Jaki był ideał urody w epoce wiktoriańskiej?

Jak kobiety dbały o urodę w epoce wiktoriańskiej? Co było wówczas synonimem piękna? Dlaczego w tym okresie atrakcyjność wiązano z bladą cerą? Jak dbano wtedy o włosy? Czym był fosforyzujący puder do twarzy?

Wszyscy chcemy być piękni?

W każdej epoce kobiety pragną być piękne – jest to niejako wpisany w konstrukcję ich tożsamości (a może i biologii?) imperatyw. Niekiedy, próbując dorównać obowiązującemu ideałowi, wykorzystują skrajnie wyrafinowane i wręcz neurotyczne sposoby (współcześnie można przywołać choćby chirurgię estetyczną). Dążenie do uzyskania fizycznego piękna było zawsze źródłem konstytutywnego dla tożsamości kobiety i odrębnego dla niej – w porównaniu z mężczyzną – doświadczenia biograficznego (chociaż w ostatnich dekadach i w tej dziedzinie różnice między płciami się zamazują – mężczyzna coraz częściej otrzymuje kulturowe sygnały, że i on ma być „piękny”).

Kobieta jest oceniana przez swoją fizyczność i seksualność

Nie ulega też wątpliwości, że wygląd kobiety stanowi zawsze podstawowy, wyjściowy wyznacznik identyfikacji. Jest ekspresją nieodwołalnych oczekiwań, narzucanych ciału kobiety przez obowiązujące standardy i normy społeczne. Z kolei historyczne zmiany ideałów pięknego ciała stanowią wyraz złożonych interakcji ewolucji społecznej roli kobiet i dominującej ideologii kobiecości oraz wiedzy naukowej i medycznej.

Zawsze jednak kobiety oceniane są w dużej mierze przez pryzmat swojej zdolności adaptacji do akceptowanych powszechnie przekonań dotyczących fizyczności i seksualności. I w tym przypadku istotnego znaczenia nabiera kategoria „władzy”. Idealne ciało, zarówno nagie, jak i ubrane, stanowi bowiem – jak twierdzi wielu krytyków – środek sprawowania społecznej kontroli nad umysłami i życiem kobiet.

Jak uważa S. Bordo, analiza dziejów choćby dwóch rodzajów praktyk społecznych – medycyny i mody – prowadzi do wniosku, że społeczna manipulacja ciałem kobiecym stanowi podstawową strategię w potwierdzaniu asymetrycznych stosunków między kobietami i mężczyznami, zawsze na niekorzyść tych pierwszych.

Jednocześnie panująca ideologia cielesności (i seksualności) wikła zwykle kobiety, przynajmniej z wyższych klas społecznych, w neurotyczne sprzeczności, które sprawiają, że żyją one w nieustannym niepokoju dotyczącym swojego ciała.

Kobiety epoki wiktoriańskiej

Znakomicie jest to widoczne w epoce wiktoriańskiej. W typowej dla niej ideologii (zgodnie z zasadami dziewiętnastowiecznej moralności) ciało zdawało się „wrogiem duszy”. Paradoksalnie jednak powierzchowność kobiety – jej zewnętrzność, jej uroda, wygląd i ubiór – stanowiły kwestie niezwykle ważne. Kobieta z „klasy próżniaczej” była przeznaczona dla „teatru społeczeństwa – odpowiednika arystokratycznego dworu z minionej ery”. Jej ciało, a w konsekwencji i umysłowość, były dyscyplinowane przez obowiązującą modę oraz etykietę dotyczącą właściwej ekspresji obowiązujących ideałów kobiecości, odnoszących się zarówno do zewnętrzności kobiety, jak i do jej tożsamości oraz możliwych do zaakceptowania pełnionych przez nią ról społecznych.

Powinność kobiety w przeszłości: być piękną

Przez cały XIX wiek atrybuty ciała kobiecego stanowiły w Europie wyznacznik tego, co stanowiło istotę płci. Piękno miało wówczas stanowić jedno z głównych powołań kobiety. W tekście niemieckim z 1824 roku czytamy: „Już w sferze fizycznej różnica między męską siłą i żeńską delikatnością jest oczywista. O ile forma mężczyzny odzwierciedla raczej ideę siły, o tyle w formie niewiasty ukazuje się raczej idea piękna”.

Z kolei artykuł zamieszczony w polskim „Bluszczu” w 1886 roku, poświęcony utrzymaniu prostej postawy u dziewcząt, zaczyna się słowami: „Dążenie do piękna jest przymiotem wrodzonym kobiecie”. Wreszcie u schyłku XIX wieku Harriet Hubbard Ayer w swoim dziele My Lady’s Dressing Room by Baroness Blanche A. Staffe ostrzegała: „Kobieta, która nie zwraca uwagi na swój wygląd, nie może liczyć na to, że zachowa podziw swojego męża. W tym względzie mężczyzna lubi być oszukiwany i ma rację. Czymże jest życie, czym jest miłość bez złudzeń?”.

