostały wysłane, a kulki używane do losowania mają różny ciężar. Wreszcie taka, że cały ten system jest tak skonstruowany, żeby broń Boże nie wygrał zwykły, szary człowiek. A jeśli ktoś wygrywa w ogromnej kumulacji, na pewno jest to podstawiona osoba, która przejeżdżając "przypadkiem" przez małą mieścinę, wysyła z niej zwycięski kupon, a potem dzieli się kasą z autorami przekrętu.

Przez dwa lata ukrywałam związek, bo wiedziałam, że moi rodzice nigdy nie zaakceptują "czarnego zięcia". Wolą się mnie wyrzec!

Biorąc pod uwagę wszystkie te prawdziwe, bądź nie, teorie, zakrawa na podwójny cud, że Jacek wygrał. Nie była to olbrzymia kumulacja, ale jak dla nas – zawrotna suma. Nie zaprzątałam sobie zbytnio głowy losowaniami, nie sprawdzałam wyników, nie znałam na pamięć tej posyłanej w kolejnym już pokoleniu kombinacji. To pozwoliło Jackowi na pełną konspirację. Powiedział mi dopiero po trzech miesiącach. Swoją drogą, niesamowicie panował nad emocjami, skoro nie zauważyłam w nim żadnej zmiany.

– Miałbyś kochankę i nic bym z twojego zachowania nie wywąchała – stwierdziłam, mimo wszystko rozbawiona i ucieszona. – Taki z ciebie mistrz kamuflażu.

– Od ciebie też tego oczekuję – zaznaczył Jacek śmiertelnie poważnie.

Zgadzałam się z mężem, chociaż niepokoiła mnie jego postawa. Przesadzał z ostrożnością. Przede wszystkim jako błogosławieństwo traktował okoliczność, że mieszkamy w mieście wojewódzkim, a nie w pipidówie typu trzy chałupy na krzyż, gdzie namierzenie szczęściarza, który wygrał, nie byłoby skomplikowane.

Poza tym Jacek odczekał niemal cały okres przysługujący na odebranie wygranej. Zgłosił się z kuponem dopiero po pięćdziesięciu dniach. Normalnie chodził do pracy, wypełniał obowiązki zawodowe oraz domowe, a w centrali czekali na szczęśliwca i zastanawiali się, czy przypadkiem nie zgubił kuponu, z miejsca stając się pechowcem. I wreszcie Jacek uznał, że nie możemy się dzielić tą nowiną absolutnie z nikim. Nawet z naszymi dziećmi, bo jak nic wypaplałyby o wszystkim w szkole.
– Od razu by się mafia po procent zgłosiła. A może i nałożyła miesięczny haracz – snuł przede mną czarne wizje.
– Nie popadaj w paranoję. Tak na dobrą sprawę to nie są aż takie kokosy...
– Tym bardziej musimy milczeć! – przekonywał. – Przecież nie zwolnimy się nagle oboje z pracy i nie zaczniemy żyć z procentów. Tak dużo tej kasy nie ma. Możemy zmienić auto na lepsze, część pieniędzy zamrozić na edukację dzieci i na ich start w dorosłe życie. Możemy za parę lat kupić dom i tyle. Owszem, jak nas oboje wyrzucą z pracy, to dzięki tej kasie nie zostaniemy na lodzie. Ale jak powiesz choćby rodzicom, to zaraz będziesz miała na karku setki krewnych i znajomych w potrzebie.

Jacek miał stuprocentową rację. Nawet mi to imponowało, że mężczyzna mojego życia ma głowę nie od parady i nie dostał małpiego rozumu na wieść o wygranej. A przecież ludzie reagują różnie. Trwonią wszystko, urządzają spędy dla rodziny i znajomych, szastają pieniędzmi na prawo i lewo, aż mija parę lat i ich status materialny jest gorszy niż przed losowaniem. Inni pakują się w interesy, o których prowadzeniu nie mają pojęcia i budzą się, siedząc w długach po uszy.

Kłopot w tym, że przesadzał. Z rozsądnego faceta stał się przewrażliwionym skąpcem. Nagle zaczął trzy razy oglądać każdą złotówkę, zanim ją wydał. Rozważał, jakby oszczędzić, zamiast zaszaleć na urlopie. O ile wcześniej robiliśmy normalne zakupy, bez przesadnej oszczędności, bo w końcu oboje zarabialiśmy przyzwoicie, o tyle teraz Jacek dostał bzika na punkcie promocji, atrakcyjnych obniżek cen i różnych rabatów.
– Człowieku, weź trochę wyluzuj, bo zaraz będziesz jeździł na drugi koniec miasta za bułką tańszą o grosz – ironizowałam. – Pieniądze są dla nas, a nie my dla pieniędzy!
– Łatwo ci mówić. Do prawdziwych pieniędzy dochodzą ludzie z natury oszczędni. Nie narwani utracjusze.
– Jacek, przecież ty nie doszedłeś do pieniędzy żadną oszczędnością, tylko wygrałeś dzięki ojcu, który wymyślił zestaw liczb!
– Ciszej, bo ktoś usłyszy!

