POLECAMY

„Tylko my dwie, bez żadnych dodatkowych bodźców”. Jak wspólna jazda samochodem buduje więź mamy z córką

„Jestem trzydziestolatką, młodą matką, kobietą, która intensywnie pracuje. Połowy rzeczy nie zrobiłabym bez samochodu” – mówi Adrianna Sobol, psychoonkolog, vice prezes Fundacji Onko Cafe, działaczka na rzecz zdrowia, szczęśliwa mężatka i mama 3,5-letniej Kaliny.

/ 7 miesięcy temu
„Tylko my dwie, bez żadnych dodatkowych bodźców”. Jak wspólna jazda samochodem buduje więź mamy z córką fot. Szymon Żurawski

Katarzyna Troszczyńska: A gdyby jednak została pani bez samochodu?

Adrianna Sobol: Nie wyobrażam sobie tego. Jestem osobą bardzo aktywną zawodową, prywatnie również. I to samochód pozwala mi na tą aktywność. Z drugiej strony auto jest dla mnie równoznaczne z momentem wyciszenia. Mam pracę związaną z kontaktem z innymi ludźmi, prowadzę trudne i mocne rozmowy. Gdy wychodzę ze szpitala i jadę do Fundacji, czy do gabinetu, w samochodzie mam chwilę dla siebie. Często to jedyny moment świętego spokoju w ciągu dnia.
Jeśli natomiast spędzam czas z córką, a spędzam go dużo w samochodzie, bo jeździmy na zajęcia, do przedszkola, do dziadków - to jest nasz święty czas. Tylko my dwie, bez żadnych dodatkowych bodźców. W domu wiele rzeczy nas rozprasza, są obowiązki, zajęcia. Przychodzi tata, babcia. A samochód to rodzaj kapsuły, gdzie jesteśmy same ze sobą. I ja poznaję Kalinę lepiej. Uczymy się nowych słów, opowiadamy sobie co widzimy za oknem. Teraz moja córka jest na etapie poznawania emocji. Mówi, że jest szczęśliwa, smutna, zadowolona, opowiada mi, z czym to się dla niej wiąże. Gdy rozmawiam z przyjaciółkami, też psycholożkami, to okazuje się, że wszystkie traktujemy auto jako miejsce zabaw, nauki, wychowywania. Nawet się śmiejemy: „matki wychowujące z przedniego siedzenia”. Może trudno w to uwierzyć, ale moja córka uczyła się kolorów, obserwując auta za oknem. Teraz marzy o rowerku i za każdym razem, gdy widzi kogoś na rowerze, cieszy się i śmieje.

Polecamy także wywiad z motomamą, dla której samochód stał się niemalże drugim domem.

Uwaga i czas, którą współczesne matki dają dziecku tylko w aucie?

Nie tylko. Ale takie jest teraz życie, większość zapracowanych trzydziestolatek, a przy tym matek nieustannie próbujemy znaleźć balans. I nie zawieść nigdzie. Jak dałoby się to zrobić nie wykorzystując każdej chwili? Codziennie rano jadę na 8.00 do szpitala onkologicznego, pracuję do 15.00. Ale potem mam inne zajęcia. I Kalina też ma.  Jeździmy na basen, balet, więc właściwie ciągle się przemieszczamy.

Dużo pani pracuje?

Dużo. I ten mój czas pracy nie jest normowany. Gdy o piętnastej wychodzę ze szpitala mam różne zajęcia: pracę w fundacji i warsztaty dla pacjentów, spotkanie prywatne w gabinecie. Jedyną stałą jest to, że odbieram Kalinę codziennie o 17.00. Potem odwożę ją na zajęcia albo do domu.

Kto się zajmuje córką, gdy pani nie ma?

Dzielimy się z mężem opieką. We wtorki i czwartki to ja ją odwożę do przedszkola, w resztę dni mąż. Dzielimy się też popołudniami.


Rodzinne wakacje nie takie spokojne, jakby się wydawało. O podróżowaniu samochodem z czwórką dzieci pisze blogerka Karolina Kaliś

Ma pani bałagan w samochodzie charakterystyczny dla mamy małego dziecka...

Pewnie, straszny. W moim samochodzie jest absolutnie wszystko. Farby Kaliny, które przynosi z przedszkola, mnóstwo rysunków, zebranych kamyczków, liści, butelek i kartoników po najróżniejszych napojach, rozmazana czekolada, papierki. W pewnym momencie przechodzę przez taką granicę, gdzie jest mi wszystko jedno, jak ten samochód wygląda, bo już tyle w nim jest, że jak sobie pomyślę o sprzątaniu, robi mi się słabo. Ale nie mam czasu o tym myśleć na co dzień. Dopiero wizja nadciągającego weekendu i miny mojego męża pt. „Jak można doprowadzić auto do takiego stanu” zmusza mnie do sprzątania.

Co jest najważniejsze w samochodzie?

Od kiedy pojawiło się dziecko to bezpieczeństwo. Chcę też, żeby było nam komfortowo i wygodnie, ale bezpieczeństwo jest najważniejsze. Kiedyś uwielbiałam szybko i brawurowo jeździć, odkąd mam Kamilę zwolniłam. Jeżdżę wolniej, uważniej.

Zna pani kobiety niezmotoryzowane?

Nie, właściwie nie. Wszystkie moje koleżanki mają prawo jazdy i jeżdżą, bo nie wiem, jak z taką ilością zajęć dałoby się jeździć środkami komunikacji miejskiej. Czasem nawet rozmawiamy o tym, że to niesamowite jakim miejscem stał się samochód, ile mu zawdzięczamy. Nie tylko wygodę, szybkość, ale też miejsce do rozmów, nie tylko z dzieckiem, ale też, na przykład mężem.

Trochę smutne…

Ale bardzo prawdziwe. Nie mówię o weekendach. Spędzamy je rodzinnie. Ale na co dzień? W takim biegu trudno znaleźć dla siebie chwilę, mieć moment na wyciszenie. Jedynym takim momentem jest czas, w którym moje dziecko idzie spać. No i siedzenie obok siebie w samochodzie, bez dodatkowych bodźców.
Trochę się tylko obawiam, bo jak Kalina raz na jakiś czas musi podjechać autobusem jest w absolutnym szoku. Nie rozumie tego, choć jest podekscytowana nowością. Gdy to widzę, obiecuję sobie, że zmienimy system, częściej będziemy jeździć autobusem. A potem i tak wracamy do punktu wyjścia.

Zawsze była pani aktywna?

Tak, zanim pojawiła się Kalina już byłam psychoonkologiem, po jej urodzeniu szybko wróciłam do pracy. Moje życie zawsze tak wyglądało i to się zmieni. A jeśli się zmieni to na jeszcze aktywniejsze. Kalina będzie dorastać, pojawią się nowe pasje, koleżanki, chęci na poznawanie świata. A ja będę jej w tym towarzyszyła i będę ją w różne miejsca zawozić. I to nie wynika z moich aspiracji, tylko z jej potrzeb. Choć ja też kocham to intensywne życie, może gdybym była starsza miałabym inne priorytety, ale lubię swoją aktywność i samochód mi w niej pomaga.


Adrianna Sobol: „Wszystkie moje koleżanki mają prawo jazdy i jeżdżą, bo nie wiem, jak z taką ilością zajęć dałoby się jeździć środkami komunikacji miejskiej”. (Fot. Szymon Żurawski)

Mama za kółkiem a czwórka dzieci z tyłu i...? Polecamy opowieści naszej autorki - blogerki, mamy i kierowcy jednocześnie :)

 

 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)