Kobiety angielskie i amerykańskie żyjące w społeczeństwach wiktoriańskich od najwcześniejszych lat swojego życia dowiadywały się każdego dnia, w jaki sposób mają się zaprezentować, jak im wyglądać wolno, a jaki wygląd wywoła społeczną dezaprobatę; jakie ciało stanie się obiektem zachwytu mężczyzn, a jakie uznane zostanie za „nieadekwatne”. Kobieta wiktoriańska miała być piękna, ale, jak wiemy, piękno stanowi – aby raz jeszcze odwołać się do M. Foucaulta – nasyconą władzą konstrukcję społeczną, która w tym przypadku bezwzględnie potwierdza podporządkowanie kobiet.

Zobacz też: Jak dbać o twarz? Porady z XIX wieku

Ideał wiktoriańskiej urody

Ideał perfekcyjnej wiktoriańskiej kobiecości przedstawicielek klas wyższych nie był wolny od sprzeczności, jednak można w nim dostrzec pewną stałą tendencję. Oto idealna kobieta tamtej epoki powinna mieć „maleńkie i delikatne dłonie i stopy oraz smukłą figurę”. Wzorce te miały świadczyć nie tylko o delikatności jej natury, ale także o jej całkowitej niezdolności do podjęcia jakiejkolwiek pracy, jak również uzasadniać tendencję do izolowania kobiety od świata oraz powszechne przekonanie, że należy jej zapewnić życie na wysokim poziomie. Tylko taka kobieta mogła symbolizować bogactwo swojego męża. Jej wygląd zewnętrzny musiał stanowić radykalne zaprzeczenie fizyczności mężczyzn, potwierdzając tym samym płciowo-binarny charakter życia społecznego. (…)

Wiktoriańskie kobiety nie czytały „Twojego Stylu”, „Elle”, czy „Cosmopolitan”, nie oglądały telewizji, nie serfowały po internecie i nie podlegały inwa­zyjnemu działaniu milionów reklamowych przekazów. Skąd zatem czerpały wzory tożsamości kobiecej? Źródłem wiedzy o kobiecości były wówczas wskazówki matek, tygodniki mody, bohaterki powieści, oper i teatrów, a także poradniki w zakresie właściwego zachowania się i wyglądu. (…)

Panowało wówczas w całej Europie, odnoszące się głównie do kobiet, przekonanie, że twarz odzwierciedla wnętrze: „Omdlewająca bladość, jeśli to możliwe, zaakcentowana przez czarne włosy, ciemne cienie pod oczami, chmury pudru ryżowego; wszystko to symbolizowało więc cierpienia romantycznej duszy”. Bladość, delikatność i przezroczystość śnieżnej cery pozostawały wyznacznikiem piękna kobiecego, a także symbolizowały przynależność do określonej klasy i rasy jeszcze na przełomie XIX i XX wieku (było to podyktowane wieloma względami: zachowanie perłowego odcienia cery oznaczało między innymi, że kobieta nie wychodzi zbyt często „na powietrze”, co zapewniało ewentualnego adoratora, iż lubi ona przebywać w domu, nadaje się więc na żonę i matkę).

Piękna, bo… blada

Kobiety nie tylko stosowały wówczas specjalne pudry nadające karna­cji pożądany odcień, ale również piły ocet, który zapewniał bladość (oraz szczu­płość). „Większość tych wybielaczy i maści trzeba było nakładać tak grubą warstwą [...], [że] twarz musiała pozostawać nieruchoma, gdyż najmniejszy grymas mógł zniszczyć cały efekt [...]. Kobiety używające tych środków wyglądały prawdopodobnie jak grono ponurych, pokrytych warstwą tynku klaunów, bojących się wykrztusić słowo, aby kredowa maska nie spadła z ich twarzy!”.

Powtórzę, że opalenizna zdradzała wówczas – w powszechnej opinii – niski status społeczny. Oznaczała ona kontakt kobiety z aktywnościami narażającymi cerę na promienie słoneczne. Jej obecność była – jak sądzono – równoznaczna ze zniszczeniem cery, oszpeceniem, zepsuciem karnacji, „której bladość była synonimem »świeżości« i »blasku«”. Stąd wynikała popularność wszelkich specyfików zapobiegających opaleniźnie i wybielających cerę oraz dłonie, takich jak: sok z cytryny, korzeń chrzanu czy kamfora.

W czasopiśmie „The Lady’s Friend” można było również znaleźć proste receptury wybielające skórę: „dwa świeże żółtka jaj, dwie łyżki olejku z migdałów, łyżka deserowa nalewki z benzoiny, łyżka wody różanej”. Aby uzyskać bladą cerę, jedzono również wafelki ze związkami arsenu, które blokowały hemoglobinę we krwi.

