Anna Wintour - Moda to ja!

Nie ma matury, uważa, że jest nieomylna, a swoim zachowaniem potrafi doprowadzić podwładnych do łez. Mimo to Anna Wintour od 20 lat tworzy najlepsze pismo o modzie – amerykańską edycję „Vogue’a”.

Anna Wintour - Moda to ja! fot. ONS
Siedziba „Vogue’a” góruje nad Times Square w Nowym Jorku. Anna Wintour zajmuje od 20 lat ten sam ogromny gabinet z widokiem na Manhattan. Nazywana jest nuklearną Wintour, Królową Śniegu czy twardą suką. Ta antypatyczna i chora na nadmiar ambicji kobieta jest najdroższą naczelną – zarabia 2 miliony dolarów rocznie, nie licząc premii i funduszu reprezentacyjnego. Plotkowano, że Wintour nosi ciemne okulary firmy Wayfare, by zasłonić diabelskie oczy. Kiedy jednak jedna ze współpracownic pod nieobecność szefowej włożyła jej okulary, przekonała się, że Wintour po prostu słabo widzi.

Krwiożercza harpia
Ma 59 lat, a od 20 – codziennie ten sam plan dnia. Wstaje o szóstej, przez godzinę gra w tenisa, potem styliści malują ją i czeszą. O ósmej pojawia się w biurze. Zespół już na nią czeka, asystentki podobnie jak szefowa są na nogach od szóstej. O tym, jak dostać pracę u królowej „Vogue’a”, a potem tam wytrzymać, krążą już legendy. Mimo to chętnych nie brakuje. I nie wystarczy świetne CV. Trzeba być oprócz tego młodym, szczupłym i świetnie ubranym. Kobiety nie mają co liczyć na jej przychylność, bo ich nie lubi. Bezpieczni w jej otoczeniu są jedynie mężczyźni, którzy jej się podobają, lub geje. Rady naczelnej wszyscy traktują jak rozkazy. Posłusznemu przytakiwaniu w redakcji nie ma więc końca. Cotygodniowe kolegia trwają 15 minut, bo Wintour nie ma czasu na zbędne dyskusje. Wśród jej pracowników krąży już od lat regulamin korzystania z windy w biurowcu, w którym znajduje się redakcja. Jego nieoficjalna wersja brzmi tak: „Punkt pierwszy: jeżeli z windy korzysta Anna Wintour, windę należy przepuścić i poczekać na następną. Punkt drugi: jeżeli Wintour wchodzi do windy, z której przez nieuwagę nie zdążyłeś się ewakuować, zostań na miejscu, wzrok wbij w podłogę, wstrzymaj oddech. Próby nawiązania kontaktu z naczelną, także wzrokowego, są surowo wzbronione”. Gdy latem w redakcji psuje się klimatyzacja, dziennikarze mówią, że nie trzeba jej naprawiać. Pojawienie się naczelnej obniży temperaturę do zera.

Lodowate dzieciństwo
Jej ojciec Charles był szanowanym i wpływowym redaktorem naczelnym popołudniówki „Evening Standard”. Dużo pracował i bez przerwy zdradzał swoją bogatą żonę, matkę Anny – Eleonorę. Byli małżeństwem, bo po prostu nie mieli czasu na rozwód. W domu ojciec pojawiał się rzadko, bo zawsze na pierwszym miejscu stawiał pracę. Nic więc dziwnego, że Anna była samotnikiem – zamknięta w sobie, nieśmiała, nie miała przyjaciół, nie lubiła nawet swojego rodzeństwa (dwóch braci i siostry).


