Kinga Rusin - jej styl

Wygląda jak laleczka, ale interesy prowadzi twardą ręką. Jak o siebie dba i co lubi Kinga Rusin? Przeczytaj.

Kinga Rusin - jej styl fot. ONS
Uroda: Jesteś kobietą interesów, prowadziłaś firmę PR, wylansowałaś markę kosmetyków Pat&Rub by Kinga Rusin. Czy uważasz, że wygląd jest ważny w biznesie?
Kinga Rusin: Jest tak samo ważny, jak we wszystkich innych dziedzinach życia. Jak cię widzą, tak cię piszą, niezależnie od tego, czy pracujesz w sklepie, w telewizji czy prowadzisz biznes. Poprzez wygląd – strój, makijaż, fryzurę – przekazujemy informację o naszym stosunku do siebie i innych. Określamy się. Nie znaczy to wcale, że mój strój musi być sztampowy i przewidywalny. Czasami pozwalam sobie na "biznesowe szaleństwo", żeby nie było nudno.

U: W jakich ubraniach czujesz się najlepiej?
Kinga Rusin: W takich, w których mogę czuć się swobodnie, nie muszę się martwić, że się wygniotą i po prostu dobrze w nich wyglądam. Ważna jest dla mnie jakość materiałów. Niestety, to zazwyczaj idzie w parze z wysoką ceną. Ale zakładając po raz kolejny rzecz, która niezmiennie dobrze wygląda przekonuję się, że czasami po prostu warto więcej zapłacić. Jeżeli decyduję się przeznaczyć większą sumę na stroje, staram się wybierać rzeczy ponadczasowe. W mojej szafie markowe ubrania wiszą obok tych kupionych w sieciówkach.

U: Jakie marki cenisz najbardziej?
Kinga Rusin: Nie jestem przywiązana do jakiejś konkretnej marki. Muszę przyznać, że Włosi lepiej niż inni trafiają w mój gust i styl. Potrafią projektować ubrania kobiece i eleganckie. Może mają mniej fantazji niż Brytyjczycy czy Francuzi, ale też w związku z tym są bardziej bezpieczni. Gucci, Dolc&Gabbana, Prada, Max Mara czy ostatnio Deni Cler mają zazwyczaj propozycje, które mi odpowiadają. Na szczególne okazje zakładam czasami coś wystrzałowego, takiego jak sukienka Burberry Prorsum, którą miałam na gali Wiktorów. Na finał You Can Dance założyłam suknię Halston Heritage. To ulubiona marka Carrie Bradshaw, bohaterki filmu "Seks w wielkim mieście".

U: Często jeździsz za granicę w poszukiwaniu fajnych ciuchów?
Kinga Rusin: Nigdy nie pojechałam za granicę wyłącznie po zakupy. Jeżeli kupuję coś w innym kraju, to przy okazji jakiegoś wyjazdu. Większość potrzebnych mi rzeczy znajduję w Polsce. Jest coraz więcej miejsc, w których można znaleźć fajne ubrania, dobre buty czy torebki. Jeżeli czegoś nie mogę znaleźć, to jest jeszcze internet, a w nim chociażby net-a-porter.com. Jeżeli przez internet kupujemy ubrania znanych marek, korzystając z renomowanego serwisu, to raczej nie może być mowy o wpadce. Poza tym rzecz, która nie spełnia naszych oczekiwań można zwrócić. W sieci pojawiają się też inne ciekawe rozwiązania. Na przykład na stronie avenuedeparis.pl można wstawiać własne ubrania, które się znudziły i kupować nowe. Wszystko tam jest markowe i w dobrym stanie. Zdarza mi się też wymieniać ubraniami z koleżankami.

U: Czy udało ci się upolować coś fajnego podczas takiej wymiany?
Kinga Rusin: Moja przyjaciółka organizuje babskie wieczory, które nazywamy ciuchowiskami. Jest to powód do spotkania i dobrej zabawy, a przy okazji szansa na upolowanie ciekawego stroju. Zasada jest prosta. Przynosimy markowe ubrania, które są dobrej jakości, ale już się nam znudziły. Sprzedajemy je sobie za niewielkie pieniądze lub się nimi wymieniamy. Mam w szafie co najmniej kilka skarbów znalezionych na ciuchowiskach np. torbę, okulary, bluzkę, a nawet tak modny ostatnio pikowany, puchowy płaszcz. Kiedy go kupowałam miał jeszcze metkę. Po prostu był na jedną z koleżanek za mały. Wbrew pozorom nie szastam pieniędzmi na ciuchy i dodatki. Chociaż czasem robię wyjątki. Na 40. urodziny kupiłam sobie w Paryżu piękną torbę Louisa Vuittona. Wyjątkowy prezent na wyjątkową okazję...

U: Często robisz sobie prezenty?
Kinga Rusin: Lubię robić sobie prezenty. Jest to nagroda za osiągnięcie jakiegoś celu. Nie muszą to być ubrania. Zdarzyło mi się kupić z takiej okazji obraz, nowe siodło, a nawet... samochód. Mogłam sobie na niego pozwolić, kiedy moja firma kosmetyczna przekroczyła zaplanowane obroty. To niesamowita satysfakcja, kiedy ciężka praca zaczyna przynosić efekty.  