W tym kontekście warto wspomnieć o pewnym zaskakującym (choć logicznym w perspektywie ówczesnej „gry piękna”) wynalazku, który – choć był typowy dla Francji –symbolizował ówczesnego ducha całej „europejskiej kobiecości”. Był nim fosforyzujący puder do twarzy stosowany przez paryżanki w końcu XIX wieku. Używany był w czasie przedstawień teatralnych, jednakże nie przez aktorki bądź aktorów poruszających się na scenie, ale przez kobiety siedzące na widowni. Teatr, jak wiadomo, stanowił wówczas miejsce towarzyskich spotkań i nawiązywania znaczących znajomości, a nade wszystko miejsce obserwowania i bycia obserwowanym (przypomnijmy sobie chociażby fragmenty literatury czy urywki filmów, w których podczas trwania spektaklu mężczyźni i kobiety, zamiast zwracać swoje oczy ku scenie, lustrują przez lornety i binokle zasiadające w teatrze towarzystwo – wszakże słynne loże były najlepszymi pod tym względem punktami obserwacyjnymi).

W czasie trwania spektaklu, kiedy światła gasną, oświetlona pozostaje tylko scena, natomiast widownia tonie w mroku. A zatem piękne kobiety siedzące właśnie na widowni mogły być obserwowane jedynie podczas krótkich antraktów. Wymyślono więc specjalny fosforyzujący puder, który nie tylko czynił twarz widoczną w ciemnościach, ale również – jak twierdził komentujący ten wynalazek dziewiętnastowieczny polski felietonista – „bardzo podnosił piękność twarzy”.

Warto dodać, że już w 1909 roku bladość zaczęła być uznawana za objaw choroby. Potwierdzenie tego faktu może stanowić wzmianka o zabiegu „tatuowania twarzy”. Opisywano wówczas – występujące również w Polsce – „tatuowanie policzków na różowo dla kobiet odznaczających się cerą bladą i niezdrową”. Po 1914 roku nastąpił zasadniczy zwrot w poglądach na temat pożądanego odcienia karnacji. Wiktoriańska bladość przestała obowiązywać, po raz pierwszy zaakceptowano delikatną opaleniznę. Teoretyk kultury Pascal Ory napisał o tym zjawisku tak: „Jedna z największych w naszym stuleciu rewolucji w kulturze, która jak dotychczas zupełnie nie wzbudziła zainteresowania historyków, to ta, która zmieniła obowiązujący w kulturze Zachodu kanon piękności pigmentacyjnej z koloru kredy na kolor przypalonego chleba”.

Zobacz też: Jak kobiety dbały o higienę w XIX wieku?

Włosy – długie i gęste

Kolejnym istotnym elementem wizualności kobiety wiktoriańskiej z wyższych sfer były włosy – jako pożądany i pełen wieloznaczności atrybut kobiecości. Wiktoriańska dama musiała – zgodnie z kulturowymi wymogami – mieć włosy długie i gęste; stanowiły one jedno ze źródeł jej atrakcyjności. Dziewczynki zapuszczały włosy, po to aby móc je w wieku 15–16 lat upinać, co stanowiło symboliczne zakończenie okresu dzieciństwa. Z kolei dorosłej kobiecie nie wolno było publicznie rozpuszczać włosów. I choć bohaterki nowel były często przedstawiane z rozwianymi włosami, w realnym życiu było to uznawane za przejaw nieprzyzwoitości.

Kobiety, którym natura poskąpiła błyszczących i bujnych włosów, wykorzystywały szereg zabiegów mających na celu ukrycie tego defektu. Dla kobiet, których włosy były zniszczone farbowaniem i nieustannym zakręcaniem loków za pomocą gorących żelazek, ratunkiem było dopinanie włosów naturalnych, które pozyskiwano u fryzjerów, skupujących je od kobiet z niższych sfer lub z innych krajów (niekiedy były to też włosy końskie). Bardzo częstą praktyką było zbieranie do szklanego lub porcelanowego puzderka własnych włosów, które pozostawały na szczotce przy każdym czesaniu, a następnie wykorzystywanie ich do wypełnienia własnego koka. (…)

Trzeba dodać, że w epoce wiktoriańskiej włosom przypisywano szczególne znaczenie, a nawet właściwości magiczne; modna była wówczas biżuteria zrobiona z włosów lub zawierającą włosy (na przykład dzieci lub osób zmarłych).

Co o kobiecie mówił jej kolor włosów?

Kolor włosów był związany z określoną symboliką: włosy blond były kojarzone z czystością i niewinnością dziecka, ciemne z seksualnością i pożądaniem. Jednocześnie jednak kobiety z jasnymi włosami uważano za „bardziej infantylne, nieporadne, aseksualne”, z kolei kobiety z ciemnymi włosami były utożsamiane z „siłą”.

Interesujące jest, że w latach czterdziestych i pięćdziesiątych XIX wieku bardziej pożądane i modne były włosy ciemne. Dopiero w latach sześćdziesiątych nastąpił zwrot w kierunku włosów blond.

Aby zachować jasny odcień włosów, wykorzystywano różne mikstury rozjaśniające, wśród których znajdowała się woda utleniona, myto je również rumem i stosowano napary z „rośliny wielokwietnej zwanej kolocyntem”.

Zobacz też: Włosy – porady pielęgnacyjne z XIX wieku

Fragment pochodzi z książki „Kobieta epoki wiktoriańskiej” autorstwa A. Gromkowskiej-Melosik (Impuls, 2013). Publikacja za zgodą wydawcy. Bibliografia dostępna w redakcji.

Dla kogo jest Barber Shop?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)