Carolina Herrera i jej córka o Nowym Jorku i nie tylko - wywiad

W wywiadzie Luisa Venegasa z projektantką Caroliną Herrerą i jej córką poznacie ciekawe miejsca w Nowym Jorku oraz dowiecie się czy da się połączyć fantastyczną, nieokiełznaną zabawę z poczuciem elegancji? Czy te dwie rzeczy do siebie pasują? Przeczytajcie koniecznie!

Carolina Herrera i jej córka o Nowym Jorku i nie tylko - wywiad

Chciałbym zacząć od opowiedzenia Wam o chwili, gdy po raz pierwszy doświadczyłem magii Nowego Jorku. Jest taka piosenka zespołu Meccano zatytułowana "No Hay Marcha en Nueva York (Nowojorskie życie nocne jest do kitu)" – nie uwierzyłem w nią ani trochę, bo w filmach wygląda to zupełnie inaczej. Czy sądzicie, że to prawda? Że w Nowym Jorku faktycznie nie ma życia nocnego?

Herrera: Według mnie nie ma w tym ziarna prawdy. Nie sądzę, by zespół Meccano często bywał w Nowym Jorku, ponieważ zawsze było to jedno z najbardziej imprezowych miast, na każdym poziomie. Jest tu tak wiele miejsc do zobaczenia i do zrobienia. Może to po prostu tytuł piosenki, ale nie ma on nic wspólnego z rzeczywistością.

Carolina Herrera córka: Może to miała być ironia... coś w stylu „Ech, a mówią, że w Nowym Jorku nie ma nic do roboty” po wielkiej weekendowej imprezie, podczas której... (śmiech)

A zatem zgadzamy się co do tego, że w Nowym Jorku nie sposób się nudzić. Jak sądzicie, skąd bierze się ten duch zabawy i rozrywki?

C.H.: Dla mnie Nowy Jork jest stolicą całego świata. Mam na myśli, że jest centrum wszystkiego. Wszystko się tu dzieje, na każdym poziomie. Można tu znaleźć sztukę, literaturę, najlepsze muzea, wszystko wymieszane. Jest tego tak dużo, że zawsze pozostaje coś do zobaczenia. Właśnie dlatego pobyt w Nowym Jorku jest tak stymulujący – można tu mnóstwo zobaczyć i zrobić, na różne sposoby, że w końcu każdy stwierdza: „Nie mam czasu. Muszę zrobić to wszystko i prawie się stresuję, bo mam wrażenie, że umyka mi coś, co może się dziać, a ja o tym nie słyszałem”.

C.H. córka: To właśnie dzieje się ze mną. Nie mieszkam tu, ale kiedy przyjeżdżam, myślę sobie: „Co będę robić? Jak mam się tam dostać? Które muzea odwiedzić?”.

Jak sądzę, to samo dotyczy Twoich przyjaciół – musisz wybierać, z kim się spotkać.

C.H. córka: Tak, oczywiście. Z zewnątrz Nowy Jork może wydawać się anonimowy i odpychający. Łatwo odnieść takie wrażenie, kiedy się tu nie mieszka i nie widzi, co się dzieje. Ale kiedy żyje się w Nowym Jorku, nawiązuje się intelektualne więzi z innymi osobami. W ten sposób kształtuje się grupę, jądro przyjaciół, z którymi dana osoba często się spotyka i którzy tworzą jej codzienność. To nie ma nic wspólnego z szaleństwem przeżywanym podczas zwykłego zwiedzania, ponieważ nikt nie byłby w stanie żyć takim rytmem na dłuższą metę.

To naprawdę ciekawe. Zanim przyjechałem do Nowego Jorku, także uważałem to miasto za anonimowe. Jednakże z moich doświadczeń wynika, że tutejsi mieszkańcy są naprawdę otwarci i przyjaźni wobec przybyszów. Wszystko jest o wiele bardziej przyjazne niż się wydaje.

