POLECAMY

Trzecie uderzenie

The Strokes pokazują, że najciekawiej jest, gdy snobizm przechodzi w zjawisko dla mas.
 
Taka ścieżka muzyczna zakłada śmierć w momencie oddania pierwszego uderzenia. Zespoły, które nagrywają trzecią płytę z garażowym rockiem, są już jak chodząca sprzeczność. A w takim nieciekawym punkcie kariery są nowojorscy The Strokes. Nie zazdroszczę sytuacji grupie wokalisty Juliana Casablancasa i gitarzysty Alberta Hammonda, choć z drugiej strony odebrali już swoją nagrodę w postaci komplementów za obie dotychczasowe płyty.
Pierwsza „Is This It?” nie trwała nawet 40 minut, ale rozpętała burzę wokół zjawiska „nowego garażowego rocka”. Brzmienie było brudne, pomysły wręcz prostackie. Wizerunek – tak cool, jak to możliwe tylko w Nowym Jorku. Zespół porównywano z The Stooges. Druga płyta trwała też niewiele ponad 30 minut. „All killer, no filler” – pisała prasa, wskazując na metodę tworzenia płyt przez The Strokes: żadnych dłużyzn na płycie, żadnych zapychaczy, same „killery”.
Co prawda pisano też, że nowojorscy muzycy się powtarzają, ale ten zarzut zniknie przy okazji albumu numer trzy. Z poprzednimi The Strokes łączy toporna gra perkusisty. Poza tym same różnice (włącznie z tym, że album trwa prawie 60 minut!). Hammond wygrywa więcej swoich koronkowych melodii i upakowuje znacznie więcej niż punkowe trzy akordy w każdej piosence. Lepsza jest produkcja, choć mniej chłodna i garażowa. Casablancas brzmi głębiej, choć nie tak drapieżnie jak poprzednio. W otwierającym płytę „You Only Live Once” – prawie jak Roy Orbison. W „Heart In A Cage” – jak Iggy Pop w „Passanger”. A jego grupa to jak... Oasis (świetny „Vision Of Division”), to jak Franz Ferdinand („Juicebox” to jak „Darts Of Pleasure” Szkotów). Potrafią zagrać i bezczelnie melodyjnie („Razor Blade”) i, o zgrozo, z melancholią (ładne „15 Minutes”). Zachowują się jak kameleon, a zarzuty pójścia na łatwiznę, utraty oryginalności aż same się wdrapują krytykom na biurko. Ci, którzy dotąd tworzyli wokół The Strokes snobistyczną otoczkę modnego odkrycia, teraz poszukają sobie innego celu.
Ja sam – odwrotnie. Nie żywiłem wcześniej szczególnej sympatii dla The Strokes... Gdy dziś posłuchałem na nowo poprzednich płyt, to właśnie one wydały mi się... przegadane.
A trzeci album – mimo zastrzeżeń – najlepszy. To typowe zjawisko: nowe, ładniejsze, choć i łagodniejsze oblicze pokazują garażowi muzycy, którzy najpierw przeszli do legendy, a dopiero później nauczyli się grać. Nikomu już nie zaimponuje, że słuchacie The Strokes, za to wreszcie będziecie mieć z tego trochę prostej przyjemności. No i sprzeda się toto w milionach sztuk, także w odpornej na snobizmy rodzimej Ameryce.

Bartek Chaciński/ Przekrój

The Strokes „First Impressions Of Earth”, Sony BMG
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)