15 pytań do Tomasza Ossolińskiego

Z okazji jubileuszu 15 sławnych osób zadaje Tomaszowi Ossolińskiemu – anonimowo – 15 mądrych pytań, a on udziela 15... (nie)mądrych odpowiedzi.

fot. ONS
Monika Olejnik najpiękniejsza blondynka wśród tych z najbardziej ciętym językiem:

Którego z polskich projektantów najbardziej nie znosisz?
Tomasz Ossoliński: Nienawidzę każdego projektanta, który ma większy talent ode mnie. Nienawidzę Stefano Pilatiego z Yves Saint Laurent, bo jak nikt inny potrafi elegancko i seksownie ubrać i kobietę, i mężczyznę. Nienawidzę Nicolasa Ghesquiére’a z Balenciagi za to, że dzięki niesamowitej wyobraźni co pokaz zaskakuje największych wyjadaczy modowej branży. Nienawidzę Toma Forda, bo jest tak cholernie przystojny i nawet urodę potrafi z talentem przekuć w sukces… Ale tak samo mocno, jak nienawidzę, potrafię też kochać. Na przykład Forda uwielbiam dokładnie za to samo, za co go nie znoszę (śmiech).

Bogusław Linda gwiazda polskiego kina, która szczerze wyznaje, że aktorstwo ją nudzi:

Kim chciałbyś być, gdyby przyszło Ci żyć w XVIII wieku?
Tomasz Ossoliński:  Albo luksusową prostytutką, albo kimś szlachetnie urodzonym. Wszystko inne wiązałoby się z krótkim życiem. Jako biedak, którego nie stać na lekarza, zszedł-bym za młodu zapewne… na syfilis (śmiech). Jestem libertynem: kocham życie i chcę długo i mocno z niego korzystać.

Ania Kuczyńska luksusowa hedonistka, która dba o jakość szafy nie tylko Polek:

Twój wizerunek jest konsekwentny i spójny. Na ile jest to wykreowane, a na ile pokazujesz siebie prawdziwego?
Tomasz Ossoliński:  Chcę się czuć dobrze sam ze sobą, a nie z kimś, kogo miałbym stworzyć. Pokazuję się więc takim, jakim jestem. Prywatnie leci tylko więcej „kurew” w powietrze (śmiech). Mam też świadomość wizerunku. Tego, że dziś moda to część show-biznesu, że rządzi się tymi samymi prawami, co Hollywood, a projektant musi być równie interesujący dla mediów jak jego kolekcje. Sam talent nie sprzeda wszystkiego, ale sława już tak. Czasy nieśmiałego krawca w białym fartuchu, który spędza całe dnie w pracowni i udziela jednego wywiadu w życiu, skończyły się.

Zgadzam się z Oscarem Wilde’em: „Gorsze od tego, że o tobie mówią, jest tylko to, że nie mówią”. Żeby mówili, trzeba znaleźć na siebie pomysł. Alexander McQueen na początku kariery rozmawiał z dziennikarzami, stojąc tyłem do kamery, Martin Margiela nie pokazuje twarzy, a wywiadów udziela tylko faksem, Karl Lagerfeld zawsze nosi ciemne okulary i chowa się za wachlarzem. Przy nich ja jestem nudny. Chciałbym być wyrazisty. Jestem silną osobą i mam tego świadomość. Często postrzega się to jako wyniosłość i arogancję, a tak naprawdę swoją siłę i stanowczość wykorzystuję tylko w pracy, wtedy gdy jestem przekonany do działań, w których widzę sens. Ludzie najpierw mówią mi, że jestem trudny, nieznośny i arogancki, dopiero poznając mnie, zaczynają rozumieć, w jakim celu działam jak terrorysta. A wtedy dołączają do mnie, idąc ręka w rękę.

Lucyna Romanowska z równą wirtuozerią panuje nad maszyną do szycia, co nad całym zespołem krawcowych w fabryce, gdzie powstają marynarki Ossolińskiego:

Nie lubię w Tobie dwóch rzeczy: obgryzania paznokci i szybkich zmian nastroju. Gdy wchodzisz do fabryki, jesteś zawsze uśmiechnięty, ale po chwili słyszymy: „Znowu mi coś spieprzyłyście, kurwa mać!” i zaczynasz być nerwowy. Jakie emocje są Ci bliższe: gniew czy śmiech?
Tomasz Ossoliński: Śmiech! (śmiech) Zazwyczaj wchodzę do fabryki o 9 rano i jest to pora absolutnej furii w moim organizmie. Wtedy jeszcze śpię i żeby się rozbudzić, czasem klnę przeraźliwie. Tak naprawdę żałuję, że panie nie pracują do wieczora, bo wtedy siedziałbym tam całymi dniami i nie wychodził. I gdyby ktoś chciał mi zrobić krzywdę, to wystarczyłoby, by zabrał mi zapach i atmosferę pracowni i szwalni, które są częścią mnie samego. A że panie coś czasem spieprzą? Też mają prawo się pomylić i uwielbiam je ponad wszystko, nawet wtedy, gdy wspólnie zaliczamy największą wpadkę mojego zawodowego życia.