C.H. córka: To absolutna prawda. Ale nie wolno zapominać, że wrażenia z pobytu w metropolii bywają także trudne i szokujące. Nie wolno zapominać, że Nowy Jork to miejsce magiczne. Kilka dni temu przejeżdżałam przez Times Square i przez okno samochodu zobaczyłam mężczyznę przebranego za wikinga – półnagiego i z rogatym hełmem na głowie – gorączkowo rozmawiającego przez komórkę, wrzeszczącego do aparatu, podczas gdy wokół lało jak z cebra. „To może się zdarzyć tylko w Nowym Jorku!”, zagadnęłam do szofera. Proszę sobie wyobrazić, co przeżywają ludzie przyjeżdżający tu na kilka dni! Zjawiają się na Times Square, gdzie natrafiają na cudowną mieszankę sklepów i firm, biegających ludzi, i nagle widzą wikinga stojącego w strugach deszczu obok łodzi wikingów na środku Times Square i wrzeszczącego w amoku do telefonu! Proszę sobie wyobrazić, co myślą sobie ludzie, którzy przedtem nigdy nie wyjeżdżali ze swojego miasteczka… Co oni mogą sądzić? Że to magia! Magia Nowego Jorku!

Domyślam się, że takie rzeczy dzieją się każdego dnia. Czy często je widujecie?

C.H. córka: Codziennie, we wszystkich zakątkach miasta. Podczas spaceru w parku… Widzi się tyle wariactwa, wszelkiego rodzaju! Widywałam ludzi spacerujących nocą nago po ulicach, i nie mówię o prostytutkach.

C.H.: I wszystko to jest akceptowane. Nie sądzisz?

C.H. córka: Do momentu, aż niemal traci się zdolność do odczuwania szoku. Tak bardzo przyzwyczajasz się do codziennego widoku tych wszystkich dziwactw. Człowiek nabiera przekonania, że wszystko jest możliwe. Że dobrze być tym, kim się jest, i że to nie ma znaczenia. Że ludzie nie będą się oglądać i gapić.

C.H.: Tak, ale kiedy przyjeżdża się do Nowego Jorku, trzeba dbać o równowagę w życiu. Należy podjąć wysiłek, by sprawić, żeby życie stało się cichsze, bardziej normalne. Jeśli masz rodzinę, jest to zupełnie inny styl życia. Nie ma nic wspólnego z tym, co się robi podczas krótkiej wizyty, kiedy każdy biega jak szalony, usiłując chłonąć jak najwięcej.

Przypuszczam, że jeśli nie osiągnie się tej równowagi, można dać się porwać…

C.H.: …wichrowi! (śmiech)

C.H. córka: Nawet jeśli się tu mieszka, można dać się porwać.

C.H.: Mam przyjaciół, którzy się tu przeprowadzili i byli przerażeni tempem, w jakim toczy się życie w mieście… Na przykład pewien znajomy Włoch wydawał się naprawdę wystraszony. Stwierdził: „Nie potrafię tak żyć!” i koniec, wrócił do Europy.

C.H. córka: Musisz wiedzieć, czego chcesz. Możesz mnóstwo czerpać z tego miasta, bo ma ono tyle energii… Ale trzeba zachować skupienie i umieć wykorzystywać szanse, żeby nie oszaleć. Podstawowa sprawa to podejmowanie mądrych decyzji.

C.H.: Właśnie tak. Żeby się przystosować, konieczna jest pewna inteligencja. A jeśli się tu mieszka, trzeba także umieć dostosować się do miasta.

Jeśli już mówimy o kształtującym elemencie Nowego Jorku i czerpaniu z miasta jak największych korzyści, co byście mi poradziły, gdybym chciał spędzić tu jeden dzień. Co powinienem zrobić?

C.H. córka: Ja poszłabym na spacer High Line, bo bardzo to lubię. Jest tam tak ładnie, a jednocześnie to miejsce typowe dla Nowego Jorku. Romantyczny pomysł obsadzenia starych torów kolejowych roślinami ozdobnymi… a potem oglądanie wody, panoramy miasta… Później lunch w jakimś świetnym lokalu… Sama nie wiem… to mógłby być dobry pomysł.

C.H.: Balthazar.

