Brigitte Bardot

W latach 50. była symbolem rewolucji seksualnej. Hołdowała wolnej miłości, miała setki kochanków, rozbierała się na ekranie.

Dziś życie Bardotki wydaje się zwykłe, niemal niewinne. W latach 50. była jednak symbolem rewolucji seksualnej. Hołdowała wolnej miłości, miała setki kochanków, rozbierała się na ekranie. We Francji właśnie ukazała się niezwykła książka „Vies Privées” ze zdjęciami Jicky Dussarta, ukazującymi gwiazdę w czasach największej świetności.

Nie byłoby Bardotki, gdyby nie 22-letni Roger Vadim. Jako asystent znanego francuskiego reżysera, Marca Allégreta, został poproszony o odnalezienie dziewczyny z okładki „Elle”. Brigitte miała zaledwie 16 lat, pyzatą buzię, otoczoną burzą kasztanowych włosów, ale już wyglądała seksownie i zmysłowo. Ostatecznie nie wystąpiła wtedy u Allégreta. Uznał, że nie jest wystarczająco atrakcyjna i utalentowana. Ale Vadim uparł się, żeby zrobić z niej gwiazdę. „Może i ona nie jest zbyt ładna i zdolna, ale pokażcie mi piękność, która mogłaby się z nią równać”, mówił.
Kiedy Brigitte z nim zamieszkała, zajął się jej erotyczną edukacją. Uczył, jak ma siadać w niewymuszony, ale ponętny sposób. Jak jeść kurczaka palcami, aby wywoływać erotyczne skojarzenia. Jak chodzić po pokoju nago bez odczuwania wstydu. Układać wargi niczym rozkapryszone dziecko. Kiedy uznał, że Brigitte jest gotowa, zaczął pokazywać jej nagie zdjęcia reżyserom i producentom. Przekonywać ich, że warto ją zatrudnić, bo na ekranie zrobi wszystko, czego się od niej zażąda.

Po prostu być
Bardotka właściwie nie grała. „Nie jestem na tyle dobra, żeby grać kogoś innego. Dlatego w filmie odpowiadają mi naturalność i seks”, przyznała po latach. W pierwszym swoim filmie „Manina, dziewczyna bez zasłon” z 1952 roku głównie leżała na leżaku w bikini lub przechadzała się nago wśród suszących się obok prześcieradeł. Zrozpaczeni rodzice Brigitte w ostatniej chwili wymusili na reżyserze Willym Rozierze, by wyciął kilka najdrastyczniejszych – jak na tamte czasy – sekwencji z jej udziałem. W swoim sztandarowym filmie „I Bóg stworzył kobietę” z 1956 roku, który wyreżyserował dla niej Vadim, była już nie tylko naga, ale kochała się ze swoimi filmowym partnerem, Jean-Louis Trintignantem tak, jakby robiła to naprawdę. Jej wydatny biust i krągłe pośladki były doskonałym dziełem natury. Poruszała się z wielką gracją. Pisano, że nie jest kapłanką miłości, lecz boginią seksu.

Kochana i nienawidzona
Wokół osoby Bardotki rozpętało się piekło. Po światowej premierze „I Bóg stworzył kobietę” znany katolicki tygodnik „Osservatore Romano” wzywał prokuraturę, żeby położyła kres takim „bezecnym, pornograficznym praktykom”. Na Wystawie światowej w 1958 roku w pawilonie watykańskim przedstawiono zdjęcia aktorki jako symbol „zła, siły diabelskiej, chuci i piekła”.
Bardotka bała się nawet wyjść na ulicę. Starsze kobiety lżyły ją i rzucały się na nią z pięściami. W autobiografii „Inicjały BB”, opublikowanej w 1996 roku, wspominała, jak została napadnięta podczas wizyty u chorej koleżanki w szpitalu. Pielęgniarka, która weszła z nią do windy, wykrzykiwała: „Ty dziwko, szmato, wywłoko, odbierasz mężczyzn takim biednym kobietom, jak my! Mam wielką ochotę wydłubać ci oczy i skasować tę piękną buziunię”. Bardotka bała się, że kobieta rzeczywiście może ją oszpecić. „Byłam pierwszą więźniarką luksusowych apartamentów w hotelach na całym świecie. Podczas gdy moi przyjaciele wyruszali na miasto, ja, wróg porządku publicznego numer jeden, ukrywałam się przed prasą i gawiedzią”, opowiadała po latach.
Dla milionów młodych ludzi na całym świecie stała się jednak idolką. Mężczyźni marzyli, by pójść z nią do łóżka. Młode kobiety chciały wyglądać tak, jak ona. Naśladowały jej styl bycia, ubierania się, czesania. Farbowały włosy na blond, czesały się w koński ogon, mocno podkreślały szminką usta i czarną kredką oczy. Nosiły szerokie spódnice z mocno ściśniętym paskiem w talii, obcisłe czarne bluzki i balerinki. No i oczywiście słynny stanik podnoszący biust, nazwany od jej imienia bardotką.