Jaką? Normalny tryb szycia garnituru to miesiąc, ale bywa, że trzeba to zrobić w tydzień lub trzy dni. Zdarzają się wtedy sytuacje niekontrolowane. Raz, gdy na ważną imprezę ubierałem w smokingi dwóch przyjaciół (którzy są do siebie podobni i wzrostem, i rozmiarami), w wyniku tempa do marynarek zostały wszyte złe rękawy: pan A miał rękawy pana B i na odwrót. Dopiero w momencie przymiarki w Warszawie okazało się, że panowie mają nie swoje rękawy. Nic nie dało się już zrobić. Następnego dnia wystąpili publicznie, stojąc obok siebie ramię w ramię, z rękawami kolegi. Myślę, że za 10 lat zdradzę, jacy to panowie i jaka impreza, a wtedy będzie jeszcze zabawniej.

Jolanta Kwaśniewska była Pierwsza Dama, która Pałac Prezydencki z talentem zamieniła na studio TVN Style:

Karl Lagerfeld na 70. urodziny podarował sobie pluszowego misia w „oryginalnym” garniturze. Jaką Ty wybrałbyś maskotkę i jak byłaby ubrana?
Tomasz Ossoliński: W dzieciństwie na urodziny zawsze obdarowywano mnie pięknymi lalkami. Moja matka 19 marca na widok wyciąganej przez babcię z szafy kolejnej kolorowej kukły dostawała spazmów… Dziś sam sobie podarowałbym… pawia w złotej klatce (śmiech).

Kamil Durczok nie wiadomo, co kocha bardziej: telewizję, w której pracuje, czy Śląsk, gdzie mieszka:

Czasem wielcy światowi kreatorzy mody wracają do miejsc, w których dorastali i które kształtowały ich wrażliwość. Czy Śląsk będzie kiedyś miejscem Wielkiej Premiery Wielkiej Kolekcji Tomasza Ossolińskiego? Czy motywy śląskie będą kiedyś początkiem kreacji w stylu Silesian Fashion?
Tomasz Ossoliński:  Gdyby poszukać kapitału, który zbudował mnie jako projektanta, to absolutnie jest to Śląsk. Moja pierwsza kolekcja powstała na Śląsku – dla Zakładów Odzieżowych „Bytom”, gdzie tuż po maturze zaproponowano mi stanowisko głównego projektanta. To wtedy złapałem bakcyla męskiej mody i wyszkoliłem warsztat… Ale Śląsk nie zbudował mnie estetycznie. Nie jest dla mnie inspirujący.

Leszek Możdżer superpianista i superkompozytor, który swoim talentem sprawia, że świat jazzu jest jeszcze bardziej super:

Jakie masz techniki radzenia sobie z depresjami i innymi negatywnymi stanami umysłu, takimi jak gniew czy poczucie bezsilności?
Tomasz Ossoliński:  Idę spać. W związku z tym przespałem dużą część swojego życia. Miałem taki moment, że stopą dotknąłem dna: albo kończę ze sobą, albo zaczynam jeszcze raz. Kładłem się, kiedy było jeszcze ciemno, i wstawałem, kiedy było już ciemno. Wychodziłem z łóżka tylko po to, żeby coś zjeść. Zgubiłem sens pracy. Miałem tylko samotność. Wcześniej, jako 20-latek, byłem projektantem wielkiej fabryki, robiłem duże pokazy, w teatrach i na targach mody, zdobywałem nagrody, cieszyłem się sukcesem i po kilku latach tego zabrakło.

