Aleksandra Kwaśniewska: "Nie jestem słodka"

Pozory mylą. Ola, mimo dziewczęcej urody i miłego usposobienia, potrafi przekląć i być ostra w sądach. Przed ważną imprezą woli się wyspać, niż biec do makijażysty i fryzjera. O swoją urodę dba wtedy, gdy sobie o tym przypomni.

fot. Mateusz Stankiewicz / AF PHOTO
Spotykamy się w restauracji San Marzano w centrum handlowym Sadyba Best Mall. Trochę dziwi mnie fakt, że Ola wybiera tak popularne miejsce – gwiazdy zazwyczaj umawiają się w bardziej kameralnych knajpkach. Tutaj pełno jest rodzin z dziećmi, studentów, w rogu widzę kilku młodych chłopaków, którzy przyszli na piwo. Proszę kelnera o stolik w rogu sali i o to, aby trochę przyciszył muzykę, informując go, że będę przeprowadzała wywiad. Przy okazji obserwuję zabawną sytuację – kelner co kilka minut z zaciekawieniem spogląda na zmianę w moją stronę i w stronę drzwi wejściowych. Gdy wchodzi Ola, ubrana w jasny kaszmirowy sweterek, kelner promienieje i od tej pory z niegasnącym uśmiechem na twarzy co kilkanaście minut podchodzi do naszego stolika, by dopytywać, czy aby na pewno wszystko jest w porządku.

– Nie czujesz się tu rozpoznawana?
Aleksandra Kwaśniewska:
Czasem tak, ale to specyficzne miejsce. San Marzano i Bonsai to, nielicząc osiedlowych knajpek, najbliższe restauracje dla ludzi z Wilanowa i okolic, gdzie mieszka sporo osób publicznych. Dlatego można ich tutaj często spotkać i chyba wszyscy już przyzwyczaili się do obecności znanych twarzy. Lubię też w tym centrum robić zakupy.

– Czy czułaś się równie swobodnie, gdy Twój tata był prezydentem?
Aleksandra Kwaśniewska:
Czułam się nawet swobodniej, bo nie byłam rozpoznawalna. Tyle tylko, że były okresy, kiedy cały czas chodziła za mną ochrona.

– Twój ochroniarz chodził za Tobą wszędzie? Nawet na imprezy?
Aleksandra Kwaśniewska:
Niestety tak. Na szczęście często moimi ochroniarzami byli młodzi faceci, którzy rozumieli moją potrzebę zachowania prywatności i starali się nie być natrętni. Na imprezach nie chodzili za mną krok w krok, tylko zaszywali się w tłumie. Ale mimo wszystko posiadanie ochrony nie jest miłe, w pewnym wieku wręcz irytujące. Młody człowiek ma większą potrzebę wolności niż bezpieczeństwa.

– W tym okresie często chodziłaś na imprezy?
Aleksandra Kwaśniewska:
Bardzo często! Ale nic ciekawego nie powiem ci na ten temat. Pierwsze imprezy zaliczyłam, jak każdy, w podstawówce, a klubowe – w liceum. Nie stanowiłam zagrożenia dla dobrego imienia moich rodziców – nigdy nie miałam parcia na alkohol, używki mogłyby dla mnie nie istnieć. No może poza kawą (śmiech).

– Paliłaś kiedyś papierosy?
Aleksandra Kwaśniewska:
Podjęłam dosłownie kilka prób. Narkotyki są dla mnie wielkim syfem i omijam je szerokim łukiem. Nie lubię czuć się źle – nie jestem w stanie dla paru fajnych godzin wieczorem poświęcić całego kolejnego dnia. Zaufanie, jakim obdarzyli mnie moi rodzice, już w liceum nie było bezpodstawne – nie dawałam im żadnych powodów do niepokoju. Nie chodziłam w podejrzane miejsca i nie obracałam się w dziwnym towarzystwie. Chociaż… swego czasu pod koniec podstawówki przeżyłam fascynację tzw. industrialem i byłam na paru ostrzejszych koncertach. Słuchałam Nine Inch Nails, którzy śpiewali na przykład o samookaleczaniu, więc mama miała prawo być lekko zaniepokojona. Jednak rodzice jakoś przetrwali ten okres.