C.H. córka: Uwielbiam tę knajpkę, ale nie sądzę. Wybrałabym się na spacer przez Little Italy… jakieś małe zakupy i zatrzymałabym się na drinka w La Esquina, może na horchata. Potem wieczorem jakiś obiad, a potem… wyjście w miasto. To zależy, czy chcesz iść do klubu tylko posłuchać muzyki czy potańczyć. Problem polega na tym, że możliwości jest tak wiele, że musisz zastanowić się, na co masz ochotę danego dnia. Nie da się planować.

C.H.: Zabrałabym Cię do ogrodu botanicznego, to piękne miejsce na Sto Czwartej ulicy. Uwielbiam tam spacerować. No i są muzea, każdy kocha muzea. Ludzie przyjeżdżają z listą muzeów, które chcą zwiedzić. Poszlibyśmy do Metropolitan, moglibyśmy przy okazji zjeść lunch, bo świetnie tam gotują. Fantastyczna jest też New Gallery. Potem przeszłabym się po sklepach. Każdy kocha zakupy w Nowym Jorku. A wieczorem zabrałabym Cię do lokalu, który uwielbiam. Najpiękniejsze miejsce na posiłek to La Grenouille, naprawdę jest tam ślicznie. Ale uwielbiam też Indochine i bardzo chciałabym Cię tam zabrać…

A może Four Seasons?

C.H. córka: O nie, nigdy nie chodzę do Four Seasons, w ogóle mi się tam nie podoba. Lubię za to Monkey Bar, nowy, bardzo zabawny lokal.

Cieszę się, że opowiadacie mi o nowych lokalach. Wygląda na to, że Nowy Jork stale zmienia oblicze.

C.H.: Weźmy na przykład Meatpacking District. Kiedyś nikt by nie przypuszczał, że mogłaby to być ciekawa dzielnica, a spójrzmy na nią teraz. To właśnie Nowy Jork. Zawsze dzieje się tu jakiś proces twórczy, wciąż i wciąż bez końca.

C.H. córka: Mieszka tu tak wiele ludzi. Jest tak dużo dzielnic i kultur – to fantastyczne, że nagle pojawiają się nowe obszary, nowe enklawy. Trzeba dotrzymać kroku tym zmianom.

Zmieńmy temat… Chciałbym się dowiedzieć, czy według Was da się połączyć fantastyczną, nieokiełznaną zabawę z poczuciem elegancji? Czy te dwie rzeczy do siebie pasują?

C.H.: Myślę, że każda osoba dopasowuje zabawę do swojej osobowości. Kiedy wychodzisz z domu, żeby się nocą zabawić, nie możesz pomijać tej kwestii, zapominać o tym, kim jesteś. To najbardziej banalna rzecz na świecie. Dzisiaj każdy chce być gwiazdą… Ludzie myślą, że stają się nią, gdy sprzedadzą trzy kawałki do gazet lub telewizji, a tak naprawdę zawdzięczają to temu, że płacą, a gazety ich sprzedają. Ale to nie ma nic wspólnego z zabawą.

C.H. córka: Nowy Jork pozwala się bawić w różny sposób, w zależności od tego, kim jesteś. Znacznie mniej ciekawe jest przybieranie póz, udawanie… Zawsze powtarzam, że musisz pamiętać, kim jesteś i być sobą aż do końca.

C.H.: Nie udawaj kogoś innego, bo będzie Ci bardzo trudno podtrzymać ten obraz na dłuższą metę. Trzeba mieć genialną pamięć, żeby jednego wieczora udawać jedną osobę, a następnego inną… Tak naprawdę będziesz wówczas nikim – a gdy cię ktoś zapyta, najpewniej zapomnisz, kim byłeś wczoraj lub dzisiaj. Tak, musiałbyś mieć naprawdę dobrą pamięć. To tak jak z kłamcami – muszą pamiętać wszystkie swoje kłamstwa.

Interesuje mnie jeszcze jedna rzecz. Świat zapachu Carolina Herrera 212 narodził się dziesięć lat temu i był to dla Ciebie pierwszy krok w branży perfumiarskiej. A teraz przy okazji 212 VIP mówisz: „Mamo, usiądźmy i porozmawiajmy o tym wszystkim, co się stało”. W pewnym sensie dziesięć lat później koło się zamyka. Jakie to uczucie przeżywać tego rodzaju zawodową odnowę?