Nie żałuję, bo dziś wiem, że ten trudny czas był jak prezent od losu. Ucieczka w sen stanowiła pewnego rodzaju hibernację, podszytą wiarą, że przyjdzie lepsze. To trzymało mnie przy życiu, a potem pozwoliło spojrzeć na wszystko bardziej świadomie. Po tym „wybudzeniu” każda zawodowa decyzja jest absolutnie świadomym ruchem. Czuję się spełniony i jestem dokładnie w tym momencie w swoim życiu, o którym marzyłem wtedy. Rozwinęła się moja marka, mam klientów, robię pokazy, kiedy chcę i jak chcę, a nie jak ktoś mi każe. Ale jest jeden sen, który nie opuszcza mnie nadal: śni mi się, że publiczność na pokazie mnie wygwizduje, a potem w ciszy wychodzi. Trochę z premedytacją czekam na ten sen, bo wiem, że jak się pojawi, to potem będzie na odwrót (śmiech).

Alexi Lubomirski polski książę w świecie wielkiej fotografii. Urodą i talentem przebija Mario Testino, u którego kiedyś był asystentem, a dziś depcze mu po piętach na łamach m.in. „Vogue’a” i „Harper’s Bazaar”:

Co chciałbyś, żeby znalazło się w pierwszej i ostatniej linijce Twojego nekrologu?
Tomasz Ossoliński:  „Projektant, który zrobił najgłupszą rzecz w swoim życiu: zajął się modą. Jednocześnie to najmądrzejsza rzecz, jaką mógł zrobić”.

Grażyna Szapołowska drugiej takiej kobiety jak ona nie ma nie tylko w świecie kina; jej rola w „Krótkim filmie o miłości” Krzysztofa Kieślowskiego to legenda:

Która kobieta jest Twoją największą inspiracją?
Tomasz Ossoliński:  Dla młodego chłopca, lat 15, inspirujące bywają realne i nierealne kobiety. Spotkałem taką nierealną w kinie. Rozkochała w sobie młodego Tomaszka (którego grał Olaf Lubaszenko), a sama pozostała niedostępna, tajemnicza i zimna. Gdy niedawno ponownie oglądałem ten film, okazało się, jak nowoczesna i ponadczasowa to kobieta. To trochę tak jak z filmami z lat 20. i 30. z Gretą Garbo: wszyscy aktorzy zestarzali się wraz z tymi filmami, jedynie ta, która przetrzymała próbę czasu i pozostała fascynująca, to Garbo. Taką dzisiejszą Gretą jest dla mnie Grażyna.

Małgorzata Szumowska drobna kobieta, wielki reżyser; za swój najnowszy film „33 sceny z życia” została nagrodzona na festiwalu w Locarno główną nagrodą Srebrnego Lamparta:

Co sądzisz o tłumie „odwalonych” ludzi na Twoich pokazach? O tym gęstym sosie zwanym polskimi celebrytami. O tych paniach na zbyt wysokich obcasach, które właśnie zobaczyły w ostatnim „Elle”, że takie buty nosi się w tym sezonie. O tych całkiem beznadziejnych gadkach i konwencjonalnych uśmieszkach. Czy to jest dla Ciebie straszne, czy fajne?
Tomasz Ossoliński:  Ilość liftingów, botoksów i sylikonów u moich gości jest raczej znikoma. Zapraszam ludzi, których lubię, którzy imponują mi wiedzą, talentem, siłą, niebanalną osobowością. Którzy w podobny sposób odbierają świat. Nie na każdy film każdy widz pójdzie, i tak jest z moimi pokazami. Ponieważ traktuję je jak spektakl, moje zaproszenie skierowane jest do ludzi wrażliwych, a nie fashion victims. Oni wiedzą, że mogą się spodziewać czegoś więcej niż tylko garnituru włożonego na ładnego chłopca. Dlatego kreuję nie tylko ubrania, ale także sposób ich prezentacji: dobieram muzykę, robię choreografię, ustawiam światło, wybieram miejsce pokazu i pilnuję scenografii.

Dwa lata temu na „Libertynie” grali akordeoniści z Motion Trio, których niedawno przez blisko piętnaście minut oklaskiwała pełna Carnegie Hall. Kiedy chwilę przed moim pokazem, zanim wyszli modele, zgasły światła i pojawili się muzycy, widownia (zazwyczaj rozgadana i roześmiana) całkowicie ucichła. To był najbardziej magiczny moment, nawet lepszy niż brawa po pokazie. Takie rzeczy absolutnie mnie nakręcają! Bo bardziej jestem artystą niż biznesmenem. Moda to dla mnie sztuka, działanie artystyczne. Chciałbym, żeby tak zostało na zawsze. Nie uważam, żebym modę – powierzchowną i błahą z założenia – i gości, których zapraszam, dowartościowywał zbytnią ideologią. Bo to, co robię, wynika ze mnie, oparte jest na moich przeżyciach, a nie na marketingowym bełkocie. Bardziej kierują mną emocje niż biznesplan.

