Expedycja III Sey Kraków-Pekin 2008

Expedycja dla poszukiwaczy wrażeń.
/ 18.07.2009 13:48
Expedycja dla poszukiwaczy wrażeń

Przygoda, szczypta adrenaliny, prędkość, całe dni w trasie, a na horyzoncie tylko droga – o czym więcej marzyć? Po miesiącach pracy w Holandii, miałem ochotę zrobić coś szalonego. Wyprawa na koniec świata? – czemu nie! Gdy dotarła do mnie informacja o inicjatywie serwisu www.zaile.pl (organizator i właściciel marki EVENT EXPEDYCJA) i Expedycji III Sey Kraków-Pekin 2008, wiedziałem, że to moja szansa.

Dopinanie na ostatni guzik – czyli zmiany i przygotowania

Początkowo Expedycja III miała być, tak samo jak wcześniejsze, samochodowa. Mieliśmy pokonać 12 tysięcy kilometrów, siedząc za kółkiem Seyczento, oblepionego z góry na dół logami naszych sponsorów. Jednak po wielu konsultacjach, wymianie zdań, pozbieraniu spostrzeżeń i opinii, wspólnie z organizatorem zmieniliśmy ideę wydarzenia. Zasadniczym argumentem okazał się fakt, że podróż samochodem europejskiej marki mogłaby być o tyle ryzykowna, że w przypadku awarii trudno byłoby znaleźć odpowiednie części. W krajach na naszej trasie 90% samochodów, a więc i serwisów z nimi związanych to klasyczne „japońce”. Podróż własnym autem więc odpadła. Zamieniliśmy je na większą ilość i różnorodność środków transportu – postawiliśmy na autostop. Brzmi ekstremalnie? – i o to chodziło!

Expedycja III Sey Kraków-Pekin 2008

Szybko dogrywaliśmy szczegóły. Dzięki naszemu głównemu sponsorowi – www.shoshon.pl, zostaliśmy ubrani od stóp do głów i zaopatrzeni w profesjonalny sprzęt turystyczny. Niezawodne wydawnictwo Pascal dostarczyło nam przewodników. Wizy – mongolska i chińska, udało nam się załatwić bez żadnych problemów. Trochę bardziej trzeba było pokombinować przy zdobywaniu vouchera i wizy rosyjskiej, ale przy pomocy biura turystycznego i to zorganizowaliśmy dość sprawnie. Dalej pakowanie - paczka lekarstw, plik dolarów na doraźne potrzeby, dwa konta do wypłaty lokalnych walut, preparaty do dezynfekcji, mapy, rozmówki i przewodniki, trochę jedzenia, ciepłe ciuchy, śpiwory – wszystko to miały pomieścić nasze autostopowe plecaki. Aparat Nikon D 80, który miał być naszymi drugimi oczami w czasie wyprawy, schowany został do starej, wojskowej torby podręcznej – lepiej żeby nie kusił złodziejów.
Nawet nie zauważyliśmy jak zastał nas listopad – zima zbliżała się nieubłaganie. Przed sobą mieliśmy 12 tysięcy kilometrów, na mapie, narysowanych kilkanaście możliwych tras, a w głowach pytanie – zdążymy przed świętami?