– Słuchając takiej muzyki, zmieniłaś styl?
Aleksandra Kwaśniewska:
Poniekąd. Ubierałam się na czarno i reprezentowałam sobą pełen grunge – powyciągane swetry, pomarańczowe martensy… Ale miałam wtedy 14 lat.

– Jako nastolatka miałaś swój wymarzony ideał mężczyzny?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nie, nigdy. No, oprócz okresu, gdy byłam zakochana w wokal
iście Nine Inch Nails, Trencie Reznorze, który uwielbiał krew (śmiech), ale to mi bardzo szybko przeszło.

– A czy zwracałaś szczególną uwagę na jakiś konkretny typ urody facetów?
Aleksandra Kwaśniewska:
Niespecjalnie. Gdybym miała wybierać spośród różnych typów urody, to wskazałabym południowy – ciemne oczy i włosy. Ale jak przychodzi co do czego, to wiążę się z blondynem (śmiech).

– A co powie ten blondyn, jeśli przeczyta o tym południowym typie urody?
Aleksandra Kwaśniewska:
On o tym wie (śmiech).

– I nie ma nic przeciwko temu?
Aleksandra Kwaśniewska:
Przecież to bez znaczenia. Ja nigdy nie byłam zafiksowana na wyglądzie. Najciekawsze osoby przeważnie nie są najpiękniejsze na świecie. Zawsze jestem podejrzliwa wobec tych bardzo ładnych. Ładne dzieci przeważnie traktowane są pobłażliwiej, mniej się od nich wymaga. Często to się nie zmienia nawet w dorosłym życiu.

– Twój chłopak jest przystojnym facetem. W jaki sposób udało mu się pozbawić Cię tej podejrzliwości?
Aleksandra Kwaśniewska:
Rzeczywiście, podeszłam do niego z dystansem, ale szybko okazało się, że Wojtek nie wpisuje się w powyższy schemat. Przez kilkanaście lat trenował szermierkę, był kilkakrotnym mistrzem Polski, medalistą mistrzostw świata i Europy, a jednocześnie skończył inżynierię lądową na Politechnice Gdańskiej. Zaraz potem rozpoczął podyplomowe studia dziennikarskie w Warszawie. To naprawdę dużo zachodu przy nieustannych treningach, zgrupowaniach i turniejach.

– Jesteś szczupła, czy kiedykolwiek się odchudzałaś?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nigdy nie byłam zbyt mocna w przestrzeganiu diety. Wolę jeść, co chcę, i postarać się to spalić, niż czegokolwiek sobie odmawiać. Prawda jest taka, że moja waga niespecjalnie się waha. Od 10 lat ważę tyle samo – 49 kg. Największe odchylenie od normy to góra dwa, trzy kilogramy, co zdarza mi się, kiedy sobie pofolguję przez wakacje. Bawią mnie artykuły o moich radykalnych spadkach wagi. Gdybym chudła za każdym razem, kiedy piszą, że schudłam, ważyłabym już kilka kilogramów. 

– Masz skłonności do tycia?
Aleksandra Kwaśniewska:
Oczywiście, dlatego staram się zawsze zachować umiar i rozsądek w jedzeniu, ale nie udało mi się jeszcze przekroczyć magicznej granicy 52 kg, nawet kiedy bardzo na to pracowałam (śmiech).

– Lubisz słodycze?
Aleksandra Kwaśniewska:
Niestety… Lubię, więc staram się w ogóle nie mieć ich w domu.

– Udaje Ci się to?
Aleksandra Kwaśniewska:
Przeważnie tak. W sklepach omijam je szerokim łukiem, ale niestety, jak przechodzę obok Słodko-słonego i czuję te zapachy, to myślę sobie: „Eee, jedna drożdżóweczka nie zaszkodzi...”.

– Jaki rozmiar ubrań nosisz?
Aleksandra Kwaśniewska:
34 lub 36.