Adrian Włodarski na długo przedtem, zanim stał się gwiazdą u Prady, Gucci, Lanvin i Moschino, był ulubionym modelem Tomasza Ossolińskiego:

Jak wyobraziłbyś sobie kontusz polskiej szlachty w naszych czasach?
Tomasz Ossoliński:  Najchętniej zmiksowałbym widowiskowy wizerunek Madonny i Krzysztofa Ossolińskiego. Oboje swoim wyglądem potrafili zadziwić świat, a ich styl wyprzedzał epokę. O każdym wystąpieniu Madonny trąbią wszystkie media, o Krzysztofie Ossolińskim, który jako poseł polskiego króla odwiedzał Rzym w XVII w., mówiła cała Europa. Miał na sobie szaty złotem haftowane z guzikami z diamentów, siedział na tureckim koniu o złotych podkowach, a całe siodło, nawet strzemiona, było wysadzane drogimi klejnotami. Był jak Madonna swoich czasów. Wykreował medialny wizerunek, choć bez mediów. Uwielbiam taką ekscentryczność.

Dawid Woliński Polak, który ubiera Hollywood: Paris Hilton, Nicole Richie i Ditę von Teese:

Mężczyzna, którego ubierasz, to elegancki dandys. Dlaczego sam nie nosisz ubrań, które projektujesz?
Tomasz Ossoliński: Nigdy w życiu nie włożyłem marynarki innej firmy – na sobie noszę tylko siebie. Jestem ambasadorem własnej marki, bo gdybym proponował ubrania i świat eleganckiego dandysa, nie nosząc tych ubrań i nie sprawdzając na sobie, byłbym nieuczciwy wobec moich klientów. Jest z tym tylko jeden problem: muszę obsesyjnie dbać o linię, żeby wbić się w rozmiarówkę z pokazu (śmiech).

Kazimiera Szczuka nikt nie jest w stanie zmierzyć, czego jest w niej więcej: feministki, naukowca, działaczki politycznej, krytyka literackiego czy gwiazdy telewizyjnej:

Który bohater filmu albo książki jest najbardziej podobny do Ciebie?
Tomasz Ossoliński: Uwielbiam pięćdziesięcioparoletniego Jeremy’ego Ironsa w „Skazie”. Szykowny, smukły, dojrzały dżentelmen, który potrafi zatracić się w namiętności, nie zważając na konsekwencje. To jest we mnie. Potrafię wejść w coś, co totalnie mnie poniesie. Nie chciałbym w życiu dotknąć prozy i nudy, czegoś, co jest przewidywalne. Myślę, że jak Irons potrafiłbym zniszczyć to, co zbudowałem, zrezygnować z dotychczasowego życia, by pójść dalej, w inną stronę.

To fajne, kiedy ludzie pozbywają się hamulców, idą za głosem serca i chwili, bo to pozwala poznać siebie prawdziwego. A ja uwielbiam wiatr, seks i szaleństwo. I trąbkę. Zresztą w „Skazie” pojawia się piękna trąbka Tomasza Stańki, która tak mnie zafascynowała, że gdy pierwszy raz oglądałem ten film w kinie, wiedziałem, że kiedyś wykorzystam ten fragment dla siebie. Moment nadszedł w 2005 r. w finale „Zmierzchu bogów”, pokazu mojej drugiej męskiej kolekcji: gdy w garniturze wychodziła Grażyna Szapołowska, w tle snuła się ta sama trąbka Stańki.

Jacek Dehnel talent ubrany w słowa. Poeta i prozaik, który i elegancko wygląda, i elegancko pisze:

Od którego momentu możemy mówić o projektancie, że się dorobił własnego stylu?
Tomasz Ossoliński:  W modzie męskiej to płynna granica, często niezauważalna. Gdyby poodpruwać metki z najlepszych garniturów świata, nikt nie byłby w stanie odróżnić, czyj to garnitur. Dowód? Jakiś czas temu mój klient, będąc w nowojorskim salonie Toma Forda, mierzył jego ubranie, tymczasem ludzie Forda zainteresowali się marynarką, w której on przyszedł. A że nie metkuję swoich ubrań, zaintrygowani zaczęli dopytywać, czyj to projekt.

