POLECAMY

Rodzinne wakacje nie takie spokojne, jakby się wydawało. O podróżowaniu samochodem z czwórką dzieci pisze blogerka Karolina Kaliś

Podróżujemy sporo. Podróżujemy całą rodziną. Razem z psem. W siódemkę. Raz auto prowadzę ja, raz tata. Jak można sobie wyobrazić, podróż z czwórką dzieci to nie jest bajka, w której wszystko idealnie się udaje.

Karolina Kaliś / 6 miesięcy temu
Rodzinne wakacje nie takie spokojne, jakby się wydawało. O podróżowaniu samochodem z czwórką dzieci pisze blogerka Karolina Kaliś fot. Fotolia/kolaż Polki.pl
Nadchodzą! Pędzą! Już prawie tu są – wakacje. Dla dzieci – czas beztroskiej laby. Dla nas – czas alpejskich kombinacji, żeby zapełnić dwa pełne miesiące czasu wolnego naszych pociech. Podróżujemy sporo. Podróżujemy całą rodziną. Razem z psem. W siódemkę. Raz auto prowadzę ja, raz tata. Zmieniamy się co jakiś czas. Dla samego bezpieczeństwa warto to robić.

Złe królowe rodzinnych podróży

Jak można sobie wyobrazić, podróż z czwórką dzieci to nie jest bajka, w której wszystko idealnie się udaje. Czasami w tej naszej bajce pojawia się „zła królowa” i „śmieje” się złowrogo nad naszym losem. Czasem objawia się chorobą lokomocyjną któregoś malucha. Czasami pokazuje pazury w intensywności krzyku, który słyszymy przez pół drogi za plecami. Innym razem pojawia się jako problem żołądkowy naszego psa.

Bywa różnie. Idealnie nie jest

Przez te kilka lat, nauczyliśmy się jednak minimalizować ryzyko spotkania „złej królowej". Wiemy, że są zasady, których bezapelacyjnie należy przestrzegać, żeby jechać bezpiecznie, spokojnie i z jak najmniejszą ilością płaczu, histerii, żalu.
Po pierwsze – kierowca, czyli ja lub tata, musi być wyspany i wypoczęty. Dlatego żadnych szaleństw dnia poprzedniego. Sen, sen i jeszcze raz sen – to największy sprzymierzeniec przed podróżą.
Po drugie – minimalizowanie ryzyka usłyszenia „mamo, będę wymiotował!” – czyli nie karmimy delikwentów na krótko przed podróżą. Nauczeni doświadczeniem, fastfoodowym potrawom mówimy stanowcze NIE – bo po kilkunastu kilometrach, możemy zobaczyć cały zjedzony posiłek ponownie.
Po trzecie – czasoumilacze. Przy długiej podróży to bajki, piosenki z płyty, podróżne wersje gier – cokolwiek, co zajmie ich na dłuższą chwilę.
Po czwarte – przystanki. Dość regularne. Co dwie godziny. Chociaż na chwilę. Szczególnie, jeśli nasz maluch jedzie z pieluchą na pupie. Wtedy przystanki są nawet częstsze.
Pięknie to wszystko brzmi – prawda?

A jak jest w praktyce?

Średnio na jeża.
Kierowca – zazwyczaj tata, jeśli w grę wchodzą duże odległości, zawsze, ale to zawsze poprzedniego dnia pomaga z pakowaniem, noszeniem wszystkiego do samochodu i starannym upychaniem, gdzie się da. To wszystko przekłada się na małą ilość snu. Często kierowcą jestem też ja. Wtedy z wyspania również nici – przecież wszystko trzeba spakować na ostatnią chwilę, bo wcześniej nigdy nie ma na to czasu. Efekt – zasypiam późno w nocy i wyjeżdżamy kilka godzin później niż zakładaliśmy.
Jedziemy. Widzimy piękną, dużą, żółtą literkę M i już wtedy wiemy, że my też jesteśmy głodni. Skoro my jesteśmy i się zatrzymamy – oni też nie odpuszczą. Przy wysokim C naszych córek kapitulujemy i idziemy na kompromis – tylko kurczaczki.

Radości i... lament

Jedziemy dalej, odpalamy bajkę i słyszymy wielki lament bo... Córka nie chce tej bajki teraz! Syn chce grać, a nie oglądać! Druga córka chce Barbie! Drugi syn nie chce Barbie, bo to dla dziewczyn!
Wybieranie seansu kończy się lamentem przynajmniej jednego z nich.
Jak już dojdziemy do końca bajki i chcemy się np. zatrzymać, zazwyczaj jest tak, że jedno śpi, drugie nie chce teraz wysiadać, trzecie ma w nosie przystanek, bo nie będzie teraz sikać – istotnie jest to baśń, bardzo mroczna baśń.

Piosenka jest dobra na wszystko 

W pewnym momencie stawiamy wszystko na jedną kartę i... Zaczynamy śpiewać. Tzn. tata zaczyna przekładać na swoją wersję wszystko, co akurat usłyszy w radiu. Przez jakiś czas jest idealnie. Ale po tym idealnym czasie, słyszymy nagle „TATA NIE ŚPIEWAJ JUŻ!!!!!” i wtedy odpalamy bombę. Naszą najlepszą broń: „skończę śpiewać, jak będziecie grzecznie siedzieć i przestaniecie marudzić” – działa za każdym razem, przynajmniej na jakiś czas.
Nasze podróże nie są idealne.
Nie są spokojne.
Są za to bezpieczne do granic możliwości.
Nigdy nie zdarzyło się nam, wyjąć dziecko z fotelika, tylko po to, żeby przestało płakać. Nigdy nie zdarzyło się nam jechać w momencie, kiedy czuliśmy się bardzo zmęczeni. Nigdy nie zdarzyło się nam jechać z rzeczami, luźno latającymi po samochodzie. Nigdy nie zdarzyło się nam nie przypiąć psiaka specjalnymi pasami dla niego przeznaczonymi.
Wozimy nasze największe skarby i tylko my jesteśmy odpowiedzialni za ich bezpieczeństwo.
Uwielbiamy podróżować samochodem. Kochamy być za kierownicą. Przygoda to nasze drugie ja. Wszyscy razem. Wszędzie.

 

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/6 miesięcy temu
Ja podobnie podróżuje z 4 dzieci i naszym huskym. Ale dzieciaki się już do tego przyzwyczaiły od małego podróżowaliśmy. Jak się urodziły bliźniaki to musieliśmy kupić większy bardziej rodzinny samochód. Wybór padł na citroena c4 grand picasso. Spełniał nasze wymogi co do komfortu i bezpieczeństwa. Łatwo było na tył foteliki wstawić i nie było ciasno. Ja trochę nie mogłam się przyzwyczaić do tego auta bo gabarytowo odbiegał od poprzedniego ale teraz nie ma problemu.