„Narzeczony zostawił mnie dla »prawdziwej miłości«. Błagałam, by został. Kochanka upomniała się o niego i kazała mi go oddać”

Zdradzona kobieta fot. Adobe Stock
Mój ukochany zostawił mnie po latach związku. Bo się zakochał. Poznał kobietę swojego życia. A mnie, jak mówi, tylko lubił...
/ 27.01.2021 11:21
Zdradzona kobieta fot. Adobe Stock

No, przestań już, proszę cię – moja przyjaciółka wychodzi ze skóry, żeby mnie pocieszyć.
– Na całym świecie nie ma kobiety, która choć raz w życiu nie płakałaby przez jakiegoś drania. Tak po prostu jest.
Ale ja nie mogę przestać ryczeć.
– A pamiętasz Martynę? – przyjaciółka postanowiła mnie wesprzeć przykładami innych zdradzonych dziewczyn. – Pamiętasz, jak ją załatwił ten jej narzeczony? Sala weselna się dekoruje, na torcie przyczepiają ostatnie róże z lukru, a pan młody daje dyla i szukaj wiatru w polu.

Nieszczęście Martyny wywołuje następne potoki moich łez.

– To już nie wiem, co ci mam powiedzieć? Może tylko to, że lepiej teraz, niż po ślubie. Przypomnij sobie Karolinę, którą młody mąż zostawił z długami, z wielkim kredytem i z dwumiesięcznym niemowlakiem.
Teraz szlocham również nad nieszczęściem Karoliny, ale mojej przyjaciółce otworzyła się klapka w pamięci i sypie następnymi przykładami.
– No a Zosia? Miała dom w budowie i troje małych dzieci. Jeszcze do tego opiekowała się chorą matką swojego małżonka, a on jeździł po świecie i fotografował motyle.
– I ona się zgadzała?
Z miłości każda kobieta choruje na głowę. Zosia też zachorowała i pozwoliła, żeby cała proza życia spadła na nią. On był artystą i nie dawał rady z budowlańcami, nie użerał się z hydraulikiem, nie podcierał dzieciom pup i nie wycierał nosów. To robiła Zosia…
– I, co?
– Jak to – co? Znalazł ślicznotkę podobną do wodnej rusałki i teraz oboje fotografują, co się da. Ale jeszcze wcześniej oskubał Zosię z kasy i wcale go nie obchodziły ich wspólne dzieci, ani jego chora matka. Zosia musiała sprzedać prawie gotowy dom i teraz gnieździ się w bloku, a całą energię, jaka jej jeszcze została, wykorzystuje do walki o godziwe alimenty.
– Wszyscy mężczyźni to dranie – mówię ponuro, pochlipując. – A ten mój to już najgorszy.
– Bo ja wiem? Gdybyś była bardziej przewidująca, może byś widziała, co się święci? Ale ty tylko: „Maksio, Maksymek, Maksuś!”. Niedobrze się robiło, kiedy człowiek tego słuchał. Zero obiektywizmu i zdrowego rozsądku. Czy ty chciałaś kogoś słuchać?

Prawda. Nie chciałam. Nawet wówczas, gdy go przyłapałam z Jadźką na bardzo czułej rozmowie i powinna mi się zapalić czerwona lampka w głowie. Siedzieli wprawdzie po obu stronach stołu, ale trzymali się za rączki i patrzyli sobie głęboko w oczy. Zapytałam, co się dzieje, ale mnie wyśmiał.
– Jak będzie wyglądało nasze małżeństwo, jeśli ty już teraz mi nie wierzysz? – pytał. – Nawet pies zerwie się ze smyczy i poleci w świat, jeśli go od czasu do czasu nie wypuścisz z podwórka. Zresztą, co mi tam Jadźka? Głupia, nudna i puszczalska. Naprawdę tak nisko mnie cenisz?

Nie pomyślałam, że jeśli chłop tak otwarcie krytykuje jakąś kobietę i tak ochoczo demaskuje jej wady, to musi być coś na rzeczy. Normalnie, oni nie mają czasu na zajmowanie się obcymi babami, rozmawianie o ich charakterach i urodzie. Wolą gadać o meczu albo o samochodach. A mój Maksio, co i rusz wracał do Jadźki. I zawsze ją wyśmiewał, zawsze znalazł jakiś powód do kpin. A ja idiotka byłam z tego zadowolona.

