"Afonia i pszczoły"

Historia namiętności, która łączy i dzieli trójkę głównych bohaterów, dwóch mężczyzn i kobietę instynktownie łaknącą miłości...

"Afonia i pszczoły" fot. Best Film
Najnowszy autorski film cieszącego się wśród publiczności ogromną sympatią i uznaniem Jana Jakuba Kolskiego. Twórca „Historii kina w Popielawach” i entuzjastycznie przyjętego przez widzów „Jasminum” przedstawia opowieść o pasji, pożądaniu, zdradzie i …sztukach walki. Historia namiętności, która łączy i dzieli trójkę głównych bohaterów, dwóch mężczyzn i kobietę instynktownie łaknącą miłości...

O filmie
„Afonia i pszczoły” to opowieść o nieoczekiwanej miłości i niepohamowanej sile uczuć.
Afonia mieszka wraz z chorym mężem, legendarnym mistrzem zapasów. Afonia ma jedną wielką pasję, jaką jest filmowanie. Prawie w ogóle nie rozstaje się z nakręcaną ręcznie kamerą rejestrując wszystko, co wydaje jej się interesujące. Jednak każdy jej dzień wygląda podobnie, jest pogodzona ze swoim losem i nie oczekuje już od życia zbyt wiele.
I wtedy niespodziewanie pojawia się On. Afonia początkowo podchodzi do nieznajomego z dystansem, wkrótce jednak staje się on kolejnym obiektem jej pasji filmowej… i życiowej. Wywiązuje się między nimi pełen namiętności romans, który burzy jej poukładany świat i stawia przed nieoczekiwanymi wyborami. Okazuje się, że tajemniczy przybysz jest również mistrzem zapasów. Przybył do domu Afonii, by poznać tajemnicę jej męża, ale niespodziewanie spotkał miłość… Któregoś dnia mężczyzna znika bez słowa.


Wywiad z reżyserem Janem Jakubem Kolskim

- Jak się zaczęła Pana przygoda z „Afonią…” ?
Jan Jakub Kolski:
Droga do „Afoni”... zaczęła się od drobnego impulsu, od obrazu tak wyraźnego, że wyobraźnia nie potrafiła mu się oprzeć. Zobaczyłem małą stacyjkę i zatrzymującą się na niej torową limuzynę z zapłakanym radzieckim generałem. Stacyjka była udomowiona. Ktoś tam mieszkał. Poszedłem za tym obrazem, podjąłem próbę ustalenia kto mieszkał na stacyjce i dlaczego płakał generał.
Drugi trop, to była wyprawa śladem zdjęcia odkrytego w Szkole Filmowej. Przedstawiało ono grupę łódzkich siłaczy z 1917 roku, pośród których był ukrywający się pod czarną maską mój prawujek. Dostrzegłem szansę połączenia tych dwóch wątków w jedną historię. Posłuszeństwo wobec tych impulsów doprowadziło mnie do scenariusza. W trakcie pracy nad nim, „Afonia” wyrosła na główną bohaterkę, a jej los stał się podstawową materią filmu.

- To dość bolesny los, wydający się pozostawać bez wyjścia..
Jan Jakub Kolski:
Tak, to bolesny los. Ale ta „bolesność” jest ceną za nagrodę. Za miłość tak wielką, że prawie śmiertelną. Afonia jest zdumiona istnieniem tak silnego, tak wzniosłego i tak miażdżącego uczucia. Dotąd znała jedynie przywiązanie, obowiązki, ale i... radość wynikającą z oglądania świata przez obiektyw kamery. Odkąd na stacyjce pojawił się Ruski, cała ta wiedza o kształcie świata przestała być przydatna. Miłość zmieniła perspektywę tak zasadniczo, że nawet sparaliżowany mąż Afonii przestał być pewny jej dobroci i opiekuńczości.

- Afonia decyduje się też na nieprawdopodobny krok. Okalecza się...
Jan Jakub Kolski:
To dowód na to, że ona traktuje serio życie i ludzi. Złożyła taką obietnice i jej dotrzymała. To wszystko. Nawet nie próbowałem odpowiadać sobie na pytanie czy mogło być inaczej. Poznałem logikę postępowania Afonii i szedłem za nią w moich wyborach scenariuszowych. Postać ożywa, jeżeli traktuje się ją serio. Postać sama szuka sobie w scenariuszu drogi do odkupienia. Winy Afonii wprawdzie nie widać na ekranie, ale Afonia nie myśli logiką widza kinowego, tylko... swoją własną.

