Styl Kasi Glinki

Kasia Glinka wszędzie jeździ na rowerze. Perfumy zmienia jak rękawiczki. Na poprawę humoru kupuje sobie kremy. Szuka kosmetyków ideałów, bo wie, że większość mankamentów urody można poprawić za pomocą makijażu.

Do niedawna kojarzyliśmy ją z reklamą Canal+. Ale po programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” jej kariera nabrała tempa. Właśnie gra w serialu „Barwy szczęścia”. Jest drobna, promienna, zupełnie jak mała dziewczynka. Świeża cera, opalona, niemal bez makijażu. Bije od niej pozytywna energia. Ciągle się uśmiecha. Na nasze spotkanie wybrała knajpkę Pędzący Królik, bo jest fanką książki „Alicja w Krainie Czarów”.

– Niedawno obchodziłaś 30. urodziny? To był trudny moment?
Nie! Mam teraz dobry czas. Spełniają się moje marzenia.

– Po imprezie pobiegłaś do salonu na zabieg odmładzający?
Nie! W takich miejscach bywam rzadko. I nie jest to żadna kokieteria ani abnegacja. Ja po prostu szybko się denerwuję i nużę, spędzając dłuższy czas w jednym miejscu. Nawet jeśli zdecyduję się wyjść do kosmetyczki, to po pół godzinie wszystko mnie drażni. Mam ochotę wstać z fotela, skakać, chodzić, po prostu zacząć się ruszać. Dlatego tak naprawdę lubię dbać o siebie w domu, spędzając w swojej łazience tyle czasu, ile potrzebuję.

– Rozumiem, że nie spotkamy cię w luksusowym spa?
Nie, to nie tak. Czasem zdarza mi się odwiedzać spa, ale zdecydowanie wolę aktywny wypoczynek. Wyjeżdżając, zabieram do samochodu rower, narty albo buty do chodzenia po górach. Nie znoszę na wakacjach spać i leniuchować. Podróże to jedna z moich największych pasji. Co roku planujemy razem z mężem nową wyprawę w dalekie regiony. Nie przesiadujemy jednak w hotelach pięciogwiazdkowych, nie korzystamy z usług biur podróży, nie jeździmy do znanych kurortów.

– Która z twoich podróży zrobiła na tobie największe wrażenie?
Afryka. Spałam w namiocie, na plecach czułam oddech zwierząt. Absolutnie fascynująca była dla mnie dzikość przyrody i w ogóle dzikość życia. 

– Z Afryki przywiozłaś taką piękną opaleniznę?

Nie. Ja po prostu mam ciemną karnację.

– Nie wierzę – pewnie była odrobina samoopalacza lub wizyta w solarium.

Przyznaję się, chodzę czasem do solarium (nie częściej niż raz w miesiącu), chociaż wiem, że nie jest to zdrowe. Ono poprawia mi samopoczucie, to taka namiastka słońca zimą.

– Twoja dieta?
Staram się zdrowo odżywiać. Nie wpadam w skrajności. Nie liczę codziennie kalorii, nie głoduję.

– Ale dziś spotkałyśmy się w południe, a ty na śniadanie zamówiłaś tartę cytrynową. To przecież nie jest racjonalne odżywianie.

Dlatego mówię, że... się staram. Przyznam też, że największe posiłki jem wieczorami. Głównie są to sałatki i grillowane mięso oraz warzywa. Schabowy czy bigos z ziemniakami nie wchodzi w grę. No, może raz na jakiś czas, kiedy przyjeżdżam z wizytą do mamy.

– I popijasz zieloną herbatę...

Mój faworyt to japońska z prażonym ryżem. Naprawdę polecam! Nauczyłam się ją pić w Stanach. Kiedy wróciłam, przez lata szukałam tego smaku.

– A co robisz, jak trochę przytyjesz?
Raczej nie tyję. Właśnie dlatego, że bardzo dużo się ruszam, mój metabolizm cały czas jest pobudzony. Nie lubię siłowni, bo jest dla mnie zbyt statyczna. Chętnie natomiast gram w squasha i tenisa. Wieczorem po dniu pracy zamiast oglądać telewizję, idę na basen. Latem niemal obsesyjnie jeżdżę na rowerze. Ruch sprawia, że moja energia się odradza.