Planowaliśmy ślub. Za jakiś czas. Tak bezterminowo, bo najpierw mieliśmy zmienić mieszkanie na większe, kupić jakiś lepszy samochód, spłacić kredyt i pojechać do Japonii. To była moja wymarzona podróż. Kiedy sobie pomyślę, że teraz z moim ukochanym jest tam Jadźka, serce mi pęka z żalu. Ale nic na to nie mogę poradzić, bo Maks ożenił się z nią, nie czekając na większe mieszkanie, lepszy samochód i czyste konto w banku.
Pamiętam telefon, który zadzwonił tamtej nocy.
– Nie odbieraj, kochanie – mruknął mój chłopak zaspany. – Co to za baran dzwoni o tej porze?
Ale ja już trzymałam słuchawkę przy uchu. Zanim powiedziałam „halo” Jadźka syknęła twardo i zdecydowanie.
– Dobrze, że nie śpisz. Maks jest mój i nie mam zamiaru ci go oddawać.
– Słucham? Co ty gadasz?
– Zapytaj go. Powie ci prawdę na sto procent, bo jak nie powie, to mnie więcej nie zobaczy. On to wie, więc nie będzie ryzykował. Pogódź się z tym kochana, on mnie kocha nad życie.

Miała rację. Przyznał się od razu i nawet stwierdził, że mu ulżyło, bo „już nie miał sumienia, żeby mnie dłużej tak oszukiwać”. Właściwie niczego mi już więcej nie tłumaczył. Po prostu oznajmił, że Jadźkę kocha i że ona jest kobietą jego życia.
– A ja, kim dla ciebie jestem? – zapytałam oburzona.
– Jesteś mi bardzo bliska. I życzę ci wszystkiego dobrego.
– Ale przecież mówiłeś, że jesteś ze mną szczęśliwy? Kłamałeś?
– Nie! Po prostu nie wiedziałem, czym może być prawdziwe szczęście z kobietą. Z tobą byłem zadowolony…

Oczywiście, że go prosiłam, żeby został. Błagałam, robiłam różne rzeczy, nawet zaciągnęłam go do łóżka kłamiąc, że to ostatni raz i że już po tym więcej nie będę niczego chciała. Nie wierzyłam, że odejdzie. Nie pozwoliłam mu pakować walizek. Histeryzowałam i wrzeszczałam tak, że sąsiedzi zaczęli stukać w ściany. Zasnęłam dopiero po dwóch proszkach uspokajających i dopiero wtedy, kiedy mi obiecał, że nie wyjdzie z domu, dopóki się nie obudzę i nie porozmawiamy spokojnie. Nie dotrzymał słowa.

Od tamtej nocy zaczął się mój koszmar. Przestałam chodzić do pracy, bo wierzyłam, że Maks przyjdzie po resztę rzeczy i będzie tak celował, żeby mnie nie zastać, więc musiałam być i czekać. Nie przyszedł.

Za to przyszła Jadźka. Tak mnie to zaskoczyło i oszołomiło, że siedziałam jak odrętwiała, podczas gdy ona pakowała jego książki i płyty, zgarniała z półek w szafie swetry i tiszerty. Była pewna siebie, wyglądała pięknie i świeżo, a ja kuliłam się, jak kupka nieszczęścia z tłustymi włosami i oczami zapuchniętymi od płaczu.

Ją też prosiłam, żeby mi go oddała. Błagałam. Płakałam. Upokarzałam się. Ale Jadźka to okrutna baba. Złapała swego faceta i nie miała zamiaru go puszczać. Teraz to rozumiem.
– Nie ma takiej opcji, żebym ci go oddała, zresztą to nie jest drewniany pajacyk i ma swoją wolę. Wybrał przecież. Nie byliście małżeństwem, nie macie dzieci… O co ci chodzi?
– Kocham go… Nie dam rady żyć dalej bez niego.
– E tam, gadanie. Co to on jeden na świecie? Znajdziesz sobie kogoś. Zresztą, gdyby chciał, może do ciebie wrócić. Tylko jeszcze raz powtarzam – z nami wtedy koniec. Ja nie wybaczam zdrady.

To było dawno. W sierpniu minęły 2 lata, a ja ciągle czuję w sercu ten sam ból i ten sam wstyd na myśl, że zachowywałam się, jak kompletna wariatka. Teraz do rozpaczy, która nie mija doszedł gniew na siebie. Właśnie – na siebie.

Jak to możliwe, że byłam taka ślepa? Dlaczego nie walczyłam, tylko jak szmaciana lalka pozwoliłam sobą pomiatać i komenderować? Dlaczego nie znalazłam sobie do tej pory kogoś, kto, jak klin wybiłby mi z głowy tamtą miłość i zdradę? Dlaczego nadal czekam? Dlaczego przyjęłabym Maksia natychmiast, gdyby się tylko pojawił? Dlaczego jestem taka głupia? Dlaczego?!

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”

Redakcja poleca

REKLAMA