Gosia Baczyńska

Mistrzyni mody. Od 10 lat przedstawia swoje kolekcje i za każdym razem odnosi sukces.

Choć jest introwertyczką, ma masę przyjaciół. Choć nie wierzy w siebie, wierzą w nią gwiazdy. Z okazji jubileuszu Gosi wystąpiły razem z nią w niezwykłej sesji.

- Grażyna Szapołowska powiedziała, że nie przebierasz kobiet, ale je ubierasz. To chyba wielki komplement dla projektanta.

Cieszę się, że tak powiedziała. Grażyna jest olśniewająca. Dla takiej kobiety w grę wchodzi tylko szlachetna, nowoczesna elegancja. Moda nie na tym polega, żeby przebierać, ale by wyeksponować to, co w człowieku najpiękniejsze. Każda z gwiazd, dla których miałam przyjemność projektować, jest fascynującą kobietą.

– Jesteś dumna z tego, że ubierasz największe polskie gwiazdy?
Nie mam poczucia, że je ubieram. W szafach mają przecież nie tylko moje sukienki. Cieszę się jednak, że tak stylowe kobiety pojawiają się na ważnych dla siebie okazjach właśnie w moich strojach. Pamiętam, jak Monika Brodka w mojej sukience śpiewała w Opolu, jak Magda Cielecka w czarnej kreacji ode mnie przyszła na galę wręczenia Europejskich Nagród Filmowych…

– Która polska gwiazda jako pierwsza kupiła coś od Ciebie?
To była Małgosia Kożuchowska. Poznałam ją, kiedy jeszcze nie mieszkałam w Warszawie, tylko we Wrocławiu. Przywiozłam do jednego z butików swoje sukienki i Małgosia zaczęła się im przyglądać. Niedługo potem umówiłyśmy się na przymiarki. Tak naprawdę jednak, gdy ubieram znane aktorki, nie jest dla mnie najważniejsze, że to gwiazdy. Zależy mi na tym, by pięknie wyglądały i pięknie się czuły w moich rzeczach.

– Urodziłaś się w piątek trzynastego...
Tak (śmiech). Idąc przez życie, mogłam za wszystkie swoje niepowodzenia winić tę feralną datę albo uczynić z niej swój atut. Postawiłam na to drugie.

– Dlatego nazwałaś swoją firmę Fri 13.08?

Tak. 13 sierpnia 1997 roku wszystko się zaczęło. To nie tylko moje urodziny, ale i dzień, kiedy otworzyłam pierwszą pracownię.

– Pamiętasz pierwszą sukienkę, którą w życiu uszyłaś?
To było pod koniec podstawówki. W szufladzie mamy znalazłam piękny kreton. Postanowiłam przefarbować go na malinowy kolor i uszyłam sukienkę z falbaną na dole. Była nawet całkiem ładna.

– Już wtedy wiedziałaś, że będziesz projektować ubrania?
Wiedziałam tylko, że chcę się zajmować czymś, co będzie miało dużo wspólnego z kolorami i formą. Zawsze uwielbiałam zajęcia plastyczne i czułam, że jestem w tym dobra. Po podstawówce w Kępnie zdecydowałam się na wrocławskie liceum plastyczne. Nie do końca wierzyłam, że się dostanę, ale udało się. I nagle znalazłam się wśród innych ludzi – barwnie ubrani, z podobnymi zainteresowaniami, do tego historia sztuki, malarstwo, rzeźba... To mnie pasjonowało.

– Potem były studia na ASP.
Tak, ale do ASP dostałam się dopiero za trzecim razem. To potwierdza moją teorię, że w moim życiu wszystko dzieje się dopiero wtedy, kiedy jestem na to gotowa. Wówczas po raz pierwszy doświadczyłam zbawiennej roli przypadków, szczęśliwych zbiegów okoliczności. Zrozumiałam, że czasem zdarzenia, które odbieramy jako porażki, tak naprawdę są zrządzeniem losu. Bo kiedy nie dostałam się na studia, miałam mnóstwo wolnego czasu, który chciałam sensownie spożytkować. Zaczęłam rozglądać się za pracą i tak znalazłam się we Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych. Tam poznałam świat kostiumów filmowych i ludzi, którzy się tym zajmują...