– Obsesyjnie jeździsz na rowerze – co to znaczy?
To, że nawet do teatru podróżuję właśnie w ten sposób. To jest sport, który uprawiam latem zdecydowanie najchętniej.

– Masz przyjaciółkę?
Oczywiście! Nie mogłabym żyć bez przychylnych kobiet. Bo przyjaciółki są po to, żeby porozmawiać o tym, o czym się nie da pogadać z mężem. Choćby o kosmetykach. Ale tak naprawdę to my, kobiety, jesteśmy inaczej skonstruowane niż mężczyźni. Lubimy wszystko rozkładać na czynniki pierwsze, a oni lubią załatwić problem. Oni nie rozwodzą się nad tematem, a my czasem potrzebujemy się wygadać.

– A lubisz chodzić z koleżankami na zakupy?
Chodzę sama, nigdy nie zabieram koleżanek. Z doświadczenia wiem, że zakupy z przyjaciółką pochłaniają wiele czasu. Ponieważ potrafię określić swój styl, od razu widzę w sklepie na wieszakach, co mi się podoba, a co nie.

– Co zwykle wybierasz?
Wygodę, choć staram się jednocześnie wyglądać kobieco. Na co dzień nie noszę żakietów, płaszczy i szpilek. Choć oczywiście wiem, że przy moim wzroście przydałyby się porządne obcasy.

– Zatem w twojej szafie jest więcej sukienek niż spodni?
Odwrotnie. Zazwyczaj są to dżinsy, do których dobieram ciekawy top.

– Czy to prawda, że ubierasz swojego męża? Kupujesz mu ciuchy?
Mamy pewien układ. Kiedy ja robię zakupy dla siebie, przeglądam też męską garderobę i odkładam to, co może mu się spodobać. On idzie do sklepów następnego dnia, mierzy i wybiera.

– Jesteś racjonalistką zakupową?
Czasami zdarza się, że bluzka, którą założyłam tylko kilka razy, po prostu mi się znudzi, więc kupuję nową.

– Często oddajesz kupione ubrania?
Zdarza się. Jak wracam do domu i przymierzam na spokojnie to... okazuje się, że dałam się ponieść emocjom. Natomiast żeby poprawić sobie humor, najczęściej idę do Sephory.

– Co wtedy jest na początku twojej listy?
Mam fioła na punkcie nowych kremów do twarzy. Lubię też kupić sobie dobre serum, maseczkę, coś pod oczy.

– Obecnie na twojej półce pod lustrem stoją...

Krem Bienfait Multi-Vita, Lancôme, oraz AA Prestige, Oceanic. Dla mojej cery nawilżanie jest niesłychanie ważne, bo na planie i w teatrze muszę mieć mocny makijaż. Do ciała od lat służy mi oliwka Johnson & Johnson. Natomiast balsamów nie używam wcale.

– Dziś jesteś prawie nieumalowana?

Na co dzień maluję tylko rzęsy i nakładam róż na policzki. Staram się, żeby to było tylko delikatne muśnięcie pędzla, bo nie lubię efektu zmalowanej lalki. Długo szukałam idealnego kosmetyku. I w końcu znalazłam rozświetlający i dyskretny róż Chanel. Zawiera iskrzące się drobinki i naprawdę subtelnie modeluje kości policzkowe.

– A jak oglądasz siebie na ekranie, to podoba ci się to, co widzisz?
Każda kobieta zna swoje słabe punkty. Ale ja staram się tuszować te mankamenty już na etapie robienia makijażu.


– Rozumiem, że nie zdradzisz, jakie to mankamenty?
Dobrze, powiem. Kiedy śpię w dusznym pomieszczeniu, to bardzo puchną mi oczy. Zwłaszcza w zimie, kiedy kaloryfery wysuszają powietrze. Czasem zaczynamy zdjęcia o godzinie szóstej rano i bywa tak, że powieki „nie zdążą dojść do siebie”. Wtedy nie wyobrażam sobie życia bez korektora pod oczy YSL. Bardzo praktyczny, naciska się go jak długopis.

