POLECAMY

Złote Orły 2011: triumf Skolimowskiego!

Uroczystość rozdania Złotych Orłów nie jest tak pompatyczna i tak spektakularna jak oscarowa gala.

Uroczystość rozdania Złotych Orłów nie jest tak pompatyczna i tak spektakularna jak oscarowa gala. Prowadzący nie śpiewa, nie tańczy, nie próbuje rozbawiać publiczności mało śmiesznymi anegdotkami. O tytuł najlepszego obrazu nie walczy dziesięć filmów, a zaledwie trzy. W końcu to nie o ilość chodzi, a jakość, która w przypadku polskich produkcji z roku na rok sięga niestety coraz głębszego dna...

I właśnie po to nam Złote Orły. Aby nagrodzić tych twórców, którzy nie boją się poruszać trudnych tematów, którzy wychodzą poza schemat, którzy traktują film jak sztukę a nie maszynkę do zarabiania pieniędzy. Nic więc dziwnego, że wśród nominowanych nie uświadczyliśmy infantylnych produkcji pokroju "Ciacha", które dzięki świetnie zmontowanemu zwiastunowi biją w kinach rekordy popularności, pomimo tego, że są puste jak miliardy wydmuszek i nie godne oczu wytrawnego widza.

Tym razem najważniejsze statuetki powędrowały w ręce Jerzego Skolimowskiego za ciepło przyjęty podczas weneckiego festiwalu film "Essential Killing". Wyróżnienie tego filmu było nie lada zaskoczeniem. Za faworyta uważano bowiem obraz Jacka Borcucha, będący niczym innym jak tylko opartą na dość miałkim scenariuszu sentymentalną podróżą w czasie do okresu stanu wojennego. Dobrze się więc stało, że te najcenniejsze Orły - bo za reżyserię oraz najlepszy film - przypadły "Essential Killing". Choć, gdybym mogła decydować, wolałabym, żeby pofrunęły do kompletnie pominiętej podczas tej uroczystości wspaniałej "Matki Teresy od kotów" Pawła Sali.

"Wszystko, co kocham" nagrodzono za scenariusz. Film otrzymał również nagrodę publiczności. Mateusza Kościukiewicza całkiem zasłużenie obwołano odkryciem ubiegłego roku. Bo obraz ten nie jest zły. Po prostu słabo wypada na tle konkurencji. Czy przegrał on w starciu z filmem Skolimowskiego? Mam mieszane uczucia. Jakby nie było to on, a nie "Essential Killing" został doceniony przez widzów, co powinno schlebiać reżyserowi. Trafienie w wybredne gusta kinomaniaków jest bowiem dosyć dużym osiągnięciem.

W kategoriach aktorskich nie było jednoznacznych faworytów. Bo kogo by tu wybrać? Każdy z nominowanych aktorów zasłużył na wyróżnienie, zwłaszcza Magdalena Boczarska za "Różyczkę". Koniec końców statuetki powędrowały do Urszuli Grabowskiej (najlepsza aktorka pierwszoplanowa w dramacie "Joanna") oraz jej koleżanki z planu Stanisławy Celińskiej (najlepsza aktorka drugoplanowa w dramacie "Joanna"), jak również Adama Woronowicza (najlepszy aktor drugoplanowy za film "Chrzest") oraz Roberta Więckiewicza (najlepszy aktor pierwszoplanowy za film "Różyczka"), który biorąc pod uwagę swoją konkurencję nie udawał zaskoczenia określając się mianem "takiego małego żuczka".

W kategoriach technicznych (zdjęcia, dźwięk, scenografia, kostiumy) - jak było do przewidzenia - orły pofrunęły do przepięknie zrealizowanej "Wenecji" Jana Jakuba Kolskiego. Najlepszym filmem europejskim okrzyknięto zaś "Autora widmo" Romana Polańskiego, obraz, który przyniósł reżyserowi nie tylko Srebrnego Niedźwiedzia podczas ubiegłorocznego festiwalu Berlinale, lecz także, całkiem niedawno, francuskiego Cezara. Nic dodać, nic ująć. Filmowa perełka 2010 roku! Doceniono również Tadeusza Chmielewskiego (reżysera pamiętnego obrazu "Jak rozpętałem drugą wojnę światową"), którego uhonorowano nagrodą za całokształt twórczości.

Złote Orły są ważnymi nagrodami polskiego przemysłu filmowego. Może nie aż tak, jak gdyńskie Lwy, ale jednak. Tegoroczną galę całkiem udanie poprowadził Łukasz Garlicki. Szkoda tylko, że atmosfera tego wydarzenia była dość posępna. Mniej oficjalnej czerni oraz odrobina uśmiechu zdziałałyby cuda!

Fot. MWmedia

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)