– A kiedy dostałaś się na wymarzone studia, przerwałaś je po dwóch latach i wyjechałaś do Londynu.
To też był przypadek. Po prostu dostałam lufę z ważnego egzaminu: z ceramiki użytkowej. Mieliśmy zajęcia z takim wymagającym, starej daty profesorem. Do zaprojektowanego obiektu trzeba było dołączyć rysunek techniczny, którego nie cierpiałam. Nikt się zresztą do niego specjalnie nie przykładał. A że byłam pierwsza na liście, to mój rysunek został przez profesora dokładnie prześwietlony i skrytykowany. Potem ja skrytykowałam krytykę, a na koniec z przerażeniem zobaczyłam, że w indeksie mam dwóję. Byłam zszokowana. Moi koledzy z roku też. I wtedy w dziekanacie panie jakoś tak to załatwiły, że zamiast tej lufy wysłali mnie na urlop dziekański. Pojechałam do Londynu. Byłam ciekawa świata, nowych znajomości, innego życia. Żeby mieć na utrzymanie, zaczęłam pracować w niewielkiej pracowni krawieckiej. Niewiele tam zarabiałam, ale bardzo dużo się nauczyłam.

– Tak dużo, że po dwóch latach wróciłaś do Wrocławia, skończyłaś studia i założyłaś własną firmę...
Tak, choć nie miałam pieniędzy. Wszystko, co udało mi się zarobić, inwestowałam w maszyny do szycia i materiały. Wiem, że nie dałabym sobie wtedy rady, gdyby nie pomoc mojej cztery lata młodszej siostry, Beaty. To ona przez pierwsze dwa lata działalności mojej firmy zarabiała na nas obie. Studiowała prawo i pracowała w galerii. Z niewielkiej pensji opłacała czynsz, kupowała jedzenie i nigdy nie narzekała. Zawsze mówiła, że mi się uda.

– Siostra jest Twoją najlepszą przyjaciółką?
Na pewno. Całe życie jesteśmy razem. Beata wie o mnie wszystko. Razem z nią podejmuję wszystkie ważne dla mnie decyzje. Ale kiedy nie spodoba jej się któryś z moich projektów, mówię jej, że się nie zna na modzie. Zastanawiam się, skąd ona ma dla mnie tyle cierpliwości?

– Jak to się stało, że obie znalazłyście się w Warszawie?
To jest właśnie przewrotność życia. Bo kiedy we Wrocławiu moja działalność nabrała trochę rozpędu, zadzwoniła do mnie Magda Radałowicz, modelka, która w Warszawie otworzyła butik. Namówiła mnie, żebym kilka swoich rzeczy powiesiła u niej w sklepie. Byłam przejęta, bo pierwszy raz przyjechałam do stolicy w celach zawodowych. Warszawa mnie nieco przerażała. Zawsze czułam, że w końcu tu zamieszkam, ale nie wiedziałam, jak to zrobić. Bałam się trochę, że sobie tu nie poradzę. Początkowo na spotkania z klientkami przyjeżdżałam z Wrocławia. Umawiałam się z nimi w hotelach, a one sukienki mierzyły w toaletach. I któregoś razu podczas takiej „biznesowej” wizyty spotkałam Evę i Filipa, u których pracowałam w Londynie. Zaczęliśmy rozmawiać i okazało się, że zwalniają swoje mieszkanie na warszawskiej Tamce. Zapytali, czy nie chciałabym w nim zamieszkać. Pomyślałam sobie, że to jest znak i że powinnam tę Warszawę oswoić. Po raz pierwszy zamieszkałam sama, bez mojej siostry Beaty. No, ale trwało to zaledwie sześć miesięcy. Potem Beata ze swojej firmy we Wrocławiu została oddelegowana do Warszawy i zamieszkała za ścianą. Teraz mieszka w swoim własnym mieszkaniu i pracuje jako dyrektor personalny wielkiej firmy. Świetnie sobie w tej Warszawie poradziła.

– A Ty szybko oswoiłaś stolicę?
Dosyć szybko. Najgorsze były dwa pierwsze miesiące. Były wakacje, nic się tu nie działo. Ale potem już jakoś poszło.

– Przez te dziesięć lat udało Ci się jakoś pokonać tremę? Twoje czarnowidztwo przed każdym pokazem stało się w świecie mody legendą.
Mam taki charakter, że zawsze się wszystkim martwię, dzielę włos na czworo. A przed pokazem wydaje mi się, że nie mam nic ciekawego do zaprezentowania, że wszystko, co zaprojektowałam, jest nijakie, mało odkrywcze. Na szczęście na każdy mój pokaz przyjeżdża mama i we dwie z Beatą nade mną pracują, żebym się uspokoiła.

– Mama często odwiedza Cię w Warszawie?
Nie za bardzo. Od niej z Kępna to prawie 300 kilometrów. Ale mamy ze sobą nieustający kontakt. Moja mama jest księgową i prowadzi całą moją firmę. Podziwiam ją, bo ma niespożytą energię. To dzięki niej mam na czas zapłacone podatki, ubezpieczony samochód...