– Podobno Glinka słynie z tego, że nie rozbiera się przed kamerą?

(Śmiech) Szczerze mówiąc, nie chcę już o tym rozmawiać. Kiedyś powiedziałam, że mam problem z nagością przed kamerą i wywołałam lawinę pytań.

– Czyli zmieniłaś zdanie?
Dalej mam ten problem. Ale... gdybym dostała jakąś ciekawą rolę, w której byłyby sceny rozbierane, to pewnie przełamywałabym swoje ograniczenia i wstyd. Bo na tym polega przecież praca aktorki. 

– Zawsze byłaś wstydliwa?
Zawsze. Pamiętam z dzieciństwa, że kiedy mama wchodziła do mnie do łazienki, to strasznie się na nią złościłam. Nigdy też na plaży nie opalałam się toples.

– Ale tak naprawdę lubisz przełamywać swoje ograniczenia?
Lubię nowe wyzwania – dodają mi skrzydeł i dostarczają adrenaliny. Program „Gwiazdy tańczą na lodzie” był tego przykładem. Pozwolił mi spełnić dziecięce marzenie. Pamiętam, że uwielbiałam oglądać mistrzostwa u sąsiadki w kolorowym telewizorze. Tańczyłyśmy potem z kuzynkami na dywanie, udając łyżwiarskie pary.

– Jesteś uparta?
Tak, jak wielu zodiakalnych Baranów. Jak coś mi nie wychodzi, to robię wszystko, by się w końcu udało. Fajne uczucie, kręcić piruet, który kiedyś wydawał ci się... kosmosem.

– Nigdy w siebie nie wątpisz?

Pamiętam, że kiedyś miałam pół roku przestoju w pracy. Wtedy przyszło zwątpienie i pojawiła się myśl: „Może powinnam zacząć robić coś innego!?”. Ale zawsze, gdzieś tam w środku, czułam, że granie to jest moja droga.

– Co robiłaś w tym czasie przestoju?
Nie czekałam, aż gwiazdka spadnie mi z nieba. Tylko brałam swoją teczkę i szłam na rozmowy z dyrektorami teatrów. I dzięki temu dostałam angaż w Teatrze Polskim, a chwilę później w Teatrze Kwadrat. Wtedy poczułam, że sami mamy wpływ na swój los. Ważne, by się nie poddawać i żeby wierzyć w siebie.

– Po szkole teatralnej pojechałaś szukać szczęścia za oceanem. Postanowiłaś wrócić, mimo że poważna agencja zaproponowała ci zdjęcia próbne. Czym się wtedy kierowałaś?

Propozycja padła, kiedy miałam już kupiony bilet powrotny. Czym się kierowałam? Na pewno nie była to zimna kalkulacja. Kiedy chodzi o ważne sprawy, włączam różne zmysły. Trochę „używam nosa”, trochę inteligencji... Poza tym w Polsce czekał na mnie mężczyzna, który w końcu został moim mężem.

– Co robisz, by czuć się atrakcyjnie?
Szukam harmonii. Jak się dobrze czujesz sama ze sobą, to energia od ciebie emanuje i ludzie ją dostrzegają. Zauważyłam, że im bardziej jestem pogodzona ze sobą, im mniej mam do siebie pretensji o to, co zrobiłam, jak zrobiłam, tym więcej pozytywnej energii wysyłam w świat. I mam wrażenie, że ona wraca.

– A co ci pomaga w osiągnięciu harmonii?

Podróże. Wtedy obserwuję, jak żyją inni ludzie. Nauczyłam się nie narzekać.

– W jaki sposób znajdowałaś w sobie siłę, kiedy ci się nie udawało?

Wiem, że jak się czegoś bardzo chce, to się spełni. Trzeba wierzyć w siebie, mieć marzenia oraz chcieć je zrealizować. Wolę zrobić coś i się przejechać, niż nie zrobić kompletnie nic i potem żałować.

Rozmawiała: Iwona Zgliczyńska
Co Joanna Horodyńska mówi o swoim stylu?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)