Spacerkiem po Paryżu...

Paryż – miasto zakochanych. Nie mam wątpliwości, że i miasto kochających. Dobry styl, architekturę, przestrzeń, zieleń, artystyczną bohemę, przeszłość, rozmowy przy winie, ulicznych grajków czy snobistyczną modę. Na powierzchni 105,4 km² każdy znajdzie coś dla siebie. Ale też nikt nie wróci z tymi samymi wspomnieniami czy wrażeniami.
/ 18.04.2008 14:14
Paryż – miasto zakochanych. Nie mam wątpliwości, że i miasto kochających. Dobry styl, architekturę, przestrzeń, zieleń, artystyczną bohemę, przeszłość, rozmowy przy winie, ulicznych grajków czy snobistyczną modę. Na powierzchni 105,4 Spacerkiem po Paryżu...km² każdy znajdzie coś dla siebie. Ale też nikt nie wróci z tymi samymi wspomnieniami czy wrażeniami.

Zanim ruszymy na weekendowy spacer nad Sekwaną, wcześniej warto sięgnąć po wyjątkowy przewodnik po tym mieście: „To właśnie Paryż!” Agnieszki Kumor. Czytając snute przez autorkę opowieści o tajemniczych zakątkach tej metropolii zrozumiemy, że mapy mogą być jedynie wskazówką, gdzie znajduje się jakiś znany zabytek, muzeum czy ogród - co jednak w tak krótkim czasie zobaczymy, pozostaje już naszą subiektywną decyzją. Jadąc na weekend lepiej nieśpiesznie wędrować uliczkami, wchłaniając zapach i klimat tego miasta, zamiast przesiadać się z jednej na drugą stację metra, by zrobić sobie zdjęcie na tle Wieży Eiffla, katedry Notre-Dame czy Luwru. Może i będziemy w Paryżu, ale niewiele uchwycimy z magicznej atmosfery, jaka urzeka od stuleci artystów i twórców.

Pamiętam, jak dwa lata temu, któregoś piątkowego popołudnia, sama znalazłam się w gwarnej, tętniSpacerkiem po Paryżu...ącej życiem, stolicy Francji. Wyjazd nie był planowany, nie miałam więc czasu zastanowić się, co chcę zobaczyć – skoro jednak znalazłam się w Paryżu, niepewnie (i bez jakiejkolwiek koncepcji) ruszyłam do centrum.

„Iść w prawo? Czy może w lewo?” – takie myśli kołowały w mojej głowie, gdy stojąc koło Opery Garnier wpatrywałam się w mapę, zastanawiając w którym kierunku powinnam podążyć. Od czego tak właściwie zaczyna się zwiedzać Paryż? I kto powiedział, że akurat z tego, a nie innego miejsca? Zresztą, pokryta znaczkami mapa zdradzała, że gdziekolwiek bym nie ruszyła, i tak dotrzeć musiałam do znanego miejsca. Odkrywszy ten fakt odłożyłam nieporęczny (zasłaniający mi widok!) kawałek papieru do torebki i zdecydowałam się iść za własną intuicją.

Zanim ruszyłam dalej, najpierw weszłam do środka opery. Miałam szczęście, bowiem udało mi się dostać do głównej sali i podpatrzeć jeden z najsłynniejszych sufitów świata – sufit ten, pokryty malowidłami samego Marca Chagalla, doskonale wkomponowuje się w budynek stylu secondo empire. Stałam z zadartą głową podziwiając detale, jakie co rusz przykuwały moją Spacerkiem po Paryżu...uwagę… i gdyby nie strażnik, mogłabym tak trwać bez ruchu niczym jeden z otaczających mnie posągów. Niestety, musiałam opuścić teren Garnier.

Gdy wyszłam, potrzebowałam chwili by oswoić się ze światłem. Usiadłam na schodach opery, podpatrując mieszkańców stolicy. To tu francuska młodzież umawia się, by wspólnie ruszyć na podbój miasta – tłumy paryżan zerkają z niepokojem na zegarki, gwar ulicy przeplata się z dźwiękami telefonów komórkowych, ale też… w tym miejscu młodzi ludzie zapominają o całym świecie, schowani za książkami!