- W filmie tym pojawia się też wątek sensacyjny.
Jan Jakub Kolski: To prawda, pojawia się, ale nie jest podstawową tkanką filmu. Gra gdzieś w tle, poza główną sceną zdarzeń.
- Mimo wszystko, chociażby w odniesieniu do dotychczasowych Pana filmów, jest on wyraźnie wyczuwalny.
Jan Jakub Kolski: Lubię filmy z wątkiem sensacyjnym, lubię dobre kino akcji. Jest we mnie ciągle dużo z chłopca, więc pozwalam sobie od czasu do czasu na „transport” tych chłopięcych tęsknot na ekran. Mam też nieodpartą potrzebę eksperymentu, stąd podjęta w „Afonii”... próba połączenia tak skrajnych żywiołów – melodramatycznej historii o miłości, z kinem akcji i sensacji. Trzecim „krwiotwórczym” żywiołem przedzierającym się na ekran, jest świat fotografowany kamerą Afonii. Wszystko tu zrobiłem sam; kupiłem starą kamerę, pojechałem w nasze filmowe rejony i zacząłem oglądać świat „oczami” Afonii. Trwało to przez wszystkie sezony, przez okrągły rok.
Ten film sam „wmówił” mi swój język. Nie udało się zaprojektować jego kształtu bez jego zgody. Wszystko było obliczone, wszystko zapisane w scenariuszu i scenopisie, wyrysowane na rysunkach, zaklęte w kształty. Ale film odrzucił ten projekt. Wymusił na mnie inny rodzaj uważności, inną organizację materii na etapie montażu. To nowe, nadzwyczajnie ciekawe doświadczenie.

- Bardzo to Pana zaskoczyło?
Jan Jakub Kolski:
To w ogóle może być asumpt do nowego myślenia o filmie. Bo co to znaczy, jeżeli facetowi po 50 – tce jego własny film wymawia posłuszeństwo i każe się traktować inaczej? Słyszałem o takich zdarzeniach, czytałem o przypadkach Tarkowskiego ze „Zwierciadłem”, wydawało mi się to ciekawe, ale nigdy sprawa nie dotyczyła mojej twórczości ani mnie samego. Czułem się bezpieczny – z niezłym rzemiosłem, z przygotowaniem tak precyzyjnym, że opowiada się już o tym anegdoty – aż tu nagle... Zabawne i pouczające. Przymuszające do odnowienia przymierza z pokorą. Zawsze otwieram oczy i serce na... n i e o c z e k i w a n e, ale to było coś zupełnie nowego.

- Trzeba tylko się z tego cieszyć...
Jan Jakub Kolski: Spróbuję jak... odpocznę. Liczę na to, że uważny widz przyjmie ekranowy efekt tych zmagań jako naddatek „Afonii”..., jako walor wyposażający film w dodatkową siłę.

- I „Afonia...”, która ma w sobie tę typową dla Pana filmów balladową poetykę, jest przy tym filmem zaskakująco efektownym. Sceny zapaśniczych walk naprawdę robią wrażenie.
Jan Jakub Kolski:
Mnie bardzo irytują takie polskie „normy”; że dzieci źle grają w filmach, że nie można zrobić dobrych scen walki i czegoś tam jeszcze... Zapora jest w głowie. W Ameryce i w Polsce są takie same możliwości, żeby... solidnie przygotować się do pracy, wykreować kształt scen i wiedzieć, gdzie postawić kamerę. To jest naprawdę kwestia rzetelności i szacunku dla rzemiosła.

- Jak to wyglądało w przypadku tego obrazu?
Jan Jakub Kolski:
Sceny walki przygotowywane były na pół roku przed wejściem na plan. Wszystko zaczęło się od solidnej dokumentacji. Chodziło o to, by nie minąć się z prawdą historyczną. Maciek Maciejewski, choreograf walk, wykonał solidną robotę. Zaproponował szereg układów, które korygowaliśmy wraz z zapaśnikami odtwarzającymi role... zapaśników. Takiego dokonałem wyboru. Postanowiłem przysposobić zapaśników do aktorstwa, bo odwrotna koncepcja wydała mi się sporo trudniejsza.

- W przypadku roli „Ruskiego” też tak było?
Jan Jakub Kolski: Nie. Andrey Bilanov jest zawodowym, świetnie wykształconym aktorem, byłym mistrzem Rosji w judo i w fitness. To naprawdę bardzo dobry aktor i mam nadzieję, że rola w moim filmie otworzy mu drzwi na polskim rynku. Jego przeszłość sportowa ułatwiała nam pracę, ale i tak w wielu ujęciach był dublowany przez zawodowego zapaśnika i kaskadera.

- Był to trudny film w realizacji?
Jan Jakub Kolski:
Słowo „trudny” nie jest w stanie opisać zmagań z „Afonią”.
To jest film zrobiony za niewielkie pieniądze, z takim zamiarem, aby wszystko co zapisane w scenopisie przetransportować na ekran. Powstawał bez produkcyjnej wygody, bez tego wszystkiego z czym kojarzy się plan filmowy. Rzecz zrobiona przez parę osób ślepych na komfort i głuchych na dźwięk słowa „niemożliwe”.

- „Afonia i pszczoły” to kolejny Pana film rozgrywający się na prowincji. Miasto nie jest już tak interesujące?