U: Kilka razy jako dziennikarka byłaś obecna na rozdaniu Oscarów. Czy kreacja jakiejś gwiazdy szczególnie utkwiła ci w pamięci?
Kinga Rusin: Żadna nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak kreacja Sharon Stone z gali w 1996 roku. Aktorka ubrana była w czarny golf marki GAP z krótkim rękawem i czarną długą spódnicę. Do bluzki miała przypiętą białą różę. Następnego dnia pod sklepami GAP ustawiły się długie kolejki. Czarnych golfów zabrakło w całych Stanach...

U: Jak przygotowywałaś się na galę?
Kinga Rusin: Szłam do second handu i szukałam czegoś długiego i błyszczącego. Dziś ze stylistką wybrałybyśmy pewnie kilka sukienek, skorzystałabym też z usług makijażystki i fryzjerki. Wtedy malowałam się i czesałam sama. Kiedy człowiek ma 25 lat, niewiele mu trzeba. Nie potrzebowałam sukienki od Prady.

U: Dziś potrzebujesz trochę więcej?
Kinga Rusin: Kiedyś szkoda mi było czasu na zajmowanie się strojami. Uważałam, żę matka dwojga dzieci ma więcej problemów na głowie niż głupie sukienki. W końcu dotarło do mnie, że skoro jestem osobą publiczną, ludzie oczekują ode mnie ładnego wyglądu. Odkryłam również, że szukanie ubrań, które pasują do mojej osobowości, sprawia mi wielką przyjemność. Poza tym, swojego czasu mój telewizyjny wizerunek został poddany krytyce mediów. Musiałam coś z tym zrobić. Doszłam do wniosku, że ubrania, które proponowali mi wtedy styliści, nie odpowiadają mojemu prywatnemu wizerunkowi. Rozumiem, że w telewizji musi być kolorowo i krzycząco, ale nie chciałam, aby ubranie stwarzało drugą mnie.

U: W twoim życiu ważną rolę odegrał taniec. Najpierw była wygrana w "Tańcu z gwiazdami", potem udział w programie "You Can Dance".
Kinga Rusin: Taniec wiele w moim życiu zmienił. Po pierwsze, dzięki godzinom spędzonym na parkiecie moja figura nabrała lepszych kształtów. Po drugie, taniec pomógł mi wydobyć ze mnie kobiecość, pozwolił mi lepiej poznać moje ciało i jego możliwości. Dał mi większą pewność siebie. Ćwiczyłam 4 miesiące po kilkanaście godzin na dobę, w sali pełnej luster. Zaczęłam być świadoma swoich ruchów, a także atutów. Zrozumiałam też, jak wiele można wyrazić postawą, wysoko podniesioną głową czy pewnym krokiem. Choć taniec był dla mnie przeżyciem jednorazowym, pozwolił mi inaczej spojrzeć na siebie. Uwolnił we mnie dużo luzu, a także kreatywności i energii.

U: Czy taniec pomaga pozbyć się kompleksów?
Kinga Rusin: W moim przypadku tak było. Zawsze wolałam się zakrywać, niż odkrywać. Na początku programu miałam problem, bo sukienki do tańca są dosyć skąpe. Wybieranie odpowiedniego stroju do rumby zajęło mi dużo czasu. W końcu znaleźliśmy suknię, która była do ziemi. W emocjach związanych z programem nie zwróciłam uwagi, że owszem, z przodu zakrywa ona wiele, ale z tyłu głównie odsłania. Dopiero na nagraniu zobaczyłam, że mam odsłonięte plecy i nogi. I okazało się, że wyglądam całkiem nieźle. Poza tym, w dzieciństwie chodziłam do ortopedy, bo miałam przeprost, czyli nadmierne wygięcie kolan do tyłu. Był to koszmar mojego dzieciństwa. Natomiast na samym początku programu Stefano Terrazzino zaprezentował moje nogi, jako wzorzec nóg tancerki. Przeprost wcześniej był źródłem kompleksów. Teraz, na parkiecie, stał się powodem do dumy.

U: Jak zaczęła się twoja przygoda z firmą kosmetyczną?
Kinga Rusin: Może zabrzmi to zabawnie, ale wszystko zaczęło się od "Tańca z gwiazdami". Kiedy się skończył, miałam potrzebę zagospodarowania siebie, swoich pomysłów, popularności i energii. To wszystko było prezentem od losu. Takich prezentów nie można lekceważyć. Dostałam kilka propozycji zostania twarzą kosmetyków. Ale ja chciałam stworzyć coś własnego. Podczas kręcenia programu, wzorem tancerek, bardziej zaczęłam dbać o ciało. To wszystko zbiegło się z poszukiwaniami kosmetyków, które są wyprodukowane z naturalnych składników,  działają skutecznie, idealnie się aplikują a także pięknie pachną.