C.H. córka: Tak naprawdę inspiracją dla zapachu 212 dziesięć lat temu był Nowy Jork, samo miasto. Dziś, dekadę później, zdaję sobie sprawę, że ta metropolia zawsze będzie inspiracją, nie tylko dla tego projektu, ale i dla niezliczonej ilości innych. Zaczęłam bardziej interesować się osobistymi doświadczeniami, dzięki którym miasto jest tym, czym jest. To dobry kierunek, ponieważ tajemnica Nowego Jorku kryje się w ludziach, którzy tu mieszkają i pracują, bawią się i cierpią. Jednym z nich jest moja matka, właśnie dlatego znów ze sobą współpracujemy.

C.H.: Tak, dzięki tym perfumom znów się odnalazłyśmy. Tym razem w bardziej nowoczesny sposób niż w przypadku 212 dziesięć lat temu.

Carolina, to jasne, że – jak mówi Twoja córka – należysz do osób, które przyczyniły się do stworzenia legendy Nowego Jorku. Przyjechałaś tu jako kobieta biznesu i stałaś się jednym z jego symboli.

C.H.: No cóż, zanim zaczęłam robić to, co robię dziś, miałam szczęście dobrze znać Nowy Jork i obracać się wśród ludzi, którzy naprawdę stworzyli jego legendę.

C.H. córka: Poszczęściło Ci się, ale i Ty miałaś coś do powiedzenia i to właśnie mnie ciekawi – ci wszyscy ludzie, którzy przybywali do Nowego Jorku ze wszystkich zakątków świata, którzy wnieśli swój wkład. Nowy Jork przyciąga tak wiele osób i daje im szansę na robienie tego, co chcą. Ale musisz mieć iskierkę talentu. To coś. Tylko tacy się przebiją. To oni będą pisać historię miasta za dwadzieścia lat… i to jest wspaniałe. Ta metropolia na to pozwala, ponieważ czymś się wyróżniasz, masz inteligencję i talent, dzięki którym sobie poradzisz. Ale nie każdemu się udaje.

C.H.: Kluczem jest talent.

C.H. córka: Talent, energia, szczęście…

C.H.: Najważniejsze to wiedzieć, jak mieszać.

Liczy się także entuzjazm.

C.H.: To też. I poczucie odpowiedzialności. Wiele osób przybywa tu, myśląc „Podbiję Nowy Jork!”, robi wszystko i wszystkiego się uczy, a w końcu nagle wykrzykuje „Jestem genialny!”. Ale wyzwanie to trzeba podejmować codziennie – zasada ta dotyczy nie tylko Nowego Jorku, ale każdego innego miasta, w którym chcesz coś stworzyć i czegoś dokonać. Wyzwanie polega na tym, że kiedy pomyślisz, że już wszystkiego dokonałeś i wszystko wiesz i że już nie masz się czego nauczyć i jesteś geniuszem – w tej chwili wszystko tracisz. Widziałam tak wielu ludzi, którym się to zdarzyło. Osiągnęli sukces i potem się zatrzymali, bo wydawało im się, że już im się udało. Tymczasem każdego dnia uczysz się nowych rzeczy.

Musisz zachować pokorę.

C.H.: Nie rozumiem ludzi, którzy nie mają w sobie pokory. Jak można być kimś takim? Zupełnie tego nie pojmuję. Wydaje im się, że wszystko co robią, jest świetne, uważają się za geniuszy, pępek świata, wybrańców Boga. Właśnie w tym się mylą.

C.H. córka: Musisz zachować pokorę, bo w mieście stale tak dużo się dzieje, że kiedy stwierdzisz, że wszystko już osiągnąłeś, bezpowrotnie tracisz okazję. Pokora jest niezbędna, by wykorzystać szansę – po chwili ją stracisz, więc musisz zachować czujność.

Inny ważny składnik to poczucie humoru. W takim mieście jak Nowy Jork cecha ta pomaga stać twardo na ziemi.

C.H.: Według mnie poczucie humoru jest bardzo ważne na całym świecie i w ogóle w życiu, nie tylko w Nowym Jorku. Życie bez poczucia humoru byłoby beznadziejnie szare. A najważniejsze to umieć się śmiać z samego siebie.

