Ku przestrodze! Zastanówcie się dwa razy zanim sięgniecie po...

Weźcie przykład z koleżanki i (raczej) nie róbcie tego w domu.

fot. Ula Bugaeva

Od czego by tu zacząć. Może od tego, że za głupotę trzeba płacić? I to słono.

Jakiś czas temu wymyśliłam sobie (nie, nie miałam wtedy 15 lat, tylko dwa razy tyle), że będę wzbogacać składy kosmetyków, głównie kremów do twarzy, zakupionymi w sklepie internetowym "suplementami". Zamówiłam od razu kilka składników m.in. kwas hialuronowy, olej kokosowy i kwas mlekowy (oczywiście do razu w najwyższym stężeniu). Skąd w ogóle taki pomysł? Odkąd zaczęłam dokładnie czytać etykiety każdego kremu, który stoi na półce w mojej łazience zauważyłam, że najcenniejsze składniki są niemal zawsze na końcu listy, czyli - jest ich najmniej. Nie wiem dlaczego nie wpadłam na pomysł, żeby poszukać po prostu innych, gotowych już kremów o bogatych składach (co wcale nie idzie w parze z wyższą ceną). Może testowanie gotowych kosmetyków już mi się znudziło i szukałam czegoś nowego? Chciałam poeksperymentować? To chyba najlepsze wytłumaczenie i, dla mnie, bardzo typowe. Uwierzcie, nie chcecie znać tysiąca historii z farbowaniem włosów w domu czy przygód z samoopalaczami przeznaczonymi do profesjonalnych salonów.

Czy drogi krem to dobry krem?

A tak na marginesie, nic dziwnego, że kwasu mlekowego nie ma w kremach w takiej ilości, w jakiej sobie wymyśliłam (nie pytajcie, dlaczego nie dało mi to do myślenia). Jak się później miałam okazję przekonać, pewnie dlatego, że potrafi WYPALIĆ pół twarzy.

Ale od początku. Pewnego wieczoru postanowiłam, że pobawię się w małego chemika. Dodałam kilka kropli kwasu hialuronowego do kremu na noc i nałożyłam na skórę. Efekt? Świetny! Wiadomo, pierwszy sukces, więc poszłam za ciosem i eksperymentowałam dalej.

Do czasu. Skoro z kwasem hialuronowym poszło tak dobrze, to pora na większy kaliber. O kwasie mlekowym wiedziałam tylko tyle, że ma działanie złuszczające i że miesza się go w jakiś tam proporcjach z wodą. No ale przecież nie będę czekać na efekty w nieskończoność, więc... nie będę go mieszać z niczym. Zwilżyłam kwasem mlekowym (w stężeniu 80%) wacik i przemyłam twarz. Trochę piekło, ale mnie piecze niemal każdy tonik, więc od razu to zignorowałam. Zostawiłam wszystko do wchłonięcia (na drugi dzień przeczytałam, że kwas mlekowy należy zmyć po 10 minutach). Nałożyłam krem i poszłam spać.

Już jak się obudziłam czułam, że jest źle. Bardzo źle. Twarz była sucha i ściągnięta. Pobiegłam do lustra i zobaczyłam, że moja buzia pokryta jest czerwonymi plamami. Cała. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby szczątki papieru ściernego ze szlifierki wystrzeliły w kosmos odbijając się przy okazji od mojej twarzy. Jednym słowem: pobojowisko. "Boże, co ja sobie zrobiłam! Kwas, kwas, kwas... Przecież niedawno słyszałam o poparzonej kwasem dziewczynie, której pomogła tylko operacja. Dlaczego wcześniej sobie o tym nie przypomniałam?! Zadzwonię do mamy, na pewno coś poradzi. Nie, nie mogę do niej zadzwonić, bo ręce jej opadną. Dobrze, więc co teraz?!"

"Dziewczyny, nie będzie mnie dzisiaj w pracy. Schodzi mi z twarzy skóra, załatwiłam się kwasami". Taką wiadomość wysłałam z samego rana do koleżanek z redakcji. Owszem dostałam parę słów otuchy, ale co z tego, kiedy ja już myślałam tylko o tym, że może mi pomóc jedynie obrzydliwie droga operacja w Stanach, na którą pewnie nigdy a przynajmniej nieprędko, będzie mnie stać?!

Pantenol! Nagle przypomniałam sobie, jak ratował moje poparzone słońcem ciało. Bez zastanowienia nałożyłam na całą twarz. Co za ulga! Kolejna warstwa. I kolejna. Wszystko wchłaniało się błyskawicznie, ale niestety, plamy nie znikały. "Na pewno potrzeba czasu". Posmarowałam twarz mocno nawilżającym kremem, takim przeznaczonym specjalnie do cery po agresywnych zabiegach medycyny estetycznej i poszłam spać.

Dzień drugi. Nie jest lepiej. Powiedziałabym, że nawet trochę gorzej. Zaczyna mi schodzić skóra. Rozbeczałam się kolejny już raz. "Przynajmniej nie oszukiwali, że dobrze złuszcza..." Sytuacja zrobiła się na tyle krytyczna, że odważyłam się wyjść z domu. Poszłam do apteki. Powiedziałam o swoim problemie pani farmaceutce, która popatrzyła na mnie z politowaniem i wręczyła maść Alantan. Kolejny mail do koleżanek z redakcji, że znów mnie nie będzie. Tym razem ich słowa pocieszenia przeplatały się z cichym podśmiewaniem. "Oj Machnicka Machnicka, coś Ty znowu wymyśliła. Na pewno nie jest tak źle". Nie no jasne, od trzech dni nie pokazałam się NIKOMU, bo wyglądam jakby mnie coś pożądliło. Pewnie zostanie już tak na zawsze.

Trzeci dzień - to samo. Do tego łuszcząca się do tej pory skóra, zaczęła odpadać płatami. Beczałam z przerwami do końca dnia. I pół nocy.

Czwarty dzień. Poprawa! I to znaczna! Mieszanka alantanu, pantenolu, wody termalnej (Avene, dzięki!) i maści z witaminą A sprawiła, że plamki zbladły. Co prawda bardzo delikatnie, ale widziałam światełko w tunelu. Skóra zaczęła powoli wracać do swojego stanu sprzed eksperymentów. Piątego dnia pojawiłam się w pracy. Nie było jeszcze idealnie, ale pośmiałyśmy się trochę ze mnie. "Redaktor działu Uroda, zrobiła sobie krzywdę kwasami. Na własne życzenie. Przez własną głupotę! Brawo!"

W całej tej historii najśmieszniejsze jest to, że moja cera po dwóch tygodniach wyglądała świeżo i promiennie jak nigdy wcześniej! Ale nie będę już eksperymentować z kwasami. Chyba, że kupię małą buteleczkę z najmniejszym stężeniem?

Tagi: kosmetyki
Nietypowe kosmetyki – czym zaskakują?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
Df/3 tygodnie temu
A biedne zwierzaki na ktorych sa testowane kosmetyki wlasnie tak cierpia
ewa/3 tygodnie temu
ciekawe doświadczenia , czekam na ciąg dalszy