– Masz w domu jakieś urządzenie, na którym ćwiczysz – rower treningowy albo stepper?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nie, bo jestem typem osoby, którą motywuje grupa. Gdybym miała stepper, podejrzewam, że skończyłoby się na systematycznym odkurzaniu go raz w tygodniu. Nie umiem się sama zmobilizować. Muszę mieć poczucie, że są dookoła mnie inni ludzie i wstyd by było się obijać. A jeśli już coś robię sama, to stawiam na świeże powietrze. Wtedy wybieram przejażdżkę na rowerze albo nordic walking, który uprawiam z mamą.

– Wydajesz na swoje potrzeby dużo pieniędzy?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nie, jestem raczej oszczędna.

– A na czym nie oszczędzasz?
Aleksandra Kwaśniewska:
Jeśli wiem, że jakiś krem jest wart swojej ceny i prawie czyni cuda, jestem skłonna go kupić. Ale bez przesady – kilkuset złotych bym na niego nie wydała!

– A na ubrania?
Aleksandra Kwaśniewska:
Tu też są granice. Jest pewna kwota, której nie przekraczam w ubraniowych zakupach, dlatego staram się unikać ekskluzywnych butików. Wbrew temu, co słychać w mediach, nie zarabiam takich pieniędzy, by nie zwracać uwagi na ceny. Staram się też nie brać pieniędzy od rodziców.

– Staram się…?
Aleksandra Kwaśniewska:
Traktuję to jako ostateczność – na przykład gdy brakuje mi na jakąś bardzo ważną rzecz. Ale tylko w sytuacjach podbramkowych, które zdarzają się rzadko. Lubię mieć poczucie, że sama zapracowałam na własne potrzeby.

– Masz słabość do jakiejś części garderoby?
Aleksandra Kwaśniewska:
Mam sporo butów i tony dżinsów. Nie mam już na nie miejsca, ale powód do kupna zawsze się znajdzie. Kupując kolejną parę spodni, usprawiedliwiam się tym, że przecież chodzę w nich praktycznie codziennie, więc są mi niezbędne. A jak kupuję buty, tłumaczę sobie, że przecież pokazuję się publicznie i nie mogę pojawiać się wielokrotnie w tej samej parze pantofli. Uwielbiam balerinki i dziewczęce szpilki z zaokrąglonymi noskami.

– A buty na bardzo wysokich obcasach?
Aleksandra Kwaśniewska:
Lubię, ale kupuję rzadko. Wolę takie, w których potrafię chodzić (śmiech). Mam wysokie podbicie i jeśli buty mają wysoki obcas, mam wrażenie, że „lecę” do przodu. Muszą być superwygodne.

– Jaki kolor dominuje w Twojej szafie?
Aleksandra Kwaśniewska:
Mam nieprawdopodobną ilość szarych rzeczy. Gdy waham się między kolorami, szarość zawsze wygrywa.

– A jakiego koloru byś nie włożyła?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nie lubię przesłodzonych ubrań, nie przepadam za różowymi rzeczami. Nie traktuję mody z wielkim namaszczeniem i nie odczuwam potrzeby pogoni za najnowszymi trendami. Uważam, że do wszystkiego należy podchodzić rozsądnie, ale warto jednocześnie pamiętać, że ubranie wiele o nas mówi. I pewne stroje mogą mówić coś zupełnie przeciwnego od tego, co chcielibyśmy przekazać. Mam bardzo dziewczęcą urodę, która sprawia, że ludzie przeważnie dają mi kilka lat mniej. Gdybym założyła różową sukienkę z falbankami, uchodziłabym za nastolatkę. Poza tym nie lubię wyglądać słodko. Z tego też powodu kiedyś przefarbowałam włosy na ciemny kolor.

– Nie bardzo rozumiem, co złego jest w tym, że wyglądasz słodko...
Aleksandra Kwaśniewska:
Jestem miła, ale nie jestem słodka. Potrafię być ostra w sądach, potrafię przekląć. Często podobają mi się rzeczy obiektywnie ładne i w danym momencie modne, ale nie założę ich, jeśli wyglądam w nich jak niunia. Na przykład gdy widzę śliczną spódnicę z falbankami, kupuję ją z entuzjazmem, a po kilku miesiącach okazuje się, że ciągle wisi w szafie z nieodciętą metką. Wolę ubrania bardziej ostre w kroju niż przesłodzone w formie.