No właśnie, tu go bolało. Bo ktoś usłyszy... A niech słyszy, na zdrowie! Mania utrzymywania wszystkiego w tajemnicy zawładnęła moim mężem na dobre. Nawet przestał się golić. Chciał sprawiać wrażenie, że nie stać go na maszynkę i krem do golenia.

– Przetrzyj sobie jeszcze spodnie na tyłku, naszyj łaty na łokcie i zacznij jeździć hulajnogą, a auto sprzedaj – kpiłam. – Ale nie myśl sobie, że wciągniesz mnie w to udawanie biedaków. To już nawet śmieszne nie jest.

Podobno Gandhi kiedyś powiedział: "nic nie kosztuje tak wiele, jak utrzymanie pozorów ubóstwa". My zapłaciliśmy naszą dobrą do tej pory relacją małżeńską. Partnerskie stosunki się popsuły, bo Jacek zamienił trzeźwe podejście do życia na przesadny lęk, że ktoś się dowie o jego wygranej w totka.

Aż przyszedł czas próby. Dziecko mojej dalszej kuzynki ciężko zachorowało. Zanim zdiagnozowano skomplikowany nowotwór, siedmioletnią córeczkę Malwiny odsyłano od lekarza do lekarza. Każdy leczył ją na coś innego, w końcu ostatni uczciwie się poddał i wysłał dziecko na specjalistyczne badania szpitalne. Było już za późno. Cień nadziei dawała operacja za granicą. Płatna w twardej walucie. Kwota była dla rodziny mojej kuzynki nie do przeskoczenia. Próbowali zaczepić się o jakieś fundacje, ale czas naglił. Zbiórka pieniędzy trwała. 

Miałam wypocząć na działce, ale młodsza plażowiczka wiedziała, jak mi popsuć nerwy!

Nie wahałam się nawet chwili. Przedstawiłam mojemu mężowi sprawę jasno: – Jacek, musimy im pomóc! Z początku nawet nie chciał o tym słyszeć.

– Chyba oszalałaś! Po czymś takim nie opędzisz się od domagających się jałmużny kolejnych chorych z rodziny. Raz pomożesz i będzie po nas. Drzwi się nie będą zamykały, tylu będzie potrzebujących.

– Ty słyszysz sam siebie?! Przecież to jest chore dziecko z rodziny – krzyknęłam.
– Nawet nie znam tych ludzi. Kiedy ostatnio widziałaś kuzynkę? Trzydzieści lat temu?
– Nie wierzę... – jęknęłam. – Nie wierzę, że to powiedziałeś. Mój mąż, zawsze pomocny, uczynny... Gdzie się podział? Co się z tobą porobiło? Cieszyłam się, że zachowywałeś dystans do tej całej sytuacji, a jednak cię przerosła. Kompletnie zdziczałeś od nagłego przypływu gotówki.

Popłakałam się ze złości i rozczarowania. Dwa tygodnie ze sobą nie rozmawialiśmy. W końcu Jacek obmyślił plan. Miałam przekazać Malwinie gotówkę jako darowiznę od anonimowego darczyńcy poruszonego losem jej dziecka. Żadnych szczegółów, żadnych wyjaśnień. Oto pieniądze, bierzcie, jedźcie za granicę, operujcie chore dziecko. 

Nigdy nie zapomnę tych łez wzruszenia, gdy odbierali ode mnie pełne banknotów koperty. Niestety, nie zapomnę również łez rozpaczy, gdy mi je oddawali po powrocie z Niemiec. Nie zdążyli, dziecko umarło podczas podróży... Nic nie dało się zrobić.

Chodziliśmy z Jackiem jak struci. Obydwoje się gryźliśmy tym, że za bardzo zwlekaliśmy z pomocą, że to przez nas. Mieliśmy możliwości, ale się zawahaliśmy.
– To moja wina – mówił Jacek. – Wolałbym nie mieć grosza, byle to dziecko żyło...
– Moja też... – szlochałam. – Mogłam po prostu wybrać te pieniądze z konta, nie powiedzieć ci ani słowa. Pojechać, wręczyć...

Długo trwało, nim odzyskaliśmy namiastkę dawnej relacji. Nic już nie mogło być takie samo. Dowiedzieliśmy się o sobie więcej, niż chcieliśmy, zwłaszcza Jacek. Cały czas dręczą go wyrzuty sumienia, że jego wahanie w niesieniu pomocy zadecydowało o śmierci dziewczynki. Nigdy się nie dowiemy, czy opieszałość faktycznie miała znaczenie, czy operacja by się udała, czy córka Malwiny rzeczywiście miała szanse na przeżycie. Z całej sytuacji wyszliśmy tylko z wyświechtanym banałem, że pieniądze szczęścia nie dają i trzeba uważać na marzenia.

Czy powinnam zostawić znerwicowaną matkę, która rujnuje mi życie?

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/2 miesiące temu
Każdy kiedyś umrze.
/2 miesiące temu
smutne