Kontrast, jaki od początku przykuł moją uwagę, okaże się wkrótce słowem najlepiej opisującym paryski świat. Im dłużej wędrowałam po mieście, tym coraz bardziej uświadamiałam sobie, że tę metropolię tworzą jakby dwa światy: przeszłość przeplata się z teraźniejszością, bogactwo miesza z ubóstwem a sztuka wielkich mistrzów wplątana jest w sztukę ulicy. Co więcej, gdy spod Opery Garnier wyruszyłam w stronę Luwru, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu odkryłam, że to wielkie miasto, gęsto pokryte kamienicami, kryje w sobie także wiele zieleni. Park, w jakim po kilkunastu minutach spaceru się znalazłam, wydawał się ciągnąć w nieskończoność - wiedząc, że nigdzie mi się nie musi śpiesSpacerkiem po Paryżu...zyć, wolno wędrowałam szerokimi alejkami, zatrzymując się co jakiś czas przy intrygujących mnie rzeźbach czy fontannach. Minęła godzina, może nawet dwie, a ja wciąż nie miałam ochoty na zwiedzanie miasta - dopiero widok wielkiego budynku w oddali sprawił, że zaciekawiona przyśpieszyłam kroku. W ten oto sposób po raz pierwszy zobaczyłam fragment potężnego kompleksu muzealnego, Luwru, co też od razu uświadomiło mi, że chwilę wcześniej zwiedzałam nie żaden park, a słynne ogrody Tuileries.

Luwr na dłuższą chwilę mnie zatrzymał, i nie pozwolił na dalszą wędrówkę. Krążyłam między budynkami, oglądając z zewnątrz architekturę i liczne płaskorzeźby, nie zapominając oczywiście o znanej Piramidzie (samo zwiedzanie muzeum zostawiłam sobie na kolejny dzień). Spod Luwru zawróciłam nad Sekwanę, i przez jakiś czas spacerowałam sobie wzdłuż rzeki, to skręcając w jakąś uliczkę, to znów przechodząc na drugą stronę przez bogato rzeźbione mosty. Zerkałam do wnętrz kamienic, siadałam na murku by chwilę pooddychać klimatem miasta, stawałam zasłuchana w ulicę muzycznych grajków. Minęłam kilka budynków rządowych, muzeum d’Orsay, wyglądające na pałace wielkie budowle i po jakimś czasie odeszłam od Sekwany, by podążyć w kierunku migocącej mi z daleka Wieży Eiffla. Wieża ciekawiła mnie od dawna. Znałam ją tylko ze zdjęć, i nie mogłam zrozumieć co ludzie widzą w ogromie żelastwa, jakie góruje nad Paryżem. A jednak? Coś w tym żelastwie jest, bo sama siedziałam sobie dłuższą chwilę na ławeczce, przypatrując się od wewnątrz intrygującej mnie konstrukcji!

Tam też zastał mnie wieczór. Trudno opisać, jak sam Paryż wygląda nocą - odrobina światła wystarczy, by miasto zmieniło swój „kształt”, klimat i kolorystykę! Na szczęście metropolia po zmierzchu ożywa na nowo, więc do późnych godzin nocnych kawiarniane ogródki zapraszają spragnionych odpoczynku (i nutki romantyzmu) turystów. Szkoda tracić czas na sen! Choć momentami można odnieść wrażenie, że… sami śnimy na jawie.

Drugi dzień mojego pobytu w Paryżu wypełniło zwiedzanie. Znów ruszyłam spod Opery Garnier, ale tym razem trafiłam na Plac Vendome. Cóż, jestem kobietą, więc wystawy znanych Spacerkiem po Paryżu...butików i hotel Ritz przykuły największą moją uwagę…a dopiero nieco później podniosłam głowę, by spojrzeć z dołu na górującego nad placem Napoleona.

Potem po raz kolejny dałam się nieść pełnym magii i tajemniczości uliczkom, zwiedzając nieco chaotycznie porozrzucane wszędzie zabytki. Przeszłam się Champs-Élysées i Rue de Tivoli, zobaczyłam plac de la Concorde, zwiedziłam kilka kościołów (w tym słynne
Sainte-Chapelle), z zewnątrz podziwiałam zamkniętą Katedrę Notre-Dame i, już niestety tylko z oddali, Sacre Coeur oraz Łuk Triumfalny. Centrum Pompidou, Montmartre czy Cmentarz Père-Lachaise zdecydowałam się zostawić na inny weekendowy wypad do Paryża.
Czas pędził nieubłaganie, a mnie czekała jeszcze dwugodzinna wizyta w Luwrze, obiad we włoskim stylu (za to z francuskim winem) i wieczorny koncert.

W niedzielny poranek, po krótkim spacerze, musiałam się już pożegnać z Paryżem. Nie udało mi się poznać miasta w jeden weekend. Uchwyciłam jedynie coś z klimatu tej metropolii. Niewielki element wielkiej układanki – by mieć wyobrażenie całości, jeszcze muę do Paryża nie raz powrócić.
Może za jakiś czas będę mogła powiedzieć, że znam to miasto?

Jak na razie, wciąż za nim tęsknię. Za tym artystycznym, nieco snobistycznym światem, gdzie tak naprawdę dzień się zaczyna gdy część Europy już śpi… a którego barwne, różnorodne „odbicia” doskonale pokazane zostały w filmie „Zakochany Paryż”.

Anna Curyło

Redakcja poleca

REKLAMA