– Przed dużymi imprezami oddajesz się w ręce specjalistów – makijażysty, stylisty, fryzjera?
Aleksandra Kwaśniewska:
Bez przesady! Gdzieś przeczytałam, że mam stylistkę, ale niestety nie mam. Przed ważną imprezą zazwyczaj chodzę do fryzjera i maluje mnie makijażystka. Pożyczam też sukienkę od jakiegoś projektanta. Niestety, należę do osób bardzo niecierpliwych i nie jestem w stanie poświęcić ogromnej ilości czasu na pielęgnację swojej urody. Jeśli muszę świetnie wyglądać o 8 rano, to najczęściej decyduję się wyglądać „tak sobie”, żeby tylko nie musieć wstawać o 6 (śmiech).

– Uważasz, że poświęcasz swojemu ciału wystarczająco dużo uwagi?
Aleksandra Kwaśniewska:
Staram się mu wiele rekompensować. Miewam z tym problem, bo często robię różne rzeczy w pośpiechu. Dlatego przepadam za kosmetykami, które są wielofunkcyjne. Uwielbiam scruby i żele pod prysznic 2 w 1, które zostawiają na ciele nawilżający film. Dzięki temu nie muszę już używać balsamu. Czasem planuję sobie trochę przyjemności dla ciała. Po wyjściu spod prysznica wyciągam wszystkie kosmetyki, które mam, i smaruję prawie każdą część ciała innym (śmiech). Wtedy czuję się wyjątkowo wypielęgnowana.

– Zdarza Ci się urządzać dni piękności, w trakcie których odwiedzasz salony kosmetyczne, fryzjera, spa?
Aleksandra Kwaśniewska:
Dzień piękności to dla mnie za dużo. Mogę sobie zrobić „urodowe” popołudnie albo wieczór i to mi zupełnie wystarczy. Wizyta w salonie kosmetycznym to jeden z punktów dnia, wciśnięty zwykle gdzieś na siłę. Potrafię zapomnieć o tym miejscu na parę miesięcy, a potem nadrabiać zaległości, chodząc tam dwa razy w tygodniu. Jestem bardzo niesystematyczna pod każdym względem. Najczęściej korzystam z masaży.

– To Twoje ulubione zabiegi?
Aleksandra Kwaśniewska:
Tak. Lubię mocne masaże. Uwielbiam masaż bańką chińską, mimo że jest bolesny. Aleksandra Kwaśniewska: Po takim zabiegu mam poczucie dobrze wypełnionego obowiązku.

– Masz swój ulubiony gabinet?
Aleksandra Kwaśniewska:
Przeważnie chodzę do salonu Celebrity przy ul. Świętokrzyskiej lub Terra Spa przy Mokotowskiej.

– Lubisz urodowe eksperymenty?
Aleksandra Kwaśniewska:
Z kosmetykami do twarzy nie eksperymentuję. W kosmetyczce mam zawsze rzeczy sprawdzone i wiem, że mnie nie zawiodą. Ale w mojej łazience jest po prostu... wszystko! Przez to, że jestem niecierpliwa i niesystematyczna, bardzo dużo rzeczy wypróbowuję i porzucam. A potem szukam kolejnych ciekawostek.

– Czy masz marki, którym jesteś wierna od lat?
Aleksandra Kwaśniewska:
Przez bardzo długi czas przepadałam za kosmetykami Body Shop. Zawsze gdy wyjeżdżałam za granicę, przywoziłam sobie masła do ciała, żele pod prysznic. Ale od czasu, gdy Body Shop jest w Polsce, te kosmetyki przestały być dla mnie trofeami z podróży i straciły na swojej atrakcyjności (śmiech)... Poza tym zawsze bardzo lubiłam kosmetyki o intensywnie owocowych zapachach.