Jan Jakub Kolski: Miasto, miasteczko, wieś... Co za różnica, jeżeli mówi się o tych samych, ludzkich sprawach? Myśli pan, że w Gołdapii inaczej się cierpi niż we Wrocławiu? Nie, dekoracja nie jest jakoś szczególnie ważna. Zresztą ja nie planuję swojej twórczości, ona się sama układa. Teraz zrobiłem film ulokowany we wczesnych latach pięćdziesiątych, kolejny będzie się rozgrywał w czasie wojny. A miało być odwrotnie. Taki obrót spraw, to naprawdę jedynie zbieg rozmaitych okoliczności, ale jeżeli te skierują moją uwagę na miasto, to tam też będę wiedział gdzie i w jakiej sprawie postawić kamerę.

- Myślał Pan kiedyś o terminie: „kino Kolskiego”?
Jan Jakub Kolski:
A po co? Nie zastanawiam się nad tym, co nie jest przeznaczone dla mnie. Ja robię filmy.

- Nie mniej jednak ma Pan „swoją”, „wyedukowaną” publiczność, która filmom Kolskiego od lat jest wierna. Wydaje się, że „Afonia i pszczoły” może tę grupę powiększyć?
Jan Jakub Kolski:
Niech by tak było.



Wywiad z odtwórczynią głównej roli - Grażyną Błecką - Kolską

- Afonia jest szczególną kobietą. Jak wiele jej cech pochodzi wprost od Pani?

Grażyna Błecka - Kolska: Po każdym filmie wracam do życia zostawiając postać za sobą. Nie jestem ani Afonią, ani Nataszą z „Jasminum”, ani Weronką z „Jancia Wodnika”, chociaż jestem po trosze każdą z nich. W Afoni odnaleźć można moją ciekawość świata i lubienie ludzi.

- Pani bohaterka odkrywa świat uczuć, o którego istnieniu nie miała pojęcia.
Grażyna Błecka - Kolska:
Powiedzmy wprost. Ona się szaleńczo zakochuje, a to uczucie spada na nią w chwili pełnego pogodzenia się z losem. Afonia żyje w zgodzie ze sobą i w harmonii ze światem. Opiekuje się sparaliżowanym mężem, filmuje przyrodę i nie spodziewa się od życia żadnych zaskoczeń. Tym trudniej przychodzi jej ogarnięcie zmian, które wdzierają się w jej uporządkowaną codzienność.

- Taka miłość fatalna?
Grażyna Błecka - Kolska:
Miłość po prostu. Ożywiająca, ale też... śmiertelna. W życiu przecież tak bywa, że kiedy wydaje się najbardziej uporządkowane, coś nagle łamie ten porządek i stawia przed nieoczekiwanymi wyborami. I te wybory opowiadają o nas.

- Za to uczucie Afonia musi zapłacić wysoką cenę.
Grażyna Błecka - Kolska:
Za wszystko się płaci w życiu, nawet za najdrobniejszy uczynek, a co dopiero za miłość tak niepojęcie wielką. Afonia postawiła wszystko na jedną kartę. Ona gotowa była nawet siebie unicestwić.

- Na planie spotkała Pani nieznanego polskiej widowni rosyjskiego aktora, Andreya Bilanova. Jak przebiegała ta współpraca?
Grażyna Błecka - Kolska:
Współpracowało mi się z nim naprawdę świetnie.

- A jak poradziła sobie Pani z pszczołami?
Grażyna Błecka - Kolska:
Chyba nieźle. Mogę się pochwalić, że żadna mnie nie ukąsiła. Polubiły mnie. Reżysera ugryzło sześć, poza tym było parę jeszcze innych „ofiar”, tymczasem ja robiłam wszystko sama i... zupełnie bezkarnie. Zdejmowałam z ramek pełne garście pszczół, szukałam między nimi pszczelej matki. Piękna przygoda.

- Afonia daje „Ruskiemu” w prezencie królową pszczół, aby ten się nią opiekował. Jak rozumieć tę scenę? Czy to wyznanie miłości?
Grażyna Błecka - Kolska:
Zostawmy interpretację widzom. Ten film jest jak piętrowy dom. Widz może wejść na każdą kondygnację i coś z niej sobie wziąć. Pszczoły są czymś magicznym i każdy sam przełoży to sobie na swój własny sposób.

- Drugą pasją Afonii jest film.
Grażyna Błecka - Kolska:
Film, świat i jego odkrywanie przez obiektyw kamery. Taki świat wydaje się Afonii jeszcze ciekawszy. To ją wciąga bardziej niż prawdziwe życie. Do czasu, oczywiście. Kiedy na stacyjce pojawia się Ruski, nic już nie chce być takie samo jak wcześniej.


W filmie występują:
Grażyna Błęcka-Kolska
jako Afonia
Mariusz Saniternik jako Rafał, mąż Afonii
Andrey Bilanov jako Ruski
Wojciech Solarz jako Leszek
Zofia Zoń jako Anielka


"Afonia i pszczoły", Scenariusz i Reżyseria: Jan Jakub Kolski, Gatunek: romans/dramat, Produkcja: Polska 2009, Dystrybucja filmu: Best Film, Czas trwania: 108 min., Premiera: 5 czerwca 2009
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)