POLECAMY

Szaman też doktor

Za kilkadziesiąt złotych wyleczą ci wrzody żołądka, migreny i nowotwór, a nawet uzdrowią twoje mieszkanie. Jest też szansa, że zabiją cię, zanim zdążysz pójść do prawdziwego lekarza…

Za kilkadziesiąt złotych wyleczą ci wrzody żołądka, migreny i nowotwór, a nawet uzdrowią twoje mieszkanie. Jest też szansa, że zabiją cię, zanim zdążysz pójść do prawdziwego lekarza…

Seans hipnotyzera. Cała sala dorosłych siedzi jak na przedstawieniu w szkole. Tyle, że cała sala wydaje się spać. Głowy opadają na piersi. Z oddali słychać głos przywodzący na myśl dawne seanse Kaszpirowskiego emitowane w telewizji: Adin, dwa… Tym razem jednak jest po polsku. Odliczanie i hasła: „Opadasz głębiej”, „Twoje ciało staje się ciężkie”… Jeden ze szczęśliwców z widowni ląduje na dwóch krzesłach przed wszystkimi, a uzdrowiciel z papierosem w ustach krzyczy do niego: „Jesteś jak deska! Śpisz!”. Potem zaczyna wyginać jego bezwładne ciało na strony i krzyczy dalej: „Jesteś akrobatą”! W końcu przechodzi do sedna i poleceniem znieczula rękę, po czym przypala ją papierosem i zapalniczką. Śmieje się, że spalił klika włosów. Ludzie wydają z siebie przeciągłe „ooooo!”.

Szaman też doktor

Fot. „Fakt”

To scena z filmu dokumentalnego Kingi Dębskiej pt. „Uzdrowiciele” przyglądającego się fenomenowi medycyny niekonwencjonalnej z ciekawym komentarzem ze strony byłego szefa Izby Lekarskiej, Krzysztofa Madeja. Bo tam, gdzie tkwi tajemniczy, elektryzujący potencjał naturalnego uzdrawiania, jest jednocześnie olbrzymie zagrożenie nieleczonych nowotworów, cukrzycy, nadciśnienia i innych poważnych schorzeń. A niestety, ludzie wierzący „szamanom” często odwracają się całkowicie plecami od tradycyjnej medycyny.

Kamera zabiera nas na targi poświęcone niekonwencjonalnemu leczeniu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wszyscy tutaj to emeryci, którzy nie wiedzą co zrobić z wolnym czasem. Kupują więc dziwne legitymacje i prezentując historie o nagłym oświeceniu przez anioły naganiają ludzi do swoich stoisk. Wróżki, jasnowidze, bioenergoterapeuci, radiesteci… Sprzedają co popadnie: soki, żele, preparaty ziołowe, bransoletki, amulety. Każdy ma książkę pełną sukcesów i cudownych uzdrowień – zwykle zeszyt w kratkę odręcznie zapisany wspaniałymi casusami.
Podstarzały otyły mężczyzna o wyglądzie wiejskiego karczmarza usypia mocno umalowaną młodą kobietę w obcisłych legginsach i golfie opinającym pokaźny biust. Dotyka rękami jej brwi, wymachuje dokoła popiersia, potrząsa ją, obejmuje, gładzi po włosach, po czym mówi: „Jesteś wspaniała, silna i zdrowa”. Nie można nie pomyśleć, że ot, dziadek znalazł sobie pretekst do obłapywania panienek. Gorące bańki przystawiane na plecy, świecowanie uszu – mężczyzna z dumą pokazuje legitymację wydaną przez Izbę Rzemieślniczą w Krakowie. „To są uprawnienia!” – mówi.
„Wyższe istoty powiedziały mi co mogę zrobić i tak się działo” – mówi facet z muszką pod obrazem Chrystusa. Gdy potrzeba może być nawet prywatnym egzorcystą. Leczy ludzi z bardzo ciężkimi nowotworami. Nazywa się doktorem i za kulisami stwierdza, że gospodarka jest jaka jest, trzeba z czegoś żyć.

Kolejny emeryt siedzi z wahadełkiem nad tabliczką z numerkami i rzuca liczby „stopni szkodliwości” do mężczyzny, który opisuje mu poszczególne pomieszczenia. „ Sala konferencyjna. Dobrze. Studio fotograficzne. Niedobrze. Siódmy stopień szkodliwości. Dziesięć duchów osób zmarłych.” Zabieg za 50 zł ma wszystko oczyścić. Tak możesz wyleczyć sobie całe mieszkanie, którego radiesteta nie widział nawet na oczy.

Starsza kobieta z przesadnie czerwoną pomadką nachyla się nad kimś w gwarnej hali targów i mówi szatańskim szeptem: „Moja bioenergia przenika do pani ciała i pomaga… w miejscu, w którym pani potrzebuje”. Hipnoza, sugestia, bioenergoterapia – uśmiechnięta seniorka, jak Irena Kwiatkowska, żadnej pracy się nie boi – jak mówi, robi wszystko, aby pomóc. „Pięknie pani wchłania moją energię” – chwali klientkę za chwilę kasując od niej kilka dyszek.

Redaktorka Anna Pogoda na potrzeby „Poradnika Domowego” zrobiła inny reportaż. W swoim tekście „Uzdrowiciela strzeż się, strzeż” opisuje jak przewędrowała gabinety różnych znachorów dowiadując się, że ma m.in. cukrzycę drugiego typu, piasek w nerkach, problemy z krążeniem i kompletnie zatkaną okrężnicę oraz początki nowotworu jelita grubego. Oferowane kuracje opiewały na kilkaset złotych każda, przy czym każda była oczywiście stuprocentowo skuteczna.
Na koniec swojej zdrowotnej przygody autorka zrobiła analizy krwi, moczu, kolonoskopię, gastroskopię, USG tarczycy i macicy. Okazało się, że cukrzyca jej nie groziła, nie miała też guzka na tarczycy, mięśniaka w macicy i cyst na jajnikach, anemii, nieżytu żołądka i nowotworu jelita grubego. Miała za to… niedoczynność tarczycy i astmę oskrzelową, której nie zdiagnozował żaden z uzdrowicieli.

Wydźwięk tych historii naprawdę jest zastraszający. Wierzymy absolutnym oszołomom, którym przyśniło się, że przyszedł do nich anioł i mają teraz siłę w palcach. Płacimy im ciężkie pieniądze za dziwne seanse, które mogłyby przekonać prymitywne plemiona z buszu, ale nie rozsądnego człowieka. Miesiącami zażywamy preparaty o dziwnym ziołowo-magicznym składzie, które oczywiście mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc, bo nikt ich nawet nie kontroluje. Ale to przecież ma o tyle więcej sensu niż medycyna…

Owszem, medycyna zawodzi, a zwłaszcza zawodzą lekarze, którzy niedopłacani przez NFZ mają stu pacjentów dziennie. I owszem, w naturze drzemią potężne siły uzdrawiania, których mądrzy doktorzy nigdy nie lekceważą. Ale naiwna wiara w dziadka szamana, który da syropek, po którym „nigdy już pani nie będzie w życiu chorować” – jak zapewnia jeden z bohaterów filmu – to naprawdę przesada jak na społeczeństwo XXI wieku.

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/6 lat temu
Ale ich wielu,coś w tym jest skoro ludzie korzystają(i to po 100 dziennie :) ),ja jednak wolę medycynę konwencjonalną ;))