Kiedy była nastolatką, Londyn opanowały „swingujące lata 60.”: muzyka The Beatles, minispódniczki, imprezy do białego rana brytyjskiej bohemy i fascynacja modą. Anna chciała wyglądać jak popularna wówczas modelka Twiggy. Narzuciła sobie drakońską dietę (stosuje ją do dziś), bo chciała być wychudzona. Obcięła włosy na modnego pazia (nie zmieniła fryzury do dziś) i zaczytywała się w kobiecych magazynach. Raz w tygodniu chodziła do popularnej kosmetyczki, gdzie spotykała gwiazdy. Podrabiała podpis rodziców, by zwolnić się ze szkoły i pójść na zakupy. Ale nowe ciuchy na niewiele się zdały. W szkole i poza nią musiała chodzić we wstrętnym brązowym mundurku, z beretem na głowie, w spódnicy o nielubianej przez siebie długości za kolano. Buntowała się. Podciągała spódnicę wyżej, niż to było dozwolone, i zaraz po wyjściu ze szkoły przebierała się ukradkiem w modne stroje, na czym nieraz została przyłapana przez nauczycieli. Po kolejnej kłótni z dyrektorką 16-letnia Anna… na zawsze rzuciła szkołę.
 
Geniusz bez dyplomu
Anna Wintour ukończyła tylko podstawówkę, ale z całą pewnością nie utrudniło jej to zrobienia kariery. Gdy skończyła z edukacją, ojciec pomógł jej zdobyć pracę w magazynie z ambicjami „Harpers & Queen”. W Wielkiej Brytanii to był numer jeden, sprzedawał się lepiej niż „Vogue”. W początkującej dziennikarce Annie Wintour szybko dostrzeżono wielki talent. Pracowała z zapałem, a jej pomysły były nowatorskie. Za zdjęcia inspirowane malarstwem Maneta i Renoira dostała premię. Ale to w Ameryce, a nie w Anglii miały się spełnić jej marzenia.

Dzięki swojemu partnerowi, starszemu o 12 lat Johnowi Bradshawowi (przy wyborze adoratorów Anna kierowała się tylko tym, czy będą w stanie pomóc jej wspinać się po szczeblach kariery), dostała za oceanem etat redaktora działu mody magazynu „Viva”. To wtedy przylgnął do niej tytuł redaktorki z piekła rodem. Jednak nazwisko wyrobiła sobie dopiero w tygodniku „New York”. Zanim zaczęła tam pracować, „New York” był tylko porządnie napisaną gazetą. Wintour sprawiła, że zaczął też ładnie wyglądać. Pokazywała drogie meble, buty, pisała o najlepszych restauracjach i nowych sklepach. Wiedziała, że jeśli zwróci na siebie uwagę Aleksa Libermana, wydawcy Condé Nast (oprócz tygodnika „New York” wydawali również m.in. „Vogue’a”), to szybko trafi do najpopularniejszego pisma o modzie. Udowodniła, że stać ją na wiele, i osiągnęła zamierzony sukces. W 1983 roku zaczęła współpracę z magazynem „Vogue”.

Droga na szczyt
Annie Wintour powierzono funkcję dyrektora kreatywnego pisma. Gdy poszła na rozmowę z ówczesną naczelną Grace Mirabellą, pewnym krokiem (mimo 10-centymetrowych szpilek) wkroczyła do jej gabinetu. Zapytana o to, co chciałaby robić w tym magazynie, patrząc prosto w oczy naczelnej, powiedziała: „Interesuje mnie wyłącznie pani stanowisko”. Od tego czasu zaczęła się prawdziwa wojna na górze. Ciągłe kłótnie, bój o okładki, materiały, wzajemne oskarżenia i zmiany projektów stron bez wiedzy drugiej były codziennością. Miała wygrać silniejsza.


