Pakowanie to wyzwanie

W piątej torbie jechała cała perfumeria: zmywacz do paznokci, trzy flakony perfum, peeling, serum, maseczka, maska do włosów…

fot. ALAMAKOTA
Ile walizek można ze sobą zabrać na trzydniowy wyjazd? Jedną, góra dwie…? Tak myślisz? Moja koleżanka Magda za każdym razem taszczy z sobą pięć (sic!) toreb.

No coż, jest po prostu bardzo przezorną dziewczyną, która ma fioła na punkcie własnego wyglądu i perfekcjonizm przekraczający granice zdrowego rozsądku. Ostatnio jechałyśmy razem do Krynicy na majowy weekend. I tak: w największej walizce Magdy jechały ciuchy – absolutnie na każdą okazję, jaką tylko można sobie wyobrazić, łącznie z zasiadanym obiadem u królowej angielskiej. W drugiej – buty (kowbojki, japonki, balerinki i kalosze, choć pogoda miała być jak drut). W trzeciej – ulubione książki (kilka!), a między nimi owsiane ciasteczka, butelka wina i dietetyczny chlebek (przynajmniej zdrowo). W czwartej torbie – sprzęt fotograficzny (to byłabym w stanie zrozumieć, gdyby nie fakt, że Magda robi potem zdjęcia komórką), no i w piątej – cóż by innego – kosmetyki! A w zasadzie cała perfumeria. Kolekcje makijażu letniego i zimowego, nawet karnawałowego. Zmywacz do paznokci, zestaw lakierów, trzy flakony perfum, peeling, serum, maseczka, maska do włosów (o suszarce, prostownicy do włosów i elektrycznej szczoteczce nie wspominając)… Po prostu pełne spa walizkowe w wersji mini (mini?!).

Na wyjazd wybrała się też z nami Jolka. Kompletne przeciwieństwo Magdy. W pakowaniu minimalistka. Ba, harcerka. Na trzydniowy wyjazd spakowała się w tę samą torebkę, z którą chodzi codziennie do biura. W niej miała bieliznę na zmianę, dwa T-shirty, dezodorant i szczoteczkę do zębów. – Zawsze mogę coś dokupić – odpowiedziała, gdy zasugerowałam jej, że może przydałoby się coś na specjalną okazję, na załamanie pogody lub na niespodziewaną randkę. Potem jednak, gdy ja i Magda taszczyłyśmy swoje walichy (ja jedną, ale za to XXL), zazdrościłyśmy Jolce, że szła sobie lekkim krokiem, zadowolona, nieskrępowana… Rano nie musiała nerwowo grzebać w walizce, a jej rozpakowanie zajęło jakieś 30 sekund – tyle samo, ile wcześniej pakowanie.

I pomyśleć, że ja dopiero niedawno nauczyłam się pakować dzień przed wyjazdem, a nie trzy dni wcześniej (nie warto, ciągle zmieniasz zdanie, atmosfera w domu staje się nerwowa). Teraz robię to wzorowo. Układam rzeczy do zabrania na łóżku – od razu w kompletach. Planuję matematycznie: to na rano, to na wieczór, to na plażę. Nic dodać, nic ująć. Oczywiście i tu można się przejechać, np. wtedy, gdy poplamiłam barszczykiem jedne jedyne spodnie! No, ale przecież – jak mówi Jolka – zawsze można coś dokupić… (zresztą tę wymówkę często stosuję, zwłaszcza za granicą).

Zdecydowanie nie polecam natomiast pakowania na ostatnią chwilę. Magda, w ramach terapii „wyluzowywania”, postanowiła za namową Jolki spakować się tuż przed wyjazdem, rano. Efekt? Liczba walizek się nie zmieniła, za to ich zawartość tak: zamiast prostownicy do włosów (używa jej nawet pod namiotem) zabrała lokówkę, a miejsce lakieru zajął wrzucony w pośpiechu… sprej do odświeżania toalet. No, ale przecież zawsze można coś dokupić... Miłego (i bezbłędnego) pakowania na wakacje!


Anna Kondratowicz,
zastępca redaktor naczelnej URODY
Modowe Trendy – Boho
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)