Kobieta z marzeń
Federico Fellini mówił, że gdyby nie istniała, trzeba by ją wymyślić. Sale na filmach, w których grała, jak „Prawda”, „Pogarda”, „Gdyby Don Juan był kobietą”, „Niedźwiedź i laleczka”, były wypełnione po brzegi. W latach 1957–59 dochody Francji z eksportu filmów z Bardotką przekroczyły zyski ze sprzedaży samochodów marki Renault. Jej twarz stała się twarzą symbolu narodowego Francji – posągu Marianny. Kiedy pojechała do Ameryki, nie mogła przecisnąć się przez tłum gapiów. Podczas premiery filmu „Viva Maria!” w Nowym Jorku wybuch flesza aparatu przystawionego tuż do jej twarzy uszkodził jej siatkówkę oka. Omal nie straciła wzroku.
Świat interesował się jej życiem prywatnym. Ludzie chcieli wiedzieć: co robi, gdzie bywa, z kim sypia. Paparazzi koczowali pod jej domem, donosili o najdrobniejszych wydarzeniach w życiu. A Bardotka lubiła szokować nie tylko na ekranie. Zawsze i wszędzie była sobą – dziewczyną, która nienawidziła mieszczańskiej moralności i ograniczeń. Chciała kochać i być kochana. „Byłam młoda i cierpiałam głód miłości, który nie zna granic”, tłumaczyła. „Nie mając nikogo bliskiego, traciłam ochotę do życia”.

Wszyscy moi kochankowie
Romansowała z najsławniejszymi mężczyznami swojej epoki, między innymi Jean-Louis Trintignantem, Sachą Distelem, Serge’em Gainsbourgiem, Samym Freyem, Alainem Delonem i Gilbertem Bécaud. „Kochałam się niemal w każdym z moich filmowych kolegów. Nie umiałam oddzielić życia od gry”, wspominała po latach.
Wśród jej kochanków byli jednak także mało znani aktorzy, boye hotelowi, a nawet kelnerzy. „Zawsze przepadałam za młodymi, pięknymi mężczyznami. Z wiekiem mój gust się nie zmienił. Jeżeli wciąż mogę ich mieć, dlaczego nie?”, pytała retorycznie. Pytana o najpiękniejszy dzień w życiu przez dziennikarza „Paris Matcha”, stwierdziła: „To była noc”.
Kiedy się zakochiwała, nie liczyła się z nikim i z niczym. Rozbijała małżeństwa, niszczyła szczęśliwe rodziny. Tak opisywała wybuch namiętności do Serge’a Gainsbourga: „Po nagraniu poszliśmy na kolację. Pod stołem chwyciłam jego rękę. Byliśmy już tylko my. Świat przestał dla nas istnieć. To była szalona miłość, o jakiej się marzy, miłość, która pozostanie w naszej pamięci, w naszych wspomnieniach”. To dla niej Gainsbourg napisał skandalizującą pościelówkę „Je t’aime... Moi non plus”, którą śpiewał ze swoją późniejszą żoną Jane Birkin.
Brigitte twierdziła: „Mężczyzna, którego kocham, może mną dysponować, a ja potrzebuję jego jak kwiat wody”. Ale gdy namiętność gasła, to ona rzucała swoich kochanków, dla których jeszcze niedawno była gotowa się zabić. „Każde rozstanie odczuwałam jak śmierć bliskiej osoby”, mówiła. I nie było w tym stwierdzeniu cienia przesady. Kochanek znikał z jej życia raz na zawsze. Z żadnym nie utrzymywała kontaktów po zerwaniu.