U: W Polsce nie mogłaś takich znaleźć?
Kinga Rusin: U nas były tylko siermiężne, brzydkie mazie, które podczas utleniania się na skórze nieładnie pachniały. Okazało się, że na świecie istnieją wspaniałe kosmetyki eko. Razem z Magdą, która już wtedy prowadziła firmę kosmetyczną, postanowiłyśmy wspólnie założyć Pat&Rub by Kinga Rusin. Namówiłyśmy do współpracy wspaniałą, doświadczoną formulantkę i po roku ciężkiej pracy przygotowałyśmy 3 pierwsze serie po 8 kosmetyków. Sprzedaje nas, na zasadach wyłączności Sephora. Teraz, po czterech latach, Pat& Rub by Kinga Rusin oferuje ponad 120 produktów!

U: Jaki powinien być dobry kosmetyk eko?
Kinga Rusin: Powinien szybko i skutecznie działać, ale także wspaniale wyglądać i pachnieć. Musi być idealnie czysty, stworzony z komponentów pozyskiwanych z eko upraw, czyli miejsc, gdzie nie używa się żadnej chemii, powinien maksymalnie wykorzystywać to, co w naturze najlepsze.
Bo przecież nikt nie wymyślił niczego doskonalszego od samej natury. Kosmetyki naturalne, moim zdaniem powinny także wpływać na nasze zmysły. W Pat&Rub by Kinga Rusin zastosowałyśmy mini ajurwedę. W serii relaksującej są olejki, które naprawdę relaksują, czyli m.in. z kokosa, trawy cytrynowej, w serii rozgrzewającej jest olejek z goździków i pomarańczy. Sam zapach sprawia, że jest nam miło i ciepło. Kolejna ważna sprawa, to opakowania biodegradowalne. Żeby do końca być w zgodzie z naturą i nie szkodzić środowisku, producenci kosmetyków naturalnych powinni właśnie tak pakować swoje wyroby. Kosmetyki naturalne są coraz bardziej popularne i niektórzy nieuczciwi producenci chcą tę popularność wykorzystać. Reklamują swoje produkty jako eko, bio czy naturalne, a one wcale takie nie są. W kosmetyku prawdziwie naturalnym nie mają prawa znaleźć się żadne pochodne ropy naftowej, PEG-i, parabeny, siarczany, sztuczne zapach czy barwniki.

U: Trudno w dzisiejszych czasach uniknąć chemii.
Kinga Rusin: To prawda. Ale jeżeli jest się świadomym konsumentem, można dokonać świadomego wyboru. Kiedy weszłam w temat kosmetologii, przeraziło mnie, ile chemii jest w naszym życiu. Okazuje się jednak, że przy odrobinie wysiłku można jej uniknąć. Od pięciu lat używam naturalnych środków czyszczących, proszków, płynów i nawet wybielaczy. Zawierają one ekstrakty z roślin mających właściwości czyszczące i bakteriobójcze. Wybieram również jak najmniej przetworzone jedzenie. Moje córki nie piją napojów gazowanych ani soków z kartonów, tylko lemoniadę. Przygotowuję ją z wody sodowej, cytryny oraz syropu z agawy. Uwielbiają ją. To prawda, że ekologiczne produkty są trochę droższe, ale ja nie kupuję niczego zbędnego. Wolę jeść mniej, ale zdrowo.

U: Chodzisz do kosmetyczki lub do spa?
Kinga Rusin: Owszem korzystam ze spa, ale domowego i oczywiście używam kosmetyków Pat&Rub by Kinga Rusin. W naszej ofercie jest absolutnie wszystko, czego potrzebuję – pilingi, olejki do masażu, serum do twarzy, krem koloryzujący. Nie mam czasu na kosmetyczkę. Jedyną moją ekstrawagancją jest cotygodniowy masaż.

U: Po tygodniu ciężkiej pracy nie masz czasem ochoty spędzić całego dnia w spa?
Kinga Rusin: Wiesz, co na mnie najlepiej działa? Kiedy rano przebiegnę się po oszronionym Parku Łazienkowskim. Tam jest naprawdę pięknie, niezależnie od tego czy świeci słońce czy pada deszcz. Niedawno, po dość długiej przerwie wróciłam do biegania. To wciąga i uzależnia, ale jest uzależnienie pozytywne.

U: Prowadzisz sportowy tryb życia?
Kinga Rusin: Uwielbiam wiele sportów – jazdę konną, jazdę na rolkach, narty, tenis, kitesurfing. Nic mnie tak nie regeneruje, nie wprowadza w dobry nastrój, jak kontakt z naturą i ruch na świeżym powietrzu. W tym sezonie, jak co roku, planujemy już z przyjaciółmi obozy narciarskie. Mamy wszyscy sportowe zacięcie, więc na zawodach jak zwykle będzie zaciekła rywalizacja o miejsca na podium. Już się nie mogę doczekać.

U: Lubisz wygrywać?
Kinga Rusin: Lubię być pierwsza, kiedy walka jest czysta, a poprzeczka podniesiona wysoko. Ale nie rozpaczam, kiedy przegrywam z lepszymi.  

Z Kingą Rusin rozmawiała dziennikarka miesięcznika Uroda - Kasia Zielonka



 
 
Jak Joanna Krupa dba o swoją urodę
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)