Zmiany w życiu zawodowym przyniosły pierwszą stabilizację w prywatnym życiu Anny. 7 września 1984 roku wzięła ślub ze starszym o 13 lat nowojorskim psychiatrą Davidem Shafferem. Zamiast wesela był skromny obiad dla najbliższych, bo Wintour spieszyła się do pracy. Siedem miesięcy później Anna zaszła w ciążę, ale w redakcji opowiedziała o tym dopiero we wrześniu, kiedy to po naciskach Grace Mirabelli zapadła decyzja o oddelegowaniu jej do kierowania brytyjską edycją „Vogue’a” w Londynie. Pokrzyżowało to trochę plany Wintour. Urodziła synka Charliego i wróciła w rodzinne strony. W londyńskiej redakcji od razu została znienawidzona. Nie dość, że zwolniła wielu zasłużonych dla magazynu pracowników, to zmiany, które wprowadziła, nie spodobały się brytyjskim czytelniczkom. Narzekały, że pismo stało się zbyt amerykańskie – czytaj tandetne. Wytykano jej, że zamiast pisać o kulturze i sztuce, pokazuje kremy, pudry i sklepy.

Gdy Anna znowu zaszła w ciążę, pracowała do ostatniego dnia przed porodem. W sierpniu 1987 roku urodziła córeczkę Kate Shaffer (przyszłą redaktorkę magazynu dla nastolatków „Teen Vogue”). Trzy miesiące później szefowie Condé Nast zaproponowali Wintour powrót do Stanów i objęcie stanowiska naczelnej magazynu „House & Garden”. Przejęła jednak to pismo tylko na chwilę. Wydawcy już zdecydowali, że Anna dostanie posadę redaktor naczelnej amerykańskiego „Vogue’a”. Spełniło się największe marzenie Wintour...

Nareszcie w domu

Pierwszy numer w całości przez nią przygotowany wyszedł w listopadzie 1988 roku. Na okładce pojawiła się modelka w bluzce wysadzanej kamieniami od Christiana Lacroix za 10 tysięcy dolarów i wyblakłych dżinsach za 50 dolarów. Do tej pory to było nie do pomyślenia. „Vogue” gardził tanimi ubraniami! Wintour oczywiście też, ale świetnie wyczuła, że wzbudzi tym sensację. Wcześniej „Vogue” był pismem niemal wyłącznie do oglądania. Za czasów Wintour stał się też magazynem do czytania i prawdziwą kopalnią nowych trendów. Wyznacza, co trzeba mieć i jak wyglądać. Zmieniony „Vogue” święcił triumfy! Na okładkach królowały sławy, m.in. Madonna (pierwszy raz w 1989 roku), Oprah Winfrey (na życzenie Wintour musiała schudnąć do sesji 10 kg) czy Hillary Clinton (złożyła naczelnej obietnicę, że przestanie nosić granatowe kostiumy).

Jest niezmiennie najważniejszym gościem każdego pokazu mody. Bez niej nie rozpoczną prezentacji najnowszych kolekcji nawet najwięksi projektanci. Zawsze siada w pierwszym rzędzie. Jest matką chrzestną sukcesów  Johna Galliano, Very Wang, Marca Jacobsa, Toma Forda, Michaela Korsa i Stelli McCartney. Od lat jest wierna w miłości do Chanel, Diora, Versace, Isseya Miyake czy Yves Saint Laurenta. Jednak wszyscy projektanci, ci mniejsi i ci więksi, równo zabiegają o jej względy. Dobrze wiedzą, że obecność w „Vogue’u” to gwarancja światowego sukcesu. Nieobecność – pewna klęska. I mimo, że jest znienawidzona niemal przez wszystkich, których spotkała na swojej zawodowej drodze, Anna Wintour śpi spokojnie bo wie, że to wciąż ona jest królową mody.                                       

Marta Tabiś / Party
Co Joanna Horodyńska mówi o swoim stylu?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/2 lata temu
To psychopatka, której udało się osiągnąć życiowy cel. Oczywiście, po trupach. Poza tym, jest niewykształcona, brzydka i stara już. Tym można też tłumaczyć jej zachowanie. Kompleksy. Złe dzieciństwo. Ostatecznie, jest bardzo biedna. Ale... na razie ma się dobrze, przynajmniej w kolorowych gazetkach.
/8 lat temu
Uwielbiam ją! Chciałabym być taka jak ona!