Obie doświadczyłyście życia nocnego Nowego Jorku na bardzo wiele sposobów. Czyli w odstępie najmniej piętnastu lat. Czy była impreza lub jakiś szczególny moment, które wyróżniają się spośród innych?

C.H.córka: Pamiętam, gdy po raz pierwszy przyjaciele zabrali mnie do Studia 54. To było przyjęcie Marci Klein, córki Calvina Kleina, z okazji szesnastych urodzin. Poszłam, bo chciałam spotkać się z Christopherem Atkinsem, aktorem, którego wówczas uwielbiałam. Rodzice zmusili mnie, żebym ubrała się jak idiotka! Ubrali moją przyjaciółkę Dolores i mnie dokładnie tak samo, w długie spódnice i bluzki kończące się pod samą brodą. Pamiętam, że myślałam wówczas: „Nie mogę uwierzyć, że wreszcie mi pozwolili tu przyjść i że tak wyglądam!”. (śmiech) Poszłam tam tydzień później w tajemnicy, w znacznie swobodniejszym stroju.

C.H.: To takie typowe. W Studiu 54 zdarzyło się tak wiele niezapomnianych rzeczy. Organizowali tam imprezy sylwestrowe, zupełnie niewiarygodne.

Bycie częścią tego wszystkiego, oglądanie tego od wewnątrz, nie po prostu jako widz, musiało być fantastycznym przeżyciem. Mimo to slogan kampanii „Czy jesteś na liście?” kryje odrobinę ironii, prawda?

C.H. córka: Zdecydowanie tak. Nie można podchodzić do niego ze śmiertelną powagą. Musisz zadać sobie pytanie: „Co tak naprawdę znaczy »być na liście«”, a odpowiedź brzmi oczywiście: nic nie znaczy. Dostać się na listę to przede wszystkim nie zapominać o tym, by być sobą i pozbyć się arogancji.

C.H.: Chodzi o mieszankę ludzi…

C.H. córka: O poczucie humoru, o talent i o to, by zawsze stać twardo na ziemi. Właśnie dzięki temu można znaleźć się na liście 212 VIP. Chodzi o to, by być pewnym siebie, ale niczego nie udawać.

Pragnienie sławy za wszelką cenę…

C.H.: Niestety, w Nowym Jorku tego nie brakuje. Ale i takim osobom czasami udaje się osiągnąć cel. Tacy ludzie są na wszystkich listach…

C.H. córka: Oprócz naszej.

C.H.: Nie, na naszej liście cenimy talent, ale także samoświadomość i sposób, w jaki prezentujesz się światu. Cechy powodujące, że kiedy wchodzisz do pokoju, wszyscy kierują wzrok w Twoją stronę.

Chciałbym jeszcze wrócić do idei Nowego Jorku jako miasta „magicznego”. Metropolia przypomina mi gigantyczną scenografię filmową. Tyle razy widziałem to miasto w filmach, od Spidermana huśtającego się między wieżowcami po Barbrę Streisand wręczającą ulotki przez hotelem Plaza w Tacy byliśmy…

C.H. córka: Och, to mój ulubiony film! Jest boski, a Robert Redford… Taki dramatyczny…

C.H.: Wszystkie filmy mają w pewnym sensie coś wspólnego z Nowym Jorkiem. Tu właśnie stało się wszystko, o czym warto mówić.

Właśnie dlatego ta scenografia ma tyle magii. To prawie jak Disneyland dla dorosłych, gdzie wszystko się może zdarzyć.

C.H.: Można tu znaleźć wszystkiego po trochu. Właśnie dlatego Nowy Jork jest tak ciekawy, bo stanowi mieszankę wszystkiego, ale na prawdziwie globalną skalę. Na początku wywiadu powiedziałam, że Nowy Jork jest stolicą świata. To prawie jak mieć w kieszeni paszport dyplomatyczny – jeśli osiągniesz sukces w Nowym Jorku, każde drzwi na świecie stoją przed tobą otworem.

Nie tylko Freddie Mercury. 1 grudnia wspominamy gwiazdy, które zabrało AIDS
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)