– Perfumy też?
Aleksandra Kwaśniewska:
Kiedyś uwielbiałam świeże nuty owocowe, ale teraz dojrzałam już do mocniejszych zapachów, takich jak np. Midnight Poison Diora. Zachwycam się też żurawinowo-cytrynowym scrubem Pat & Rub Kingi Rusin, który pobudza już w kąpieli i zostawia mgiełkę na ciele. Mam wrażliwą skórę, więc marka, do której zawsze wracam, to Oceanic i Avene.

– Gdybym zajrzała do Twojej torebki, znalazłabym tam dużo kosmetyków?
Aleksandra Kwaśniewska:
Nie, tylko to, co jest dla mnie podstawą: antybakteryjny płyn do rąk Oriflame, korektor Estée Lauder nr 01, błyszczyk Lancôme Juicy Tubes nr 17 Fraise, puder Inglot.

– Na co zwracasz szczególną uwagę w dbaniu o siebie?
Aleksandra Kwaśniewska:
Na pewno nigdy nie położyłabym się spać w makijażu. Nawet jeśli wracam do domu nad ranem, zawsze zmywam make-up i nakładam krem.

– A zdarza Ci się  wychodzić z domu bez makijażu?
Aleksandra Kwaśniewska:
Jakoś tak się nieszczęśliwie składa, że ile razy wychodziłam z domu bez makijażu, np. po mleko do sklepu osiedlowego, napotykałam na swojej drodze paparazzi. Dlatego teraz przed wyjściem staram się nałożyć na twarz niezbędne minimum – podkład, puder brązujący zamiast różu i błyszczyk albo Carmex.

– Myślałaś kiedyś o operacji plastycznej?
Aleksandra Kwaśniewska:
Absolutnie nie! Uważam, że operacje służą do ratowania zdrowia i życia. Są ostatecznością. Boję się narkozy, skalpela, nie znoszę ingerencji w moje ciało.

– Możesz wobec tego powiedzieć, że lubisz siebie?
Aleksandra Kwaśniewska:
Myślę, że tak. Wiadomo, że czasem lubię siebie bardziej, czasem mniej.  Żałuję, że nie jestem typem chłopczycy, bo strasznie podoba mi się taki styl – drobne dziewczyny w krótkich, ostrych fryzurkach, które mogą chodzić w męskich koszulach i wyglądają sexy. Moje najkrótsze włosy sięgały tuż za ucho i nie wyglądałam w nich dobrze. Gdybym ubierała się zgodnie z tym stylem, ukryłabym doszczętnie wszystkie moje zalety i pokazała wady. Na pewno wyglądałabym na grubszą.

– Więc co w sobie lubisz, czego byś nie zmieniła?
Aleksandra Kwaśniewska:
Lubię swoje oczy i usta... Ale ja we wszystkim znajdę jakieś „ale”... Na przykład proporcje mojego ciała – mam długie nogi i krótki tułów. I z jednej strony cieszę się, że te nogi są długie, ale z drugiej – tułów też mógłby być trochę dłuższy (śmiech...).

– Jesteś bardzo krytyczna wobec siebie...
Aleksandra Kwaśniewska:
Jestem szalenie krytyczna, naprawdę! Ci, którzy się nade mną znęcają, pisząc, jakim jestem „pasztetem”, nie mają pojęcia, jaki bezwzględny stosunek mam do siebie. Gdyby wiedzieli, może odpuściliby trochę...

Rozmawiała: Magdalena Błaszczak
Co Joanna Horodyńska mówi o swoim stylu?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
piko/3 lata temu
Oli niczego nie brakowało, oczko w głowie rodziców. To jedynaczka, rodzice wszysko kupili, pomogli pozałatwić i teraz też jej niczego nie brakuje. Gdyby miała brata albo siostrę musiałaby nauczyc dzielić się z rodzeństwem a nawet rywalizować też o względy rodziców. Urodzona szczęściara, że ma tak dobrą matkę i ojca, ludzie mają gorzej, niektórzy osieroceni, po przeżyciach, rodziców po rozwodach, z kochankami na boku, alkoholików, narkomanów, biednych, schorowanych, sami muszą na wszystko ciężko zapracować. Widać dobre relacje matki i córki, Ola jest zadbana.