Do diabła z małżeństwem
Większość jej związków była tylko ucieczką przed samotnością. Za Vadima wyszła za mąż w dwa miesiące po uzyskaniu pełnoletności w grudniu 1952 roku. Ale po nakręceniu „I Bóg stworzył kobietę” doszła do wniosku, że mąż, który nie jest zazdrosny o żonę, nie jest dobrym mężem. Spakowała walizki i odeszła do Jean-Louis Trintignanta. Rozwiodła się z Vadimem w 1957 roku. Dwa lata potem jej mężem został partner z filmu „Babette idzie na wojnę”, przystojny Jacques Charrier. Zdaniem Brigitte, Jacques był jednak zbyt zaborczy. „Chciał, abym zrezygnowała z grania w filmach. Był uwodzicielem, amantem, któremu nie można się było oprzeć. A ja – dziwką, łajdaczką, modliszką wykorzystującą mężczyzn. Ach, gdyby wiedzieli ci wszyscy biedni głupcy, że prałam w zimnej wodzie skarpetki tego uwodziciela i zamiatałam zakurzone podłogi, zamiast pławić się w luksusie i rozpuście”, opowiadała Bardotka. W 1966 mężem numer trzy został niemiecki przemysłowiec Gunter Sachs. Miała jednak wrażenie, że Sachs wykorzystuje jej nazwisko do robienia interesów. „Nigdy nie wiedziałam, czy mężczyzna, który trzyma mnie w ramionach, kocha naprawdę, czy tylko chce wykorzystać do zrobienia kariery”, ubolewała. Wtedy przysięgła sobie: „Nigdy więcej nie zwiążę się z żadnym mężczyzną. Życie z nimi okazało się niemożliwe”. W 1992 roku znów jednak uległa namiętności i została żoną biznesmena należącego do frontu prawicowego Jean-Marie Le Pena, Bernarda d’Ormale. Nie rozeszła się z nim tylko dlatego, że też lubił zwierzęta.

Dziecko? Gówno mnie obchodzi
Ile razy usuwała ciążę? Po latach przyznała się do dwóch aborcji. Gdy zaszła w ciążę z drugim mężem Jacques’em Charrierem, też chciała pozbyć się dziecka. Lekarz odmówił jednak zrobienia zabiegu ze względów zdrowotnych. Dokładnie w 26. urodziny zrozpaczona postanowiła skończyć ze sobą, połykając opakowanie gardenalu. Przeżyła, ale nie pogodziła się z tym, że będzie miała syna. Gdy Nicholas przyszedł na świat i położna poinformowała ją, że ma syna, podobno wykrzyczała: „I co z tego. Gówno mnie to obchodzi. Nie chcę go oglądać!”. Miesiąc po porodzie oddała syna na wychowanie ciotce. Wróciła na plan zdjęciowy i wdała się w romans z Samym Freyem. Kiedy w 1962 roku uzyskała rozwód z Charrierem, z ochotą zrzekła się praw rodzicielskich. I już nigdy potem nie interesowała się losem swojego jedynaka. „Ponoszę pełną odpowiedzialność za utratę kontaktu z moim synem. Nosiłam go dziewięć miesięcy i nie chciałam widzieć! Sama potrzebowałam matki, a nie kogoś zależnego ode mnie”, pisała po latach.

Bez liftingu
Kiedy w wieku 40 lat zapowiedziała, że wycofuje się z kina na zawsze, nikt jej nie wierzył. Dotrzymała słowa. Nawet propozycja występu obok Marlona Brando nie była w stanie skusić jej do powrotu. Nie zniknęła zupełnie z mediów, jak Greta Garbo czy Marlena Dietrich. Wszyscy mogli obserwować, jak się starzeje, jak traci młodzieńczy wdzięk, jak jej twarz pokrywa się zmarszczkami. Nie chciała się upiększać, robić liftingów. Uważała, że wygładzanie twarzy to oszustwo, które niczego nie zmieni w życiu człowieka. „Po co robić sobie lifting twarzy? Nie można przecież zrobić liftingu duszy ani liftingu serca”, mówiła. Mimo to legenda Bardotki wcale nie zbladła. Dla milionów ludzi na całym świecie pozostała symbolem kobiety wolnej i niezależnej. Szczuplutką, seksowną blondynką w opiętym czarnym sweterku, która pokazała, że każdy ma prawo żyć w zgodzie ze sobą.

Magda Łuków/ Viva!
Zdjęcia Ghislain Dussart/Rapho/BE&W
Nie tylko Freddie Mercury. 1 grudnia wspominamy gwiazdy, które zabrało AIDS
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (11)
Gość/4 lata temu
Basia. Pomyślcie jak wy będziecie wyglądać w wieku 80 lat. Dla mnie mimo wszystko wygląda dość dobrze.
Gość/4 lata temu
baby... fakt, ze jest pomarszczona i stara i dokonała chyba 5 aborcji, niemniej nie potrafię nie darzyć jej sympatią, a oceni ją Bóg, nie ludzie
tekla/9 lat temu
Walczyla o prawa dla zwierzat a pozbyla sie dziecka. Piekna byla trzeba przyznac ale szmata.
POKAŻ KOMENTARZE (11)