– Masz poczucie, że osiągnęłaś wielki sukces?
Staram się pamiętać, że sukces nie jest dany raz na zawsze. Nie mam poczucia, że zawodowo osiągnęłam już wszystko. Przeciwnie, chciałabym jeszcze tak wiele, że nie wiem, czy mi starczy na to wszystko życia i sił. Teraz na przykład powiększyłam firmę. Mam dziewczyny, które dla mnie pracują i zajmują się moimi sprawami, krawcowe. Nagle przestałam być tylko projektantką, stałam się też szefową. Wiesz, jakie to obciążające? Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Nie do końca sobie z tym radzę.

– Jesteś wymagająca w pracy?

Myślę, że bardzo. Pewnie dlatego, że mierzę innych swoją miarą. No i nie mam też łatwego charakteru. W pracy jestem introwertyczką. W mojej głowie ciągle kłębią się tysiące myśli. Wirują jak ubrania w pralce. Mam takie dni, że w ogóle nie można się ze mną porozumieć, bo zamykam się w swojej głowie. Tak dzieje się szczególnie wtedy, gdy pracuję nad nową kolekcją, albo mam do podjęcia jakąś ważną decyzję dotyczącą mojej firmy. Wtedy lepiej się do mnie nie zbliżać (śmiech).

– Skąd czerpiesz inspiracje?
Z tego, co wokół mnie. Rzadko od początku do końca wiem, co chcę zrobić. Zazwyczaj zaczynam bawić się materiałem i wtedy dopiero w mojej głowie rodzą się pomysły. A ostatnio uwielbiam przyglądać się starszym ludziom, którzy noszą ubrania sprzed 20, 30 lat, ale świetnie utrzymane, eleganckie. Niedawno widziałam na ulicy staruszkę w brązowym płaszczu w grochy. Wcześniej myślałam, że groszki są zupełnie nie dla mnie. A teraz zaczęłam się zastanawiać, czy może ich jednak jakoś nie wykorzystać.

– A dlaczego nie szyjesz dla siebie? Każdy myśli, że masz przepastną szafę z pięknymi sukniami, a tymczasem Twoje ubrania to kilka czarnych spódnic i bluzek zawieszonych na wieszaku.
Mam za dużo zamówień, żeby jeszcze szyć dla siebie. Przecież to byłby czas zabrany moim klientkom! Ostatnio mam tak dużo pracy, że częściej odmawiam paniom, które do mnie dzwonią, lub umawiam się na jakieś niemożliwie dalekie terminy. Najgorsze jest to, że zaniedbuję też w tym względzie mamę i Beatę. Kiedyś większość ubrań miały ode mnie.

– Zachwycone Tobą klientki mówią, że stroje od Ciebie traktują jak najpiękniejsze prezenty. A czy Ty z okazji jubileuszu zrobiłaś sobie jakiś prezent?
Oj, zrobiłam sobie bardzo kosztowny prezent. Kupiłam trzykondygnacyjny lokal na Floriańskiej. Będzie tam mój sklep i pracownia. Floriańska to od zawsze moja ulubiona warszawska ulica. Najbardziej tajemnicza i najładniejsza. Wcześniej nie marzyłam, że kiedyś właśnie tutaj będę miała swój sklep. Skorzystałam jednak ze splotu szczęśliwych zdarzeń. Znalazłam 360-metrową przestrzeń, która początkowo wydawała mi się zupełnie niedostępna. Potem okazało się, że dostanę na tyle duży kredyt, że będę mogła mieć ją na własność. I teraz tylko sen mi będą spędzać z powiek comiesięczne raty. Boję się, czy podołam, ale w chwilach zwątpienia przypominam sobie swój ulubiony film „Kariera Nikodema Dyzmy”. Tam jest taka scena, w której Wilhelmi po sukcesach towarzysko-prasowych mówi do siebie: „Do czego to człowiek doszedł, do czego to człowiek doszedł”, na chwilę milknie i potem dodaje: „I kto to wszystko będzie teraz robił?”. Ta scena zawsze poprawia mi humor.

Rozmawiała Iza Bartosz
Zdjęcia Piotr Porębski/metaluna
Stylizacja Ania Jurgaś i Jola Czaja
Asystentka stylisty Karolina Gruszecka
Make-up Tomek kocewiak/division art dla Lancôme
Fryzury Łukasz Pycior/division art,
Grażynę Szapołowską uczesał Paweł Kaleta
Produkcja sesji Ewa Kwiatkowska
Gosia Baczyńska – jak przygotowuje się do Fashion Week w Paryżu?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)