Byli zaskoczeni, że ktoś w Polsce potrafi zrobić tak dobry produkt. Domyślam się, że powodem mogło być nie tylko wykonanie, ale krój i tkanina mojej marynarki. Kilka miesięcy później, podczas wizyty na targach w Mediolanie, w zamkniętym sektorze, gdzie mogą oglądać i kontraktować tkaniny najlepsi producenci garniturów, powiedziano mi, że ja i Ford kupujemy u tego samego dostawcy – u Lanificio Tallia di Delfino. Zrozumiałem wtedy, że nie ma granic, że są jedynie w mojej głowie. Po raz pierwszy zapragnąłem, by tak jak kiedyś patrzyłem na Warszawę z perspektywy Katowic, na niedostępne i nieodgadnione miejsce, za jakiś czas patrzeć tak samo na Mediolan czy Paryż. I nie myśleć w kategoriach „zdobyłem czy nie zdobyłem”, ale – „jestem dalej i gdzie indziej”. Bo nie idę po to, by być na szczycie. Idę po to, by być szczęśliwym i nie czuć, że tracę czas.

Agata Bogacka największa ekshibicjonistka i melancholiczka wśród młodych polskich malarek. W swoim zawodzie nie znosi jednego: samotności. Bo się jej boi.

Czego się boisz i czy chciałbyś czasem uciec?
Tomasz Ossoliński:  Chcę uciec codziennie, kiedy się budzę. Każdy początek dnia to myśl: Po co mi to wszystko? Chcę uciec od kołowrotka, w który sam się wpuszczam, troszkę jak chomik w klatce. Ale dopóki czuję, że nadal nad tym panuję i że to bieganie sprawia mi przyjemność, jeszcze w tym wszystkim jestem. Ale gdyby mnie zdominowało i pochłonęło, będę wiedział, że mam do wyboru: umrzeć albo uciec.

A czego się boję? Codziennie, gdy się budzę, przeraża mnie myśl, że nie podołam. Każdy klient jest sprawdzianem tego, jaki jestem w swoim fachu. Jest w tym pewność siebie i doświadczenie, pragnienie, by trzymać rękę na pulsie, ale też obawa, by nie popaść w rutynę, by siebie samego nie zawieść. Nie boję się, że w tym samym czasie inni zdobywają świat, Paryż, Mediolan czy Nowy Jork, bo jeśli ma przyjść na coś czas, to przyjdzie kiedyś i na mnie. Boję się jednak, że kiedy będę musiał stanąć przed najważniejszym zadaniem, nie podołam mu. Stanę, opuszczę ramiona i powiem: „O kurwa! Nie dałem rady”. Wtedy nie będę wiedział, co mam ze sobą zrobić. Ten strach i wstyd są najbardziej paraliżujące. Tak naprawdę powinienem chcieć się ich pozbyć, ale cieszę się, że je mam, bo mnie dyscyplinują i zachęcają do pracy. Nawet jeśli ktoś zarzuciłby mi, że się rozleniwiłem, to sam przed sobą będę wiedział, że ta praca jest chęcią poznania czegoś, czego wczoraj nie wiedziałem, a dziś może się dowiem.

Strach pojawił się też po pokazie jubileuszowym „Hugenoci”. To był Rubikon, po którego przejściu będę musiał zmierzyć się z nowym wyzwaniem: jak tego, co do tej pory zrobiłem, nie zmarnować i czym to przebić, jak znaleźć w sobie tyle siły, kreatywności i odwagi, żeby iść dalej? Obawa przeplata się z wiarą. „Ossoliński, przecież stać cię na więcej, wymyśl coś, zaskocz sam siebie!” – to moja dewiza. I gdy poczuję: „Wow!, to jest ten dreszcz, zrób to!”, znów będę się pchał w jakieś wyzwanie i pociągnę je na swoich barkach. Bo tylko wtedy czuję, że krew w żyłach płynie…
Gosia Baczyńska – jak przygotowuje się do Fashion Week w Paryżu?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
Patrycja/2 lata temu
Genialny czlowiek, widzialam go 2 razy . Geniusz z pasja ktory potrafi pokazac pazur, a do tego jest niezwykle czarujacy. Ah
Baba/7 lat temu
gadac to on potrafi i nie zanudza.Ale moze majac talent,pasje i inteligencje zajolby sie czyms wiecej a nie garniturami dla facetow.Kiedy ogolnie wiadomo,ze zalozenie garnituru dla faceta to dipust bozy. Poza tym na palcach jednej reki mozna policzyc kolesi,ktorzy potrafia nosic garnitury,wiejszosc wyglada w nich jak w pancerzu,garnitur ich usztywnie fizycznie i mentalnie.