Czas ruszać – z samochodu do samochodu
Start okazał się nadspodziewanie prosty  - parę niepewnych machnięć kciukiem na poboczu wylotówki z Krakowa, skończyło się podwiezieniem pod samą granicę polsko-ukraińską samochodem marki Mazda. Przejście graniczne tylko dla pojazdów, wymusiło na nas łapanie kolejnych kierowców. Mamy szczęście! Dalsze autostopowanie  to w większości samochody osobowe, cały przekrój typów (90% japońskie, nierzadko
z kierownicą po prawej stronie) daleko i krótko bieżne. Z ciężarówkami było ciężej – jeśliby stosować się do przepisów, to oprócz kierowcy do kabiny mogła wejść maksymalnie jedna osoba. A nas było dwoje. Nie przeszkodziło to jednak Wladimirowi – sympatycznemu kierowcy rosyjskiego tira, wziąć nas pod swoją opiekę na 1250 kilometrów. To właśnie z nim przyszło nam tez przeżyć naszą pierwszą poważną awarię na trasie. Problemy ze skrzynia biegów w naszej ciężarówce marki Czestnik przerzuciły się na totalną awarię reduktora. Na mrozie , w błocie i w egipskich ciemnościach podkładałem olbrzymi (20 kg!) kloc pod tylne koła naszego 20 tonowego giganta, który łapiąc od czasu do czasu bieg podjeżdżał na szczyt wzniesienia, po czym, po 100 metrach stawał. Ruski serwis w wykonaniu Wladimira okazał się bezcenny – metr zardzewiałego drutu, opiłowane śruby i drewniany kołek wystrugany z gałęzi, załatwiły sprawę. Pozostały odcinek (200 km) spędziliśmy z duszą na ramieniu. Niestety, koła, które nam „uleciało” 20 km przed celem, nie zdołaliśmy ani uratować ani nawet odnaleźć…
Mimo iż stan techniczny „naszych pojazdów”  pozostawiał wiele do życzenia (rozbite przednie szyby, szerząca się rdza, zepsute światła, brak lusterek), ufaliśmy ich właścicielom. Każdy kierowca przyjmował nas bardzo miło, a po naszym wytłumaczeniu, że „my w Kitaj”, dodatkowo z wielkim uśmiechem i ciekawością.

Co to za przygoda bez nagłych przeszkód?

Zarówno humory kierowców, jak i jakość dróg zdawały się nam sprzyjać. Jedynie dwa odcinki pozostawiły w nas nieprzyjemne, poturbowane wspomnienia – podziurawiony Ural i niespodziewany koniec krajowej drogi w Mongolii, gdzie w miejsce asfaltu pojawiła się cała siatka pustynnych dróg – i jazda na azymut. A łapanie okazji w środku pustyni czy stepu może być naprawdę ryzykowne. Zimowa pogoda mroziła nam w kilku odcinkach krew w żyłach, a -25 stopni sprzyjało jedynie marzeniom o ciepłym domku. W Chinach, które okazały się najlepiej zorganizowanym krajem pod względem jakości dróg, spotkaliśmy się za to z zupełnym niezrozumieniem idei autostopu. W pewnym momencie mieliśmy dość tłumaczenia na migi, że „wcale nie chcemy na dworzec tylko do Pekinu!”. Z każdej z tych sytuacji ratował nas stary, poczciwy, posapujący pociąg. Szkoda nam było rezygnować z autostopu na rzecz bardziej tradycyjnych środków transportu, ale musieliśmy przecież pamiętać o naszym celu! Rosję pokonaliśmy w 15 dni, Mongolię - w 4, a w tempie nadawanym nam przez nierozumiejących Chińczyków do Pekinu dotarlibyśmy może za miesiąc. Nic z tego – myśleliśmy i przesiadaliśmy się do pociągu. „Niepokonani”- chciałoby się zanucić...

Adrenalina i inne przyjemności
Co wspominam najintensywniej? Adrenalinę, która burzyła w nas krew przez całą podróż. Czy nasz kolejny dobroczyńca nie okaże się z mafii? Czy nie przyczepi się do nas milicja? Czy nie zgubimy się gdzieś pośrodku niczego? Czy nie zamarzniemy? Czy zdążymy przed nocą? Co z nami będzie za chwilę? To wszystko nadawało naszym dniom posmak nieznanego, niespodziewanego i nieprzewidywalnego. Na szczęście, spełniły się nam tylko te różowe scenariusze. Znajomi twierdzą, że mieliśmy farta – my, że pomogła nam otwartość, uprzejmość i zrozumienie ze strony napotykanych ludzi.
Dzięki tej niesamowitej otwartości innych kultur, możemy teraz powiedzieć , że idea EXPEDYCJI III została zrealizowana: dialog międzykulturowy towarzyszył nam na każdym kroku, a nawiązanych przyjaźni nigdy nie zapomnimy. Wesołe konwersacje z kierowcami w różnych językach, nie wyłączając migowego oraz wieczorne biesiady z naszymi gospodarzami z cauchsurfingu wspominamy do dziś.
Jednym zdaniem – niczego nie żałujemy i polecamy wszystkim!


Witold Rybski/team Expedycji III Sey Kraków-Pekin
www.zaile.pl

Redakcja poleca

REKLAMA